Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Emocje









Wczoraj byłem przyczajonym tygrysem i ukrytym smokiem w jednej osobie. Otóż zanim wesołą kompaniją udaliśmy się do państwa Karasiów na telewizyjny finał z mistrzostw Europy w piłce kopanej (Ole Ole Ole, Caramba i takie tam) oglądałem z panną O. bajkę. Oglądałem to jednak może zbyt mocno powiedziane. Zerkałem więc. No, ale jak Szanowne Państwo pozna tytuł owej bajki, to wierzę, że Państwo zrozumie dlaczego tylko zerkałem. A więc: „Barbie i 12 Tańczących Księżniczek”. Siostra ma jedyna obdarowała swego czasu siostrzenicę swą jedyną ową bajką, nie bójmy się tego słowa – różową. Różową, to jest wszystko co ja, ojciec troskliwy, rzec na temat owej bajki mogę. Całą resztę niech Szanowne Państwo dopowie sobie samo.

Wróćmy jednak to przyczajenia i ukrycia. Otóż, gdy landrynkowy róż z ekranu zemdlił mnie był dość znacznie, sięgnąłem po aparat fotograficzny marki N. A gdy sięgnąłem, pozycję przyczajoną i ukrytą z gracją przyjąłem. Efekt owego przyczajenia w ośmiu odsłonach Państwu przedstawiam.

„Barbie i 12 Tańczących Księżniczek” dla czteroletniej (gwoli ścisłości: za 44 dni już pięcioletniej) panny O. to są emocje trudne do opisania. Więcej powiem, to są emocje, z którymi mierzyć się nie sposób. Niech zatem przemówią fotografie. Przemawiamy! (to tubalny głos fotografii). Księżniczki tańczą, panna O. klaszcze, ojciec mdleje z przesłodzenia. Kurtyna.

niedziela, 29 czerwca 2008

Piknikowa sobota






Sobotę spędziliśmy w Richmond. Jak stoi napisane w mądrych księgach Richmond Park jest największym parkiem miejskim w Europie (blisko 1000 hektarów powierzchni). Mądrym księgom wierzę na słowo, bo, mimo iście sportowej kondycji, zapału i szczerych chęci, nie dalim my rady obejść go całego.

Dzieciaki (czyt. Marcel – syn Anny i Tomasza oraz Oliwka – córka Sylwii i Taty Oliwki) skakały, biegały, nawet i na baranach przemierzały bezkresne połacie (czyt. siedziały wygodnie na ramionach swych ukochanych rodziców). Krakusy (czyt. Ania i Tomek) nie tylko podziwiali piękno otaczającej i przyrody, ale i na łonie owej przyrody spożywali (z moim skromnym współudziale) dobrze schłodzone chardonnay. Słonko na niebie, delikatny zefirek klimatyzujący nasze ciała, piknikowe jedzenie, butelka dobrego wina – ot, i cały przepis na błogą sobotę. Polecam serdecznie.

W tym miejscu dwa jeszcze słowa o niejakim zdziwieniu Państwa z grodu Kraka. Wino na łonie przyrody, jak Państwo Czytelnicy z pewnością doskonale wiedzą, to radość sama w sobie. Nic wielkiego, ale właśnie takie drobne rzeczy składają się na nieco większą układankę pod wszystko mówiącym tytułem „szczęście”. A zdziwienie moich winnych współtowarzyszy (żona niewinna i australijskiego, przecenionego o połowę, ale nadal wybornego, wina tknąć, jak zwykle zresztą, nie chciała) brało się stąd, że żadna służba mundurowa nas nie przegoniła. W moim rodzinnym Grudziądzu rozłożenie się w parku miejskim na zielonej trawie było już ryzykiem dość znacznym. Dzielni panowie w mundurach mogli wówczas wykazać się walką z bezwzględnymi bandytami. Nie tak dawno jeden z moich serdecznych kolegów otrzymał stuzłotowy mandat za spożywanie alkoholu (czyt. piwo Żywiec szt. 1) w takim właśnie przyrodniczym terenie. Miejskich strażników nie interesowała na ten przykład siedząca nieopodal grupka lokalnych żuli ostentacyjnie opróżniająca kolejne butelczyny win tanich, ale skutecznych. Mundurowe towarzystwo głuche było nawet na wszelkie „kurwy” i tym podobne literackie opisy grudziądzkiej rzeczywistości. Dużo groźniejszy okazał się być Bartek z kolegami dwoma i ich trzy butelki żywieckiego piwa. Szanowne Państwo, jak myślę, podobne historie zna i z własnego podwórka. Nic więcej dodawał więc nie będę.

Na załączonych zdjęciach Szanowne Państwo może zobaczyć:
a/ Marcela z mandarynką
b/ Anię, Tomka z torebką (co na to Ewa Sowińska?), Marcela w wozie
c/ Czerwoną Anię zerkającą do czerwonego wozu
d/ Sylwię i pannę O. wydostające się z liściastego tunelu
e/ niebo nad Richmond podczas soboty zasadniczo błogiej

piątek, 27 czerwca 2008

Myśl Kilkujadka

W dupach wam się poprzerwacało! – tą złotą myśl niejakiego Nadszykownika Kilkujadka zadedykować chciałbym części angielskiej publiczności, która była się wybrała na koncert Radiohead. Dla wielu, naprawdę – o grozo! – wielu ludzi muzyka grupy Toma Yorka zdała się być tylko dodatkiem do piknikowego popołudnia. Frytki, pieczona kiełbasa, hamburger i piwo w tekturowym kubku – oto cel sam w sobie. Artyści na scenie, a część towarzystwa dupami swymi do owych artystów zwrócona. No bo przecie po ciężkim dniu pracy trzeba najsampierw coś zjeść, coś wypić, z koleżkami pogadać. Tom York nie zając, nie ucieknie…

Ania i Tomek, którzy na okoliczność koncertu z dalekiego Krakowa byli nas nawiedzili, stali i się dziwowali. Radiohead lubią i to bardzo, ale zachowanie angielskiej publiki było dla naszej trójcy zupełnie niezrozumiałe. Jedyna sensowna, według mnie, odpowiedź to – przesyt. Rozpieszczona angielska widownia ma wszystko, o czym fan muzyki może tylko zamarzyć. W kraju nad Wisłą na ten przykład Radiohead zagrał tylko jeden raz… 14 lat temu, w Sopocie. Na Wyspach grają częściej i – jako się rzekło – rozpieszczony widz nie czuje się w obowiązku tego docenić.

Panowie zagrali ponad dwie godziny (w tym dwa bisy). Dla mnie bomba! Radiohead na żywo słyszałem po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie po raz ostatni. Jedno wiem jednak na pewno – nastepną razą trzeba będzie pojechać do innego kraju (tak na ten przykład robi Peter, mąż sympatycznej Agnieszki – za kilka dni jedzie do Amsterdamu).

Mówiąc o muzycznym rozpieszczeniu wspomnę jeszcze o Glastonbury. Dziś właśnie rozpoczyna się kolejna edycja tego najważniejszego festiwalu na świecie. Przez lata bilety na tę imprezę schodziły na pniu (w zeszłym roku sprzedano ich, bagatela, 170 tysięcy!). Gazety piszą dziś, że po raz pierwszy od 15 lat, można jeszcze nabyć wejściówki...

Słówko o zdjęciu. Tomek w środku londyńskiej komunikacji miejskiej chce pożreć Anię. A może to Ania chce wchłonąć Tomka? Jest jeszcze 18-miesięczny Marcel, który śpi w wózku. Państwo go nie widzą, gdyż tym razem nie zmieścił się w kadrze mym. Ale niech Państwo Szanowne nie lamentuje. Jutro jest plan, aby kompaniją wesołą udać się do parku w Richmond. Na przyrody łonie Marcela dla potomności uwiecznię. Słowo.

I na sam koniec, jeszcze jedna myśl z filmu "Kingsajz", też autorstwa Kilkujadka. Ze specjalną dedykacją dla polskich polityków panów, którzy zawsze wiedzą lepiej. A niektórzy z nich to już wiedzą nawet najlepiej... Ja wiem, że polococktowcy nas nie kochają, ale my ich tak długo będziemy kochać, aż oni nas w końcu pokochają.

środa, 25 czerwca 2008

Koncert z leszczem w tle

Związek Kontroli Dystrybucji Prasy opublikował właśnie wyniki sprzedaży w kwietniu ‘08. Wśród tygodników opinii największy spadek zanotował „Wprost”. Spadek o ponad 32 proc. w porównaniu z kwietniem 2007 to już prawdziwa katastrofa. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wczoraj w metrze linii koloru szarego przeczytałem na łamach rzeczonego pisma artykuł Leszczyńskiego Roberta „Generacja iPhone’a”.

Kultowy? To za mało powiedziane. Brytyjscy gadżeciarze mówią o nim jPhone, czyli „Jesus Phone”, bo oczekiwali go jak ponownego przyjścia Mesjasza – zaczyna swój tekścik Leszczyński pan. Przyznam uczciwie – dawno nie czytałem takich farmazonów. Na dwóch stronach żenujące wypociny o telefonie, który tu, na Wyspach, wbrew temu co pisze Leszczyński pan, jest tylko telefonem. I czym więcej. Redaktur Leszczyński twierdzi jednak inaczej. Tak panie Leszczyński, jak zwykle jest pan nieomylny. Każdego dnia widzę setki ludzi oddających nabożne pokłony swoim telefonom. Padają na ulicy plackiem, kładą przed sobą iPhona i mruczą, śpiewają, kadzidła palą, bąki puszczają, lewitują i klaszczą. Ulice Londynu zakorkowane, bo tłum telefonicznym medytacjom oddaje się bez opamiętania. Brawo ten pan! Widać udział w Wielkim Braciszku niejakie spustoszenie w głowie pana Leszczyńskiego był uczynił. Szkoda tylko, że „Wprost” takie pierdoły drukuje. 32 procentowy spadek sprzedaży nie dziwi więc wcale. Mając Leszczyńskiego pana pod ręką jest szansa na jeszcze większą wprost żenadę.

Leszczyński pan, który w Polsce lansuje się jako niezależny krytyk muzyczny, co rusz przyjeżdża do Londynu i w podrzędnych klubikach występuje jako gwiazda sceny didżejskiej. Tu, nad Tamizą, gra do kotleta dla chłopaków w kremplinowych dresach. Nad Wisłą pręży zaś dumnie pierś i karmi nas duperelami wszelakimi. Ot, niezależność pełną gębą.

No to jeszcze Kasia Nosowska. Otóż ta Artystka (przez naprawdę duże „A”) na nagranej 10 lat temu płycie „Milena” zamieściła piosenkę „Zoil”. Utwór poświęciła Leszczyńskiemu panu właśnie:

Kurdupel nadęty
Miernota przeklęty
Z rybą w nazwisku
Bliźniemu po pysku
Z pretensjami do tronu
Tronu po Napoleonu
Ostatni z miotu
Bez krzty polotu

Oceniaj mnie,
Niech jad strumieniami leje się
Oceniaj mnie,
Niech jad strumieniami leje się

Przez świat niedoceniony
Bez szansy na żonę
A po co mu żona
Przecież żadna niegodna
Bo każda kobieta
Ma w sobie coś z dziwki
Zadasz się z taką
Oskubie do-centa

Oceniaj mnie,
Niech jad strumieniami leje się
Oceniaj mnie,
Niech jad strumieniami leje się

Na te wszystkie smutki
Z nienawiści do sztuki
On został krytykiem
Pewnie jest tutaj dzisiaj
I jad mu się leje
I z jadu kałuża
I jad mu się leje i z jadu kałuża

Oceniaj mnie,
Niech jad strumieniami leje się
Oceniaj mnie,
Niech jad strumieniami leje się

Coś dużo o tym panu z rybą w nazwisku się mnie narobiło. No, ale krew jakoś tak się zagotowała więc upust dać musiałem. Państwo, mam nadzieję, wyrozumiałe i wybaczy. A na uspokojenie – koncert RADIOHEAD. Aaaaa! To już dziś porą zasadniczo wieczorową :)

wtorek, 24 czerwca 2008

Szarańcza i tata z wąsem

Słonko na angielskim nieboskłonie podładowało co nieco nadwerężone akumulatory więc spieszę donieść cóżem uczynił w minioną sobotę. A uczyniłem radość niespotykaną pannie Oliwce – tak najkrócej rzec mogę. Obudziłem dziecko o 5.30 rano, by po blisko 90-minutowej podróży: pociągiem, dwoma liniami metra i autobusem czerwonym, dotrzeć w miejsce zbiórki tajemnej. Tam czekało auto, które powiozło nas do Laxton Hall. A wiozło nas i wiozło, bo: a/ auto nie pierwszej już młodości, b/ warunki atmosferyczne niesprzyjające drogowemu szaleństwu, c/ odległość do przebycia znaczna biorąc pod uwagę rzeczoną kondycję automobilu – ponad 80 mil (po naszemu jakieś 150 km).

W Laxton Hall, w sobotę właśnie, odbyła się czwarta edycja polskiego Dnia Dziecka. Deszcz, jak to deszcz, padał i padał. Ale dla rozbawionej szarańczy mokre porcięta i koszule to przecież żadna tam niedogodność. Zatem 1500 rozbawionych dzieciaków biegało, skakało, podskakiwało, płakało (jak na ten przykład orła na mokrej trawie wywinęło), krzyczało, śpiewało, grało, tańczyło, malowało, jadło, piło, śmiało się i bawiło. Oliwka zachwycona, bo tatko i watę cukrową drogą zakupu nabył. I na słodycze w ilościach znacznych tego dnia wyjątkowo pozwalał. No i wielka zjeżdżalnia, i twarz przez pannę Marysię pomalowana, i konik Charlie na grzbiecie swym nawet powiózł. Absolutne szaleństwo.

Nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił małego co nieco o pewnych dziarskich rodzicach, którzy na imprezę także, niestety, dotarli. Jestem więc sobą i służę takim oto przykładzikiem. Turniej przeciągania liny. Mali siłacze prężą małe muskuły i na śliskiej trawie walczą niczym Pudzianowski Mariusz. Nagle pojawia się grupa wąsatych osobników. Polskie tatusiowie w całej krasie i okazałości. Patrzom i kombinujom. Myślom (ot, żarcik). Dołanczajom do dzieci. Kilku wąsaczy do jednej grupki, kilku do drugiej. Muskuły naprężajom, linę ciągnom. Ci po lewej wygrywajom. Krzyczom: „Kurwa! Cieniasy jesteśta! Kurwa! My wygralim! My!”. Koniec cytata. Dzieci słuchają. Tata Oliwki wręcza buraczanym wąsaczom puchar z buraków ćwikłowych dłuta Andrzeja L. Polskie taty cieszom się jak dzieci. No w końcu Dzień Dziecka, nie!

Do domu wróciliśmy o 23.30. Oliwka o spaniu słyszeć wszakże nie chciała. Po kilkunastu godzinach trzeba było przecież wszystko mamci dokładnie opowiedzieć. Taki dzień nie zdarza się przecież zbyt często. Za rok też tam pojedziemy! Może do tego czasu jakiś wąs mi urośnie i też se linę pociagnę. A co!

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Kącik prof. Dżona Mniodka. Spotkanie II

Szanowne Państwo raczy wybaczyć za chwilową przerwę w pisaniu. Wyjątkowo intensywny był to łykend, stąd też i moja pisarska niedyspozycja. Zbieram wszakże siły niezbędne i już za chwilę, już za momencik opiszę to i owo. Darz bór!

piątek, 20 czerwca 2008

czwartek, 19 czerwca 2008

Kevin sam w Londynie

Brytyjska straż pożarna przeprowadziła niedawno badania wśród naszych zapracowanych rodaków. Co owe badania pokazały? Służę uprzejmie (cytuję za polskojęzycznym opracowaniem):

- Polacy zajęci troskami dnia codziennego nie przykładają uwagi do bezpieczeństwa
- Często spożywają alkohol i palą tytoń w domu w ramach relaksu po ciężkiej pracy
- Nawet jeśli mają alarmy przeciwpożarowe uważają, ze sprawdzanie ich i utrzymanie w należytej kondycji to nie ich sprawa
- Przyznali również, że w Polsce nie kładzie się dużego nacisku na bezpieczeństwo przeciwpożarowe i że ich zdaniem osoba, która decyduje się na instalacje czujników dymu jest osobą przewrażliwioną.

Aby zmienić to, co tu dużo mówić, nieodpowiedzialne i często bezmyślne podejście niemałej, niestety, grupy naszych rodaków do bezpieczeństwa pożarowego, ruszyła właśnie polskojęzyczna część rządowej kampanii „Fire Kills”. Na zaproszenie koordynatorów tej akcji do Londynu przyjechał Kevin Aiston – „big polish celebrity”, jak był łaskaw powiedzieć na spotkaniu jeden ważny pan. Kevin jest także – a biorąc pod uwagę charakter spotkania: przede wszystkim – dowódcą sekcji Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w niewielkim Radzyminie. Aiston przyjechał więc do swojego rodzinnego miasta nad Tamizą, by zachęcać Polaków do instalowania darmowych czujników dymu. A czujniki te przydają się i to bardzo.

Historia prawdziwa (jak mówi pani w polskiej telewizji: oparta na autentycznych faktach). Wujek Tygrys w naszym domu smażył razu pewnego kiełbasę z cebulą, i o owej kiełbasie zapomniał. A jak zapomniał to dom cały dym śmierdzący dość rychło wypełnił. Pewnie, gdyby wujek Tygrys, jak na człowieka przystało, smażył kiełbasę sojową, problemu żadnego by nie było. A tak, dymu jak na planie filmowym Szpilberga na ten przykład. Ja z Oliwą na górze, wujek Tygrys cholera raczy wiedzieć gdzie, kiełbasa dymi, a czujnik wyje. Ale jak, proszę Szanownego Państwa, wyje! Wyje tak uroczo, że rychło ujawnia się rzeczony wujek Tygrys. Ujawnia się, rzecz jasna, z lekką nutą zdziwienia na twarzy. Ujawniamy się i my; Oliwa, która opatuliwszy ojca ukochanego kocykiem specjalnym, zarzuciła na swoje małe plecki ową koca zawartość i ostrożnie w bezpiecznym miejscu umieściła. Zuch dziewczyna! Czujnik zadziałał i dzięki temu straty były znikome:
spalona kiełbasa szt. 1
spalona cebula szt. 1
Zdziwiony wyraz twarzy wuja Tygrysa – bezcenny.

Wracając jednak do pana Kevina. Otóż okazuje się, że każdego roku kilkadziesiąt osób w Wielkiej Brytanii ginie w płomieniach, bo zapominają wymienić baterię w czujniku dymu. Czasami, nie tyle zapominają, co wyjmują baterię, by umieścić ją... w pilocie od telewizora. Czyżby kolejny dowód na zgubny wpływ tv?

A Kevin Aiston, to nie żadna tam „big polish celebrity” tylko całkiem zwyczajny, sympatyczny facet z jedną wszakże wadą: kibicuje Chelsea Londyn. Ale to już opowieść na nieco inny dzień.

środa, 18 czerwca 2008

Chmury gola!

Nieco ponad osiemdziesiąt mil na północ od Londynu, wśród pięknych lasów i pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem; gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, tam właśnie, a dokładniej rzecz ujmując – w hrabstwie Northampton znajduje się Laxton Hall. Od ponad trzydziestu lat funkcjonuje tu polski Dom Spokojnej Starości, a rozległe tereny tej zabytkowej posiadłości są gospodarzem wielu niezwykłych imprez.

Wybieram się tam ponownie w najbliższą sobotę. Polska Macierz Szkolna organizuje bowiem Dzień Dziecka z opóźnionym zapłonem. Późno, bo późno, ale zdążyłem już się przyzwyczaić do dość osobliwych zwyczajów polskiej emigracji (zwłaszcza jej starszych wiekiem przedstawicieli). Spotkania opłatkowe w marcu, a wielkanocne na ten przykład w maju – ot, pierwsze z brzegu przykłady. Dzień Dziecka 21 czerwca w ogóle mnie więc nie dziwi (uczciwie przyznam, że pośpiech organizatorów nawet nieco mnie zaskoczył; biorąc pod uwagę przywołane już „zgranie” z kalendarzem można było sądzić, że dzieci do Laxton Hall zaprosi się w sierpniu…).

Laxton Hall jest doprawdy przepiękne. Ta zabytkowa posiadłość z XVII zajmuje blisko 100 akrów zieleni! Żonka w sobotę pracuje, ale mam nadzieję, że pojadę tam z Oliwą. Oby tylko nie lało jak w roku ubiegłym.

A zdjęcie z meczu z chmurami zrobiłem właśnie tam, w Laxton Hall. Jakieś takie adekwatne zupełnie do szwajcarsko-austriackich mistrzostw i naszego, biało-czerwonego, tam uczestnictwa. Miało być cudnie, porywająco, olśniewająco; nieziemsko wręcz. A było jakby ciut inaczej. Z małej chmury duży deszcz. Czy jakoś tak odwrotnie nawet…

wtorek, 17 czerwca 2008

Anielica

Dzisiaj, proszę Szanownego Państwa, o wczorajszym meczu nie będzie nic a nic. Zamiast piłki będzie za to o... cmentarzach (zbieżność tematów, po tym co na pożegnanie mistrzostw w piłce kopanej zaprezentowały biało-czerwone Orły, jakby nie do końca przypadkowa). Zatem: W Londynie znajduje się blisko 150 cmentarzy. Część z nich przypomina nieco te, które znam z Polski – zadbane, z równie przystrzyżoną trawą i rzędem niemal identycznych płyt nagrobnych. Nie brakuje jednak i takich, którym bliżej do dawno zapomnianych parków. I właśnie ścieżkami tych drugich lubię czasami pospacerować (zwłaszcza będąc w nastroju przypominającym nieco ten, który ogarnął mnie wczoraj wieczorową porą).

Patrzę i widzę, że uzbierało się już nieco zdjęć z tego cmentarnego łazikowania. Na początek („na dobry początek” brzmiałoby, jak myślę, dość kretyńsko) Anielica z Gunnersbury. Ciąg dalszy nastąpi.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Poranek

Lubię to zdjęcie. Dorzucam wiersz nieżyjącego już barda i poety, Wojciecha Belona. Poety, który urodził się w niewielkim Kwidzynie – rzut beretem od mojego rodzinnego Grudziądza.

Poranek

Już poranek przeciągnął się zgrabnie
i grzbiet słońca wyprężył jak kto
Ptaki chórem śpiewają gra radio
A Ty ciągle wędrujesz przez noc

Jesień pachnie zza okna jabłkami
Sad otrząsa się z nocnej mgły
Mleko dawno już czeka pod drzwiami
Wszyscy wstali i śpisz tylko Ty

Dzwonek zabrzmiał w szkole naprzeciw
I targowy zaludnił się plac
Wszystkim nagle zaczęło się śpieszyć
Otwórz oczy córeczko czas wstać

niedziela, 15 czerwca 2008

Pulsowanie ze wschodu i środka

Gdy żonka w pracy, myszy harcują. Zatem w sobotnie popołudnie wybrałem się z Oliwką na kolejną odsłonę Pulse Festival (to takie doroczne święto muzyki z Europy Środkowo-Wschodniej). Na szczęście organizują to Czesi. Dlaczego na szczęście, o tym za chwilę.

Najpierw trafiliśmy do wielkiego namiotu gdzie didżej pan ze Słowacji serwował wybuchową mieszankę tanecznych melodii nie tylko ze swej ojczyzny. No a potem było jeszcze bardziej wybuchowo! Na scenie pojawili się bowiem długowłosi bracia (również Słowacy) w roboczych drelichach. VRBOVSKÍ VÍŤAZI – bo taką nazwę rodzinny duet obrał – grał na własnoręcznie skonstruowanych, co tu dużo mówić – nie na co dzień widzianych i słyszanych – instrumentach. Kanalizacyjne rury, szpachle, odkurzacze, elementy – panie wybaczą – ustępu, plastikowe butle. Muzyczny, radosny happening. Mówili po słowacku, zwracając się do siebie per „Mister brat” tudzież „Pan brat”. O własnym instrumentarium i kolejnych songach (poświęconym zasadom BHP) opowiadał po słowacku brat pierwszy. Brat drugi czytał zaś z kartki po angielsku. A jak mister brat nie wiedział, a nie wiedział cały w zasadzie czas, jak przeczytać, dodawał co rusz: Matku Bozí co je tu napisane? A jak Państwo Czytelnicy chcieliby posłuchać o czym piszę, zapraszam: www.vrbovskivitazi.sk

Po słowackich braciach przenieśliśmy się pod drugą scenę, gdzie muzykowali właśnie Cyganie z Czech. Panna O. dorwała jakąś koleżankę i we dwie oddały się pląsom dość intensywnym. Trudno zresztą im się dziwić bo panowie grali tak, że trudno było w miejscu spokojnie ustać.

No to wrócę jeszcze do wątku czeskich organizatorów. Otóż sobotnia impreza (na której wystąpiło w sumie kilkunastu wykonawców; z Polski – THE COMPLAINER & THE COMPLAINERS) odbyła się na Southbank. To położone nad brzegiem Tamizy miejsce jest jednym z najbardziej ulubionych i najczęściej odwiedzanych spacerowych traktów stolicy. Dzięki temu festiwal odwiedziła cała masa osób, które trafiły tu przy tak zwanej okazji. A że impreza była niebiletowana przyciągnęła prawdziwe tłumy. Czesi wykorzystali to znakomicie; angielskojęzyczne foldery i ulotki zachęcające do odwiedzin Czech rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Kiedy zaś podobne imprez organizują Polacy, to nie dość że odbywają się z dala od centrum, to na dodatek są biletowane. Ludzie omijają je szerokim łukiem i tak właśnie wygląda promocja made in Poland.

A po powrocie do domu – przyjemności ciąg dalszy. Po ponad rocznej nieobecności nawiedził nas sympatyczny wielce Radzio. Nawiedził z dwiema butelkami gorzkiej żołądkowej, jednym ogórkiem i butelką sprite. Ogórka pokroił w kosteczkę, wrzucił do szklanki, dodał lód, rzeczoną wódkę wlał i jeszcze nieco sprite… A jak gorzka wyszła, to Karaś, który dołączył również, dostarczył gin. No i sobota była się skończyła jakoś tak nagle, jakoś tak zupełnie niespodziewanie…

sobota, 14 czerwca 2008

piątek, 13 czerwca 2008

Mecz (rozrysowany)

Tym razem na Orła Białego nie dałem już się skusić. Kolejny mecz polskiej reprezentacji obejrzałem więc w zaciszu naszego domu. Ale za to w jakim towarzystwie! Szczotce, jak to Szczotce, wszystko się pokiełbasiło (sojowo, rzecz jasna, bo od mięsa dziewczę stroni) no i na mecz Polska-Austria przyodziała kusą koszulkę w narodowych barwach… Czech. Ach jo! – jak rzekłby Krtek, bohater dzieciństwa mego.

Rozemocjonowana Ola zaś uspokajała nie tylko siebie, ale także – a może przede wszystkim – fasolkę. No właśnie: fasolka. We wrześniu nasz sympatyczny domek będzie jeszcze bardziej sympatyczny za sprawą owej fasolki właśnie. Fasolka jest chłopcem, a może jest dziewczynką. Płci nie znamy. Ale i bez tej wiedzy wszyscy niecierpliwie czekamy. No więc Ola kibicowała i głaskała fasolkę, która dziarsko rośnie w mamie.

Trzeci kibic płci żeńskiej, panna O., tak naprawdę bardziej zajęta była rysowaniem. Niektórzy podejrzewali, że to jednak nie jakieś tam zwyczajne rysowanie, tylko wnikliwa analiza sytuacji na boisku. Optymiści wierzyli, że panna O. w trakcie przerwy sobie tylko znaną drogą przekaże panu Holendrowi swoje cenne wskazówki i tym samym diametralnie zmieni przebieg gry. Rady, sadząc po wyniku meczu, jednak nie dotarły. A szkoda, bo to takie piękne wskazówki były...

czwartek, 12 czerwca 2008

Foto-kłiz

Kotek opił się mleczka i wyrósł na bydlę ogromne. Wielka paszcza, kły straszliwe a pazury ostre jak język posła Niesiołowskiego. Monstrum pojawia się znienacka siejąc trwogę na ulicach Londynu…

Czy kicia na obrazku (dla ułatwiania dodam, że kicia znajduje się na drugim planie, znaczy w tle):

a/ Pożre nic nie przeczuwającego oficera na służbie ?
b/ Zginie z rąk oficera? (bo tak naprawdę oficer przeczuwa, tylko udaje, że nie przeczuwa)

środa, 11 czerwca 2008

W Ceglanej Alei

Ach jakże miłe było to ostatnie niedzielne popołudnie, czyli jeszcze przed wizytą w przywołanym już Klubie OB. Otóż w towarzystwie dwóch uroczych dam (wiadomość dla panów: Dama pierwsza męża – jak mówią postronni: zniewalającego – była już posiadła czas jakiś temu; Dama druga zaś – z uwagi na swą daleko posuniętą nieletniość – panów również interesować nie powinna) wybrałem się na Brick Lane.

Dawno, dawno temu w tej wschodniej części stolicy funkcjonowały wielkie fabryki cegieł. Stąd też i nazwa – Brick Lane. Miejsce to zawsze było, i jest zresztą nadal, zamieszczałe przede wszystkim przez imigrantów. Kiedyś przeważali tu Irlandczycy, potem Żydzi, od kilkudziesięciu zaś lat to królestwo Bengalczyków. Kulturowy misz-masz widoczny jest niemal na każdym kroku. I między innymi za to właśnie lubię to miejsce.

Brick Lane słynie także z niedzielnego targowiska, na którym kupić można cuda doprawdy wszelakie. Garderoba wierzchnia retro i to bardzo, książki, płyty, rowery, naczynia, wyszczerbione kubki, zdjęcia, obrazy, niedziałające sprzęta RTV, prehistoryczne gadżety kuchenne, buty, maski, latawce, wachlarze, wazony, pirackie filmy DVD, walizki, wózki, sprzęt chyba ogrodowy, narzędzia i cała masa innego, często bliżej niezidentyfikowanego asortymentu. Polecam.

W niedzielę wybraliśmy się także na Art Car Boot Fair 2008. To doroczne targi sztuki współczesnej organizowane na terenie starego browaru położonego właśnie na Brick Lane. Cuda i cudaki. Artyści i zwykli, co tu dużo mówić, rzemieślnicy, który z wdziękiem i gracją potrafią sprzedać swoje wytwory sztukopodobne. A sprzedawali owe wyroby – mniej lub bardziej interesujące – prosto ze swoich artystycznych aut. Cholernie drogo, bo, jak wiadomo, tak zwaną sztukę współczesną wypada mieć. Szczotka do czyszczenia klozetu, którą można kupić za 2 funty, tu kosztowała już funtów 15. A to dlatego, że „artysta” do owej szczotki zdjęcie nowego burmistrza Londynu dokleił, czym pospolitego skrobaka natychmiast zmienił w sztukę współczesną. I tyle.

My zaś, jak na niezwykle wybrednych koneserów przystało, zadowoliliśmy się pysznymi, świeżo wyciskanymi sokami – banany, truskawki, imbir, pomarańcze i lód. Sztuka w gębie!