Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 31 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



No i w końcu przyszedł czas na Lao Che, czyli jedną z najlepszych polskich kapel ostatnich lat. Dzisiaj „Stare Miasto” z płyty „Powstanie Warszawskie”. Rok 2005. Smacznego!

Ciekaw jestem ile osób jutro o godz. 17.00 zatrzyma się na ulicach Warszawy…

Orzeźwiające wspomnienia


Znowu wydziałem, jak kobieta zasłabła w metrze. Trzydziestostopniowe upały w mieście L. robią swoje. A podróżować, niestety, trzeba. Żeby jeszcze jakowaś klimatyzacja, co ja mówię, choćby i porządna wentylacja, w podziemiach panowała. A tu tylko szelest przepoconych koszul, zaduch i gorąc niemiłosierny. Prawdziwa sauna na torach, za jedyne 24.20 tygodniowo. Polecamy!

Dla ochłody obejrzałem sobie wczoraj zdjęcia z ubiegłorocznych wakacji. Och, jak przyjemnie. Przyjemniej tym bardziej, że małżonka osobista jutro porą wieczorową wraca na męża łono. Znaczy się do Londynu przyjeżdża.

Na pannę Oliwę muszę jeszcze poczekać 4 tygodnie. Cholera, długo jakoś.

Na zdjęciu: obywatelka małżonka z kamykami w powietrzu i piosenką na ustach. Szanowne Państwo nie słyszy, bo i słyszczeć nie może, ale brzmiało to mniej więcej tak:

Ach, jak przyjemnie
kołysać się wśród fal,
gdy szumi, szumi woda
i płynie sobie w dal.

Ach, jak przyjemnie,
radosny słychać śpiew
gdy szumi, szumi woda
a w żyłach szumi krew.
I tak uroczo, tak ochoczo
serca biją w takt,
gdy jest pogoda, szumi woda,
czego jeszcze brak do szczęścia.

Ach, jak przyjemnie
kołysać się wśród fal
gdy szumi, szumi woda
i płynie sobie w dal.

wtorek, 29 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Kolejna odpowiedź na pytanie: Dlaczego Tata Oliwki ma słabość do dźwięków z Islandii. Cztery dziewczyny – María, Hildur, Edda i Sólrún i jak dotąd tylko jedna solowa płyta (wcześniej panie udzielały się instrumentalnie na płytach kolegów z Sigur Ros). Utwór „Seoul” z albumu „Kurr”. Rok 2007. Smacznego!

Ławeczka


Nieopodal mojej pracy, w parku niewielkim, spotkać można jedną taką księżniczkę panią (tą od ziarnka grochu). Szczęście jakoś mi nie dopisuje i miast blondwłosej dziewuchy, mijam jedynie jej książęcą ławeczkę…

poniedziałek, 28 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Kwietniowy koncert panów braci W. był wbił mnie w ziemię. Jak dla mnie, absolutna czołówka muzykowania na żywo. Zatem dzisiaj w kuchni pełnej niespodzianek, z pierwszego albumu pana Fisza („Polepione dźwięki” 2000 r. ) utwór „Polepiony”. Smacznego!

Lody dla ochłody


W Londynie trzydziestostopniowe upały. Tacie Oliwki nie chce się prawie nic. Prawie, bo zimnego piwa zasadniczo bym nie odmówił.

Wczoraj porą wieczorową nawiązałem kontakt telefoniczny z osobistą małżonką i córką również jedyną. Dziewczyny zażywają słonecznych kąpieli, leżą do góry pępkiem, a dla orzeźwienia wskakują do akwenu (jak mówi pani w telewizorze – akwenu wodnego). Kanikuła aż miło posłuchać!

Jest tak gorąco, że klawiatura rozkleja się pod paluchami. Jestem pełen podziwu dla pani Tereni – mamy Oli, i pani Lidki – mamy Oli, które były nas nawiedziły i po Londynie z nieletnim Radkiem (bratkiem Oli) dziarsko biegają. Młode dziewczyny, to i biegają. Tata Oliwki zaś po ciężkim tygodniu pracy oddawał się błogiemu nicnierobieniu. Lenistwo było na tyle wielkie, że wczorajszy poranny posiłek skonsumowałem poza za domem. Typowe angielskie śniadanie, wersja jednakowoż vege (znaczy bez bekonu i kiełbasy). Co mi pani sympatyczna podała? Fasolkę w pomidorach, jajecznicę, pieczarki, sojową kiełbasę (A co! Nie stoi przecież w mądrych księgach, że kiełbasa musi być wyłącznie z mięsa, prawda?) i dwa takie jakieś bliżej nie określone w wyglądzie, smaku i nazwie smażone placki. Do tego obowiązkowa kawa. No istna rozpusta.

A dzisiaj rano trafiłem na kierowcę-figlarza. Żar z nieba, a ten nasz wesoły nicpoń ogrzewanie w autobusie był włączył. Szkoda tylko, że jechałem tak krótko, bo w pełni nie mogłem docenić tego wybornego żarciku. Część pasażerów na poczuciu humoru pana kierowcy jednak się nie poznała. Syczeli, krzyczeli, podskakiwali na rozgrzanych siedzeniach, no i „kurwowali” z zacięciem. Ot, radosny początek tygodnia w mieście na literę L.

Panna Oliwa powiedziała mi wczoraj, żebym się nie martwił i że ona do mnie wróci. No to się nie martwię.

Na zdjęciu: Chwil kilka przed wyjazdem. Ulubione owoce Oliwy, zmrożone nie wstrząśnięte.

piątek, 25 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Pozytywny był to dzionek więc i dwa łyki pozytywnej muzyki. Pani młoda nazywa się Leslie Feist, pochodzi z Kanady i śpiewa o tak właśnie. Smacznego!

Eldorado


Depesza Polskiej Agencji Prasowej (zamieszczona chyba we wszystkich polskich gazetach i portalach internetowych): Polacy mają wyższą jakość życia niż Irlandczycy i Brytyjczycy mimo znacznie niższych zarobków – donoszą dzienniki „Daily Telegrach” i „Daily Mail”, powołując się na wyniki badań portalu uSwitch specjalizującego się w porównawczych analizach cen i kosztów życia.

Wśród 10 przebadanych państw UE, Polacy znaleźli się na 8. miejscu przed Brytyjczykami i Irlandczykami. Polskę wyprzedziły: Hiszpania, Francja, Niemcy, Holandia, Dania, Szwecja i Wlochy W badaniach wzięto pod uwagę 19 różnych czynników odnoszących się do zarobków, cen, kosztów życia, jakości służby zdrowia, oświaty itp.

Brytyjczycy mają wprawdzie najwyższy przychód netto w grupie przebadanych państw (35.730 funtów wobec średniej 25.404 funtów), ale za benzynę płacą 6 proc. więcej, 49 proc. więcej za gaz i 5 proc. więcej za prąd.

Statystyczny Brytyjczyk ma 29 dni wolnego w roku w porównaniu z 40 dniami we Francji; na emeryturę przechodzi później, średnio w 63. roku życia (wobec 58 lat w Polsce). Wydatki publiczne na opiekę zdrowotną i oświatę w W. Brytanii także są poniżej średniej dla 10 państw. Poza tym W. Brytania ma o 80 proc. mniej godzin słonecznych w roku niż Hiszpania i 17 proc. mniej niż wynosi europejska średnia (1.777 godzin). Rosnące ceny żywności i inflacja, by nie wspomnieć już o wydatkach związanych z kupnem nieruchomości i utrzymaniem jej ograniczają siłę nabywczą ludności. Płaca netto stoi w miejscu, inflacja rośnie, gospodarka hamuje, zaś ceny nieruchomości spadają – skomentowała wyniki dyrektorka uSwitch Ann Robinson. W 2006 roku z W. Brytanii wyemigrowało w poszukiwaniu lepszego życia ponad 41 tys. Brytyjczyków, co jest najwyższym poziomem emigracji wśród krajów UE.


Małżonka osobista w Polsce (przypominam – 8 miejsce), córka również. Czy aby zechcą wrócić do tej nienasłonecznionej, biednej krainy (przypominam – miejsce 9). Obawiam się, że dziewczęta zachłysnąwszy się dobrobytem, z owej krainy mlekiem i miodem płynącej powrócić już nie zechcą. Uschnę nie tylko z tęsknoty, ale i z braku słońca; lekarz pomocy nie udzieli, kromki chleba nikt nie poda. Biada mi, oj biada…

Na zdjęciu: Jest źle, jest niedobrze, jest kurwa coraz gorzej...

czwartek, 24 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Dwukrotnie w mieście L. dane mi było słuchać ich na żywo. Na płytach są bardziej niż świetni, na koncertach zaś bardziej niż rewelacyjni. Kropka. W kuchni polskiej serwujemy dzisiaj „Raz Dwa Trzy” (No proszę mnie nie poganiać! Zaraz podamy przecie…) i utwór „Talerzyk 2000” (z frazą zasadniczo nieśmiertelną: Jestem Polakiem, mam na to papier. I cały system zachowań…) z albumu „Muzyka z talerzyka”. Rok 2000. Smacznego!

Pstryk-Pstryk





Cały czas uczę się robić zdjęcia. Kupuję albumy, chodzę na wystawy, pstrykam to tu, to tam. Ostatnio chodzi mi po głowie nawet i jakaś szkoła. Na naukę podobno nigdy nie jest za późno (tak, tak, pocieszaj się Tato Oliwki).

Miasto Londyn jest miejscem, gdzie tacy zapaleńcy-amatorzy jak ja, mogą oglądać najlepszych. Wystaw ci u nas dostatek, a żeby było jeszcze przyjemniej, to spora ich część jest bezpłatna. Właśnie wróciłem z jednej z nich. Fotografia prasowa roku 2007, czyli najlepsi brytyjscy fotoreporterzy w jednym miejscu.

Fotografia prasowa więc obowiązkowo porozrywane ciała, ból, rozpacz i nieszczęścia. Tak, wiem, taki jest świat. Jednak nie tylko taki. Nie przede wszystkim. Zdaję sobie sprawę, że przemoc jest najlepiej sprzedającym się tematem. Wydawcy i czytelnicy (a może czytelnicy, a potem wydawcy?) oczekują krwi, oczekują tragedii. Nie swojej, rzecz, jasna, ale ich, obcych, gdzieś tam, w odległym kraju.

Nie lubię gdy tego typu wystawy epatują wyłącznie, lub przede wszystkim, ludzkim nieszczęściem. Nie lubię nie dlatego, że robi mi się smutno, że tracę dobry humor, że moje dobre samopoczucie pryska jak mydlana bańka. Nie lubię bo wiem, bo chcę wierzyć, że nie brakuje ludzi, sytuacji, zdarzeń zgoła odmiennych. Choć, jak rzeczywistość pokazuje, mniej atrakcyjnych dla fotografa, mniej atrakcyjnych dla czytelnika, ale przecież ciągle prawdziwych!

Na szczęście na tej wystawie nieszczęście nie było jedynym tematem. Chodziłem więc z paszczą zasadniczo rozdziawioną – nie cały czas, oczywiście, ale fotografii na widok których nóżki uginały się znacząco, nie brakowało. Zresztą co ja tu będę się o nóżkach w galarecie rozpisywał. Szanowne Państwo także może się rozdziawić (trzęsących kończyn, naturalnie dolnych, nie będzie, bo Państwo przecie siedzi, jak to czyta). Zdjęcia można zobaczyć o tu: http://thepressphotographersyear.com/

A po wystawie, drogą zakupu dwa albumy nabyłem. Siedzę, oglądam, wzdycham, paszczę rozdziawiam z gracją (ale z przerwami).

Oglądając zdjęcia oglądałem także i innych oglądających. A teraz to i Państwo Szanowne może tych przeze mnie oglądanych oglądajacych także pooglądać.

środa, 23 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Było o piwie więc muzycznie nie może być inaczej – Shane MacGowan i wesoła kompanija „The Pogues”. Utwór „Dirty Old Town” z płyty „Rum Sodomy & The Lash”. Rok 1985. Smacznego!

No właśnie, The Pogues. Mój pierwszy koncert na gościnnej angielskiej ziemi…

Piwne rozmowy...





„Napój alkoholowy o niskiej zawartości alkoholu uzyskiwany w wyniku alkoholowej brzeczki piwnej, otrzymywanej ze zbóż – głównie jęczmienia, bez destylacji” – tyle definicja. Encyklopedyczna regułka nie jest jednak wstanie oddać tego, co na piwoszy czeka nad Tamizą.

Wyznam szczerze: lubię piwo. Ale nie każde, rzecz jasna. I nie wszędzie, oczywiście. Na ten przykład bardzo lubię London Pride warzone w tutejszym browarze Fuller's. A już szczególnie lubię je sączyć w jakimś miłym pubie. Dlatego co czas jakiś będę Szanowne Państwo zabierał w takie właśnie miłe miejsca. Na dobry początek Churchill Arms (119 Kensington Church Street, Londyn W8 7LN; najbliższa stacja metra: Notting Hill Gate).

Dziś po ciężkiej pracy i znoju (…) udałem się pod wskazany adres na symboliczny kufelek piwa. Państwo rozumie, małżonka osobista poza granicami, córka jedyna jakby również… Wracając jednak do meritum (ho, ho, Tata Oliwki zabłysnął uczoną mową). Tak naprawdę nie sposób ominąć tego pubu. Z zewnątrz obwieszony dziesiątkami donic z kolorowymi kwiatami bardziej przypomina ogród botaniczny, ale nie dajmy zwieść się pozorom. Roślinność, roślinnością, tu jedna rzecz dotyczy czegoś znacznie przyjemniejszego! Zanim jednak skosztowałem pierwszy łyk, tradycyjnie już pooglądałem sobie to i owo. A tego i owego w tym miejscu doprawdy nie brakuje. Setki niezwykłych rzeczy umieszczonych na ścianach oraz podwieszonych pod sufitem robią wrażenie zasadniczo wielkie. W jednym miejscu zgromadzić tyle nie pasujących do siebie rzeczy to dopiero sztuka! Miedziane naczynia, porcelanowe nocniki, kolorowe motyle, wiklinowe kosze, stare radia i instrumenty. No i oczywiście wszechobecne portrety Winstona Churchilla. Misz-masz, aż miło popatrzeć.

Pisząc o piwie nie sposób nie wspomnieć o licznych ostatnio artykułach, w których rozpisywano się o czarnych chmurach wiszących nad tutejszymi pubami. Według stowarzyszenia BBPA (The British Beer and Pub Association) tylko w roku 2007 zamknięto tu 1409 pubów, wobec 216 w 2006 r. i 102 w 2005 r. Dlaczego? Jak twierdzą piwosze z BBPA powody są trzy: zakaz palenia w miejscach publicznych (akurat ten zakaz, jak mało który, cieszy mnie i to bardzo), pogorszenie koniunktury gospodarczej w Wielkiej Brytanii oraz wyższe ceny piwa spowodowane zwyżką akcyzy i chmielu. Na szczęście miejsc, gdzie możemy delektować się pienistym trunkiem w stolicy Zjednoczonego Królestwa nadal nie brakuje (według BBPA na Wyspach ciągle działa ponad 57 tys. pubów, z czego ponad 8 tys. w samym Londynie!). Tata Oliwki może spać spokojnie…

A jak wszystko co powyżej napisałem, to był właśnie przypomniał mi się film pod jakże zacnym tytułem „Piwne rozmowy braci McMullen”. Polecam! (reż. Edward Burns, rok 1996).

No to może jeszcze piwny, angielski dowcip? Służę uprzejmie:
Betty robi obiad, gdy przez okno widzi sąsiada Franka. Zdziwiona, że to nie jej mąż John wraca z pracy, pyta go, co się stało. Frank na to, że ma złą nowinę ,bo był wypadek w browarze, gdzie on i mąż Betty razem pracują.
Zszokowana Betty pyta, czy z jej mężem Johnem jest wszytko w porządku.
– Niestety, ale John zginął w czasie tego wypadku – odpowiada Frank.
– Ale jak to się stało? – pyta rozpaczona Betty.
– Wpadł do warzelni piwa i utonął – odpowiada Frank.
Szlochając, Betty pyta przez łzy:
– Ale czy chociaż miał szybką śmierć?
– Obawiam się, że nie – odpowiada Frank. – Zanim utonął, to wyłaził z beczki
pięć razy, żeby się odlać.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Kolejne danie polskie. Pani Maria Peszek i „Moje miasto” z albumu „Miasto mania”. Rok 2005. Smacznego!

Czekam na koncert pani Marii w Londynie i czekam. Czy aby się doczekam?

Odlot


Człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać – mówił Maklakiewicz do Himilsbacha w „Wniebowziętych”. No to dziewczyny poleciały.

Po raz pierwszy byliśmy na London City Airport i coś mi się zdaje, że nie po raz ostatni. To niewielkie lotnisko położone wokół doków Tamizy jest, jak właśnie wyczytałem, najmłodszym portem lotniczym Londynu (pierwszy samolot wylądował tu w 1987 roku). Do tej pory korzystaliśmy zazwyczaj z lotniska Stansted, bo właśnie stamtąd odlatują samoloty niby-tanie Ryanair. Dlaczego niby-tanie? Ano dlatego, że drogie. Określanie tych linii przymiotnikiem „tanie” jest już zwyczajnym nieporozumieniem. Pomijam jakość usług (na ten przykład w roku ubiegłym nasi serdeczni przyjaciele miast wylądować w Bydgoszczy wylądowali w Berlinie; pasażerowie na własną rękę załatwiali autobusy, które zawiozły ich do Polski, bo „tani” Raynair pomocy odmówił...), całą masę dodatkowych opłat, piętnastokilogramowy zaledwie bagaż. Dziewczyny poleciały liniami British Airways, bo bilety okazały się o ponad 40 funtów tańsze niż lot (w tym samym czasie) niby-tanim Rynair. Nie dość, że taniej to i bliższej na lotnisko, i większy bagaż (23 kg), i posiłek na pokładzie. Warto więc sprawdzać ofertę także i niby-drogich przewoźników.

Muszę się jeszcze z Szanownym Państwem podzielić pewną lotniskową obserwacją. Obserwacją, którą podczas wczorajszej domowej dysputy potwierdzili zgodnie obywatelka Ola wraz z konkubentem, wuj Tygrys oraz goście: Karaś i Marek. Otóż wylatując z Londynu do kraju ojców, nie sposób nie zauważyć polskiej kolejki do odprawy. Zawsze (naprawdę ZAWSZE) nie brakuje takich oto przedstawicieli. Rodaczka: przywdziana w kusy kostium, obwieszona całą posiadaną w szkatułce biżuterią i umalowana, tu użyjmy delikatnego słowa: wyzywająco. Do tego obowiązkowa torebka z ogromnym napisem Dolcze Gabana lub inny Szanel, opalenizna na przewodniczącego Lepera no i wystrzałowa, odlotowa, bombastyczna, szałowa, na maksa odjechana fryzurka. No po prostu odlot! Łał! Co na to rodak? Rodak zakłada białe (rzecz jasna nie śmigane) pantofle, najlepiej z dużym firmowym znaczkiem. Do tego świeżutkie, dopiero co zakupione dresy. Ale, ale. Zakłada tylko dół od rzeczonego kompletu, bo na klatkę wrzuca – a jak! – skórzaną kurtkę. Do tego złoty wisior (im większy, tym wiadomo co) i tubka żelu we włosach. Ma być bogato. Ma być zagranicznie. Ma być funtowo, broń Boże złotówkowo. Bo wiecie przecie skąd przyleciała(e)m nie!

A wieczorem zadzwoniłem do dziewczyn, co by zapewnić o tęsknocie, zagubieniu i ogólnej rozpaczy. Córka moja osobista podobnych uczuć jednak nie przejawiała: tato, nie mogę rozmawiać, bo jestem na wczasach...

No to zszedłem do wesołej kompanii. Dżin z tonikiem łzy nieco zatamował.

sobota, 19 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Wszystkich chętnych zabieram dzisiaj w uroczą podróż do krainy klonowego liścia. Zespół nazywa się „The New Pornographers”. Tytułowy utwór z albumu „Challengers”. Rok 2007. Smacznego!

Smutek i nostalgia










Jutro o godz. 12.45 Oliwka wraz z mamą lecą do Polski. Sylwia wróci za dwa tygodnie, panna O. za tygodni sześć. Tata Oliwki zostaje nad Tamizą.

Dzisiejsze przedpołudnie spędziłem z Oliwą na Camden. Ostatnie zakupy, ostatnie drobiazgi dla naszych serdecznych przyjaciół. No i jeszcze obowiązkowy naleśnik z truskawkami, bananami i czekoladą. Pychota. A w drodze powrotnej garść zdjęć w pociągu.

Cholera, sześć tygodni bez Oliwy. Jakoś pusto tu będzie. Pocieszam się jednak radością naszych rodziców. Już widzę tą jutrzejszą eksplozję radości. Najpierw dziadkowie w Ostrołęce, potem babcia i dziadek w Grudziądzu. Sześć tygodni absolutnego szaleństwa! Niczemu jednak dziwić się nie mogę. To ich jedyna wnuczka, więc, choć trudno mi się tak naprawdę do tego przyznać, wszystkie chwyty dozwolone. A kiedy piszczę przez słuchawkę i tupię groźnie nóżką, że ją rozpieszczają i na wszystko pozwalają, mój osobisty tato mówi to co zwykle: poczekaj jak ty będziesz dziadkiem. I na tym dyskusja się kończy. Wszystkie argumenty z rąk wytrącone. Brawo dziadek!

No, ale zanim dziadkiem i ja zostanę, wyrażam w tym miejscu nieodparte pragnienie pozostania tatą. Ponownie i ponownie. Czy żona mnie słyszy? No tak, znowy Turnau Grześ. Znaczy się Cichosza...

piątek, 18 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Skoro wakacje to wczasy. A jak wczasy to Wojciech Młynarski. A jak Wojciech Młynarski to „Jesteśmy na wczasach” (zasadniczo to o wczasach zimowych, ale co tam, damy radę!) Rok 1967. Smacznego!

Wakacje


Ostatni dzień szkoły. Panna Oliwa z dumą podkreśla, że po wakacjach będzie już duża, bo wtedy pójdzie do pierwszej klasy (dzisiaj kończy właśnie „Recepction Class”, czyli naszą „zerówkę”).

Zasadniczo Oliwka szkołę lubi i to bardzo (podobnie zresztą jak lubił jej osobisty tata...). A co w szkole lubi robić najbardziej? Oddajmy głos uczennicy:
- Bawić się na podwórku w koniki
- Czytać książki o pieskach i kotkach
- Rysować
- Klaskać
- Bawić się w mamę i tatę
- Pisać
- Dostawać w nagrodę naklejki
- Pić wodę na boisku
- Sukienkę, w której idę się do szkoły
- Panie, które mnie uczą

Wczoraj wieczorową porą w mym tajemniczym notesiku z kronikarskiego obowiazku zapisałem również to, czego Oliwa w szkole nie lubi:
- Skakać na jednej nodze
- Biegać
- Jak Tomideo (nieustannie roześmiany czarnoskóry młodzieniec, urwis, nicpoń, absolutny mój ulubieniec – przyp. Tata Oliwki) trzyma mnie za ręce i długo kręci

Jak Szanowne Państwo widzi minusy nie przesłaniają nam plusów. Jest dobrze. Ba, jest bardzo dobrze. Ze szkoły dostaliśmy bowiem (jak wszyscy zresztą rodzice) czterostronicowy raport opisujący postępy w nauce naszej latorośli. A postępy, jak stoi napisane czarno na białym, są znaczące (tu Tata Oliwki pierś dumnie napręża). Pani nauczycielka była uprzejma również napisać, że O. uwielbia muzykę, taniec, ma poczucie rytmu i w przyszłości chce zostać... baletnicą. Znaczy się muszę drogą zakupu nabyć obcisłe rajtuzy co by z córką ćwiczyć i ćwiczyć...

Pierwsze szkolne wakacje rozpoczną się o godz. 13.30. A rozpoczną się pysznymi lodami w towarzystwie mojej pysznej żony. Czyż może być lepszy początek?

środa, 16 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Wczoraj w mieście Wrocław wystąpił Manu Chao. Dzisiaj zatem w naszej kuchni pełnej niespodzianek dwa łyki historii. Nieistniejący już zespół „Mano Negra”, który pan Manu Chao założył był ze swoim bratem i kuzynem (grunt to rodzina!). Utwór „Mala Vida” z ich debiutanckiego albumu „Patchanka”. Rok 1988. Smacznego!

Urodziny Wuja










No i stało się. Wujek Tygrys wkroczył w 33 rok życia. Gratulujemy :-)

A na zdjęciach:
1. Angielski placek z polską świeczką. Na dodatek symboliczną, bo jedną.
2. Dostojny jubilat robił to, co potrafi najlepiej.
3. Filip – tajemniczy i co najważniejsze nieletni członek naszej komórki społecznej – nie potrafił znaleźć w sobie wystarczająco dużo silnej woli. Wstyd.
4. Ten z prawej to Danek. Oczywiście pod wpływem alkoholu. Ta z lewej to… aaa!!!... moja osobista małżonka! Czy na sali jest adwokat?
5. Ola nie piła więc z nudów się zamyśliła.
6. Trzydziestotrzylatek w cudzym aparacie (choć wyraz twarzy wskazywałby na wiek znacznie mniej zaawansowany).
7. Świat widziany oczyma Wuja Tygrysa (po pierwszej butelce).
8. I to byłoby na tyle. Do zobaczenia Wuju za rok!

A podpisy są jakby od końca. Wydało się - Tata Oliwki też wczoraj wypił co nieco(przyznaję - szklaneczkę, no może dwie).

wtorek, 15 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Było o punkach z Wysp więc dla tak zwanej równowagi zagrają punki z Polski. Żeby było jeszcze przyjemniej to zagrają punki z mojego rodzinnego Grudziądza. A co! „Cela nr 3”, czyli legenda rodzimej sceny (żeby nie było że rzucam słowa na wiatr – grają nieprzerwanie od roku 1985!). Dziś utwór „Miasto” z płyty pod tym samym tytułem. Rok 2005. Smacznego!

A na teledysku – Grudziądz oczywiście!

Tańce, hulanka, swawola














Jak Szanowne Państwo widzi na załączonych obrazkach, punki, w odróżnieniu na ten przykład od pterodaktyli tudzież tyranozaurów, żyją nadal. Żyją i jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanka, swawola; Ledwie karczmy nie rozwalą, Cha cha, chi chi, hejza, hola!

W rzeczonej karczmie w minioną niedzielę odbył się „Punkstock”; kilkugodzinne muzykowanie, z którego dochód przeznaczony został na fundację wspierającą ludzi dotkniętych chorobą Parkinsona (warto w tym miejscu podkreślić, że całość zorganizowała młoda Polka, urodzona jednakowoż już w Wielkiej Brytanii). Pani Karolina zaprosiła angielskich zespołów pięć, w tym prawdziwą legendę punk rockowego grania – grupę G.B.H (panowie zaczęli grać, jak Tata Oliwki hucznie i z przytupem świętował swoje pierwsze urodziny; tak, tak drogie dzieci – to był rok 1978).

Niestety G.B.H, jak na gwiazdę przystało, zagrali na samym końcu. Chcąc nie chcąc (z wyraźnym wskazaniem na „nie chcąc”) słuchaliśmy więc pozostałych zespołów. Muzykującym chłopcom bliżej jednak było do MTV tudzież innej VIVY niż do prawdziwego punk rocka. Dość powiedzieć, że młodzi gniewni więcej czasu spędzali w toalecie na poprawianiu i układaniu wystrzałowych fryzur podpatrzonych w najnowszych żurnalach. No a potem na scenie tu już tylko dopracowana choreografia, umizgi, kontrolowane podskoki. Niezależność pełną gębą.

Na punkowej potańcówce pojawiło się też troszku naszych rodaków. Jeden z nich (co widać zresztą na obrazku), by, jak podejrzewam, nie wyróżniać się zbytnio w tłumie, zawiesił sobie na plecach biało-czerwoną flagę. Zuch! No i jeszcze dwa słowa o dwóch ostatnich fotkach. Kiedy emeryci z G.B.H. instalowali sprzęt, nagle na scenie pojawiły się dwie umundurowane dziewuchy. Z głośników syrena alarmowa, a te, proszę Szanownego Państwa, zaczęły zrzucać z siebie odzienie wierzchnie! No, sztriptis, jednym słowem. Znaczy się częściej na punkowe dancingi trzeba chodzić.

A Danek, co to był na koncercie G.B.H. w poznańskim Eskulapie w zamierzchłym roku 1993, zawiedziony był znacznie. Panowie nie zagrali bowiem nic ze swoich starych płyt. A tak bardzo chłopina w kociołek taneczny pod sceną chciał wskoczyć. Nawet kroki w domu przećwiczył. Może następnym razem?

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że do dziś mam kłopoty ze słuchem. Obrazków pięknych mi się zachciało, więc usadowiłem się w bliskim sąsiedztwie głośników rozmiarów znacznych. Cóż, za własną głupotę trzeba płacić. W tym wypadku mało przyjemnym szumem w uszach. Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Było o kinie więc kuchnia serwuje dzisiaj „Cinematic Orchestra”. Utwór „All That You Give” (Brytyjczyków wspiera tu wokalnie pani zza wielkiej wody – Fontella Bass) z albumu „Every Day”. Rok 2002. Smacznego!

Cios Pandy


Kino jest naszą rodzinną pasją. To było jednak pierwsze wyjście Oliwki do przybytku X Muzy bez Taty Oliwki. Moja wersja wydarzeń wygląda następująco:

Wielce sympatyczny Marcin wraz ze swoją wielce sympatyczną damą, znaną wszystkim nam jako Szczotka, mieli przeogromną ochotę wybrać się do kina na film pt. „Kung Fu Panda”. No i żeby nie było, że oni, co tu dużo mówić – pierniki, idą na animowaną bajkę, dla tak zwanej zmyłki, porwali na godzin kilka pannę O. właśnie. Ot i cała historia.

Rzecz miała miejsce w sobotę o godz. 17.30, choć gwoli ścisłości Oliwa już od 8 rano na owo wyjście niecierpliwie oczekiwała. „Kiedy przyjdzie Marcin?” – wypowiadane było przynajmniej raz na kwadrans. Bo trzeba Szanownemu Państwu wiedzieć, że pakiet pt. „Popołudnie bez mamy i taty” zawierał nie tylko wyjście do kina, ale także i obiecaną wizytę w lodziarni. Oczekiwanie małej damy było więc jak najbardziej zrozumiałe.

Z ręką na sercu przyznam, że podczas nieobecności moich pań (mniejsza w kinie, większa w pracy) nudy większej nie odczuwałem. Z wujem Tygrysem, Markiem i Karasiem sączyliśmy bowiem wino czerwone oraz piwo marki Żywiec. Czterech chłopa w domu więc plotki, ploteczki i takie tam sobotnie emigrantów bajdurzenia. Szanowne Państwo rozumie.

A gdy wesołe trio z kina powróciło najpierw ochoczo zademonstrowało kilka efektownych kopnięć, wyskoków i odgłosów, nazwijmy je umownie – karateckich. Prawdziwy Klasztor Shaolin!

Niedziela zaś stała pod znakiem „Punkstock”. Ale o tym, drogie dzieci, Tata Oliwki opowie jutro.

Na zdjęciu: Adepci wschodnich sztuk walk przed wyruszeniem na wyczerpujący trening.

piątek, 11 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Kolejna porcja apetycznej i smakowitej kuchni z kraju nad Wisłą. Zespół nazywa się
„Voo Voo”. Utwór „Zbiera mi się” z płyty „21”. Rok 2006. Smacznego!

Panna Oliwa uwielbia ten teledysk. Nazywa go „Pan serduszko” (specjalne podziękowania dla cioci Oli).

Sekcja gimnastyczna


Jeśli obcojęzyczni znajomi Szanownego Państwa zechcą poznać polską muzykę (a warto namawiać, żeby chcieli; jednak niekoniecznie od razu ogniem i mieczem, niekoniecznie pewnym zbiorem płyt namawiać trzeba) spieszę z informacją, czego absolutnie, za żadne skarby, nigdy przenigdy kupić im nie możecie.

Wczorajszy dzień był urody wyjątkowo cudnej. Po pracy, z sympatycznym kolegą Grzegorzem wypiliśmy po dwa piwa (Pan G. piwo truskawkowe – uuuu, Tata Oliwki Black Sheep Ale – aaaa). Było miło i wesoło. Po wizycie w pubie (tak, wiem – prawdziwie polskie słówko) było jeszcze bardziej miło i jeszcze bardziej wesoło. Udałem się bowiem do sporych rozmiarów sklepu płytowego, by nadrobić ostatnie zaległości. Drogą zakupu nabyłem garść uroczych albumów, więc Szanowne Państwo samo rozumie skąd ów pyszny nastrój. Mina była mi nieco zrzedła, gdy trafiłem na „The Best Polish Songs... Ever!”.

Blondwłosa piękność z czapeczką figlarnie przekręconą na pudełku, a w pudełku chaos kompletny. Cztery płyty grochu z kapustą. Reklamowanie tego produktu jako zbioru najlepszych polskich piosenek jest zwyczajnym nadużyciem. Co ja tu dużo będę pisał. Jest Virgin z piosenkarką Dodą, jest Andrzej Piaseczny, jest Feel, jest Marcin Rozynek. Nie ma zaś Czesława Niemena, nie ma Marka Grechuty, ba, nie ma nawet i Wojciecha Młynarskiego czy zespołu Voo Voo. Można by tak zresztą wymieniać i wymieniać. Bez składu, bez ładu, pomieszanie z poplątaniem. Bez pomysłu, ot co.

A niektórym „artystom”, których wiekopomne „dzieła” zamieszczono na tym, pożal się Boże, wydawnictwie proponowałbym, przy tak zwanej okazji, przejście do sekcji gimnastycznej. Dokąd? – zapyta Pani, zapyta Pan. Proszę bardzo – „Rejs” Marka Piwowskiego. Rok 1970.
– Stawiam wniosek przesunięcia kolegi śpiewaka do sekcji gimnastycznej. Po pierwsze. Nie będzie samotny
– Tak.
– Po pierwsze. Nie będzie samotny...
– Tak.
– Będzie w kolektywie. Po drugie. Nabierze więcej optymizmu życiowego.
– Jeszcze więcej. Jeszcze więcej, bo przecież już ma.
– Jeszcze więcej optymizmu życiowego. Jasne. Po trzecie, co jest też ważne – przestanie śpiewać


Po powrocie do domu, małżonka moja jedyna zerknęła na zawartość plecaka. Płyty zaczęła przeglądać. O rachunek ze sklepu uprzejmie poprosiła. Przygotowany na taki rozwój wypadków, ceny ze wszystkich płyt uprzednio zerwałem, rachunek podarłem, spaliłem, popiół połknąłem. Kobiet zasadniczo denerwować nie trzeba...

czwartek, 10 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Ostatnimi czasy ten utwór gra w mej głowie i gra. Pani żona i pan mąż, czyli zespół „Mates of State”. Utwór „Get Better” z albumu „Re-Arrange Us”. Rok 2008. Smacznego!

Seks i alkohol, alkohol i seks, czyli emigracyjna Sodomia i Gomoria



Sezon ogórkowy w pełni. „Dziennik” ogłosił właśnie, że praca za granicą ma wiele ciemnych stron. A to ci niespodzianka!

Nieźle nas w tej Warszawie nastraszyli – chciałoby się rzec po lekturze tekstu pod jakże wymownym tytułem „Polacy na emigracji – alkohol i seks”. Problem w tym, że mieszkam chyba w zupełnie innym Londynie, niż ten opisany w gazecie.

Impulsem do napisania wspomnianego artykułu był raport ukazujący ciemne strony emigracji. „Gorzki migracyjny chleb” (z takim tytułem to chyba trudno pisać o jasnych stronach emigracji; zresztą, jak doskonale wiemy, jasnych stron po prostu nie ma…) przygotowany został przez grupę socjologów, a jego wyniki są – jak dumnie podkreśla „Dziennik” – wstrząsające. Czy Szanowne Państwo posiada nerwy ze stali, serca jak dzwon i nie musi spać przy zapalonym świetle? Jeśli tak, zaczynamy.

Polacy usychają z tęsknoty, pracują poniżej swoich kwalifikacji, zarabiają marne pieniądze, żyją po kilkanaście osób w jednym domu, nieustannie piją alkohol, mężowie zdradzają żony, Polki zaś jeśli nie trudnią się najstarszym zawodem świata, to w najlepszym przypadku „szaleją za ciapatami” (autentyczny cytat z tekstu!) – tak, w największym skrócie można streścić wspomniany artykuł. Problem w tym, że emigracja, ja sądzę, jest tak złożonym zjawiskiem, że nie da się jej zamknąć wyłącznie w medialnie atrakcyjnych ramach.

Autorka na własny użytek tworzy dość przewrotne równanie: emigracja równa się zdziczenie obyczajów plus moralna rozpusta. W kilkusettysięcznej polskiej społeczności zamieszkującej dzisiaj Londyn nietrudno znaleźć takich, którzy są niezadowoleni, którym się nie udało, którzy czują w ustach „gorzki smak emigracyjnego chleba”. Dlaczego jednak tylko takich ludzi opisuje? Znam całą masę sympatycznych Pań i Panów również, którzy cieszą się z tego, że mieszkają właśnie w Londynie. Robią to, co lubią, a nawet jak nie do końca lubią, to przynajmniej lubią pieniądze, które tu zarabiają. Czyżby ich historie nie były już atrakcyjne?

O tym, że na Polaków za granicą nie czeka żadne mityczne Eldorado wiadomo już od dawna. Nie można jednak na emigrację zrzucić wszystkich życiowych niepowodzeń. Zresztą gdzieś pod koniec tego mrożącego krew w żyłach tekstu pojawia się wypowiedź pani psycholog pracującej w Londynie, która podkreśla, że wszystkie problemy, jakich doświadczają imigranci, zostały przywiezione z Polski. „Tutaj tylko ujawniły się z większą siłą (..). W Polsce też ludzie piją, biorą narkotyki, zdradzają się. Tutaj, w tym złudnym poczuciu anonimowości, wszystkie ekscesy stały się tylko bardziej widoczne”. Po co więc to całe bajdurzenie „Polacy na emigracji – alkohol i seks”? (jeśli o mnie chodzi, to z lekką nutką zawstydzenia przyznam, że zawarte w tytule artykułu przyjemności nie są mi, no ten… hmm… tego… no… nie są mi obce, ale żeby od razu do gazety? Toć Sodomia i Gomoria! – jak rzekłyby wierne słuchaczki radia ojca pewnego - nie mylić, proszę, z tatą).

Z tekstu dowiedziałem się ponadto, że 27 proc. emigrantów przyznaje się do zdrady. Emigracja jest też podobno główną przyczyną rozstań. I znowu mamy wygodną odpowiedź. Czy nie jest jednak tak, że ktoś, kto nie szanuje i nie kocha swojej żony nie potrzebuje wcale wyjazdu do Londynu, by zdradzić ją z inną kobietą? Emigracja w Polsce staje się, jak widać, słowem-wytrychem. Można nią wytłumaczyć dosłownie wszystko.

Odnoszę wrażenie, że wiele polskich gazet pisząc o emigracji popada w skrajność. Albo piszą przez pryzmat różowych okularów widząc życie usłane tylko różami. Albo z kolei popadają w istne czarnowidztwo i malują obraz prawdziwej nędzy i rozpaczy. Najciekawsze jest jednak to, co pośrodku. Niestety zwyczajne życie zwyczajnych ludzi mało kogo już dzisiaj interesuje.

Na zdjęciu: cień zwyczajnego małego polskiego emigranta na zwyczajnej angielskiej huśtawce.

środa, 9 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



No przecież pisać nic nie muszę...

Z cyklu: Ulubione owoce. Odcinek 4 - Śliwka



Owcze wątroby, serca i płuca wymieszane z mąką owsianą, cebulą i przyprawami zszyte i duszone w owczym żołądku. Oto i specjał szkockiej kuchni, czyli słynny haggis. Danie raczej nie dla nas, wegetarian.

Ale oto w niewielkim sklepiku ze zdrową żywnością znalazłem bezmięsną odmianę owego szkockiego rarytasu. Mamy więc mąkę owsianą, cebulę, fasolę, soczewicę. orzechy i aromatyczne zioła. Wszystko zawinięte w folię, którą nakłuwamy z gracją widelcem i na 45 minut wstawiamy do rozgrzanego piekarnika. Pychota!

W sumie niejedzenie mięsa jest tu, na Wyspach proste i zupełnie zwyczajne, normalne po prostu. Nikt nie robi wielkich oczu, lekarze się nie dziwują, pani w szkole nie rwie włosów. Nie ma się jednak czemu dziwić. Tu przecież powstało pierwsze wegetariańskie stowarzyszenie na świecie, a było to w roku… 1847. 160-letnia tradycja robi swoje.

Kiedyś wyczytałem, że ok. 5 milionów mieszkańców Wysp nie wcina już mięsa. Setki wegetariańskich produktów, mnóstwo restauracji, barów i sklepów ze zdrową żywnością, czyli zapraszamy na jasną stronę mocy :-) A w naszym londyńskim domu mieszka dziś 5 wegetarian: Ola, Daniel, Sylwia, Oliwka i ja. We wrześniu będzie nas sześcioro, bo – jak już na wcześniej pisałem – Olcia i Daniel spodziewają się dziecka. Mięsny jest tylko wujek Tygrys, ale to zrozumiałe – ksywka zobowiązuje.

Wczoraj znalazłem nawet stronę Związku Polaków Wegetarian i Wegan w Anglii. No proszę, więcej nas i więcej. Niech Szanowne Państwo zajrzy sobie o tutaj!

wtorek, 8 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Islandia, co tu dużo mówić, to jedno z moich muzycznych oczarowań. Dzisiaj właśnie danie stamtąd. Sigur Ros i utwór „Saeglópur” z płyty „Takk…”. Rok 2005. Smacznego!

Struś



Najlepiej ma struś. Schowana głowa przy jednoczesnym wyeksponowaniu innej części ciała zdaje się być pozycją idealną. Więcej: to pozycja wprost proporcjonalna do poziomu jaki tu, na gościnnej angielskiej ziemi, prezentuje część moich Szanownych rodaków. Poczynania – chcę wierzyć, że jednak niewielkiej grupy – umysłowych troglodytów sprawiają, że ze wstydu najchętniej schowałoby się głowę w piach.

Z drugiej jednak strony mówienie, że – Panie raczą wybaczyć – ma się ich, czyli umysłowych troglodytów, w dupie, niewiele pomaga. Właściwie nie pomaga nic a nic. Bo kiedy czytam to, co i Szanowne Państwo powiększając zdjęcie może również przeczytać, słyszę jedynie bulgoczącą w żyłach krew. Wstyd miesza się ze złością, bezsilnością i zażenowaniem.

Zdjęcie zrobiłem w dzielnicy Hammersmith, tuż obok Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. Co tu więcej dodawać?

poniedziałek, 7 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Kolejna porcja rodzimego muzykowania. Moja pierwsza muzyka na żywo. Miałem wówczas co najwyżej 11 lat. Tato zabrał mnie na koncert Czesława Niemena. I nic więcej pisać nie trzeba.
Dzisiaj utwór „Jednego serca” z płyty „Enigmatic”. Rok 1969. Smacznego!

Kącik prof. Dżona Mniodka.Spotkanie III



Dżony M. wypatrzył kolejny napis urody cudnej. Niestety profesor pan narzeka, że właściciele sklepików w mieście Londyn polskopodobne napisy zamieszczają coraz wyżej i wyżej. Wybitny językoznawca planuje w najbliższych dniach zaopatrzyć się w przenośną drabinę tudzież obiektyw 70-200.

Z ostatniej chwili: Dobrze poinformowane źródła zbliżone do kół rodzinnych profesora Dżonego M. zdementowały pogłoski o rzekomym zakupie nowego obiektywu. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że małżonka uczonego postawiła ultimatum: albo ja, albo rura do aparatu. Profesor nie podjął jeszcze wiążących decyzji.

***
Nie tak dawno dzieliłem się z Szanownym Czytelnikiem przykrym doświadczeniem obcowania z radiowęzłem „PRL24” (patrz: Buraczane radio). Jest gorzej niż myślałem. Okazuje się, że peerelowscy radiowcy mają swoich słuchaczy za – delikatnie rzecz ujmując – inteligentnych inaczej. W ostatnim numerze „Cooltury” pojawił się taki oto konkurs:
„Wystarczy wysłać sms o treści: PRL24 PKO BP pod numer (…) a Grzegorz A(…) i Robert J(… – kropkuję co by panom radiowęzłowcom nie robić większego wstydu) zadzwonią do Ciebie, zadając proste pytanie dotyczące PKO Banku Polskiego”. Teraz w rzeczonym, arcytrudnym konkursie pojawia się taki oto smakowity kąsek:
„Mała ściąga: Jaki główny produkt oferuje londyńska placówka BKO Banku Polskiego?
a/ kredyt hipoteczny – prawidłowa odpowiedź
b/ pożyczka na samochód
c/ karta kredytowa”.

Mamy pytanie, mamy odpowiedź. Czy słuchacze „PRL24” dadzą jednak radę?

No to sięgnijmy jeszcze po niezastąpionego Stanisława Bareję. „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?”. Rok 1978. Scena konkursu lekarskiego:
– Pytanie dla zespołu z Zabrza. O jaki procent łóżek szpitalnych powiększyła się ilość miejsc w ostatnim okresie?
– 7218 godzin.
– He... No tak. Ale to jest odpowiedź na trzecie pytanie, którego jeszcze nie czytałem, a które brzmi: Ile godzin w czynie społecznym przepracowała służba zdrowia? Ale mam nadzieję, że jury uzna tę odpowiedź awansem. Prawda?
– Tak, jury uznaje odpowiedź.


PRL24 – Niech żyje! Niech uczy! Niech gra! Hura! Hura! Hura!