Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 30 kwietnia 2009

Rajski ogród
























Opisując park w Richmond zwykło się używać dwóch przymiotników, z których tylko jeden jest prawdziwy. „Największy” (prawda, jest to największy park królewski w Londynie – zajmuje obszar 955 hektarów) i „najstarszy” (nieprawda, według historyków najstarszym parkiem w stolicy jest St. James’s Park). W encyklopedycznych opisach brakuje mi jednak jeszcze jednego słowa (według mnie jak najbardziej prawdziwego): „najpiękniejszy”.

Królewskich parków w Londynie jest aż osiem (Bushy Park, The Green Park, Greenwich Park, Hyde Park, Kensington Gardens, The Regent’s Park, St. James’s Park oraz Richmond Park). Każdy z nich ma swoich zagorzałych zwolenników, dla których ten, a nie inny jest właśnie tym „naj”. Niezależnie jednak od tego, który z Royal Parks of London wzbudza w nas największy zachwyt, jedno jest pewne: warto odwiedzić każdy z nich. Zwłaszcza o tej porze roku.

Skoro warto, no to z dziadkiem Olkiem i dwoma uroczymi dziewczętami wybrałem się do Richmond. Tym razem naszym celem była Isabella Plantation, prawdziwy rajski ogród.

Na przełomie kwietnia i maja kwitną tu żonkile, kamelie, wrzosy, paprocie, magnolie, a przede wszystkim – azalie. Prawdziwa feeria barw i… zapachów, bo – jak mawiają ogrodnicy – jeśli w ogrodzie nie rosną azalie, to znaczy, że nie dane nam będzie w pełni docenić uroków wiosny; zapach i barwy kwiatów tych krzewów pamięta się bowiem cały rok.

Isabella Plantation swoją wyjątkowość zawdzięcza przede wszystkim Ernestowi Wilsonowi, brytyjskiemu podróżnikowi i jednemu z najsławniejszych poszukiwaczy roślin (odkrył ich ponad 2000 gatunków!). W 1899 roku młody, zaledwie 23-letni Wilson, wyruszył w swoją pierwszą podróż do Chin. W ciągu dwóch lat jej trwania wysłał do Europy nasiona wielu nieznanych na kontynencie gatunków roślin. Zachwycony egzotyczną florą Azji, Wilson wracał tam jeszcze kilkukrotnie. Pięcioletni pobyt w Japonii zaowocował m.in. sprowadzeniem 50 gatunków japońskich azalii. W 1920 roku po raz pierwszy zakwitły one w Isabella Plantation. Ta słynna kolekcja do dziś wzbudza zachwyt wśród odwiedzających to miejsce.

Japońskie azalie w odcieniach różu, czerwieni i fioletu, to nie jedyne krzewy, które możemy tam podziwiać. Nie mniejsze wrażenie robią kwitnące kamelie. Mało kto dziś wie, że w dawniej Europie gałązki tej rośliny były dopełnieniem wizytowego stroju – panie przypinały je do sukien, panowie nosili w butonierkach – dlatego kojarzą się z salonowym życiem.

Jeśli do tego dorzucimy pachnące wrzosy, barwne magnolie, dzwonki i żonkile efekt jest doprawdy imponujący. Isabella Plantation poprzecinana jest szemrzącymi strumykami; znajdziemy tu też kilka niewielkich stawów, po których pływają kaczki, m.in. rożeńce, czernice i podgorzałki. Żeby było jeszcze przyjemniej, podczas spaceru towarzyszył nam również śpiew osiadłych tu ptaków. Poszperałem nieco i wyczytałem, że dla naszej wesołej kompanii śpiewały m.in. świstunki leśne, pleszki i pokrzewki ogrodowe. Zuchy!

Za kilka tygodni większość krzewów straci swoje kwiaty. Jeśli Szanowne Państwo przebywa akuratnie w mieście Londyn – polecam z całego serca. Tym bardziej, że to ostatnia szansa, by móc w pełni delektować się pięknem tego miejsca. Kolejna okazja nadarzy się dopiero za rok!

wtorek, 28 kwietnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Muzycznie zapraszam dzisiaj na najdzikszy dziki zachód! Wiesław Gołas i Jan Kobuszewski w kawiarni „Nowy Świat” w roku 1972. Kabaret Dudek, to był Kabaret... No a morał z ballady jakby wciąż bardzo aktualny... Smacznego!

Londyn to nie Anglia...























Wizyta dziadka Olka była wizytą nie tylko wielce zabawową (zapytajcie panny Oliwki), nie tylko bardzo apetyczną (zapytajcie małżonki osobistej), nie tylko również bardzo płynną (zapytajcie wujka Marcina). Wizyta dziadka Olka była ze wszech miar urocza i wielce intensywna (stąd moja chwilowa nieobecność).

Z dziadkiem Olkiem byliśmy na ten przykład na pysznej wycieczce w Canterbury.

To niewielkie miasteczko było jednym z najważniejszych ośrodków pielgrzymkowych w całej średniowiecznej Anglii. Pielgrzymów zastąpili dziś turyści, którzy nadal tłumnie odwiedzają to urocze miasto.

W położonym nieco ponad 60 mil od Londynu Canterbury, znajdują się aż trzy obiekty sakralne wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO: kościół pod wezwaniem św. Marcina (najstarszy zachowany w Anglii kościół parafialny), ruiny wczesnośredniowiecznego opactwa św. Augustyna oraz wspaniała katedra, która, co tu dużo mówić, jest największym magnesem przyciągającym turystów.

Choć monumentalna katedra w Canterbury (długość całego kościoła wynosi 158 metrów!) powstała pod koniec VI wieku, to prawdziwym miejscem kultu stała się po roku 1170. Z polecenia króla Henryka II, wewnątrz świątyni zamordowany został wówczas arcybiskup Canterbury Thomas Becket. Papież Aleksander III bardzo szybko, bo już w trzy lata później, kanonizował arcybiskupa Tomasza, a król Henryk II u jego grobu odbył publiczną pokutę. Od tego czasu Canterbury stało się ważnym miejscem na pielgrzymkowej mapie średniowiecznej Europy (opisał to chociażby Geoffrey Chaucer w słynnych „Opowieściach kanterberyjskich”).

Canterbury było stolicą katolickich prymasów przez prawie 1000 lat do czasu, kiedy król Henryk VIII wprowadził anglikanizm. Odtąd katedra w Canterbury jest stolicą Kościoła Anglikańskiego.

W tym miejscu warto przypomnieć, że Jan Paweł II w czasie swojej pielgrzymki do Wielkiej Brytanii w 1982 r. wspólnie z abp. Robertem Runcie (ówczesnym zwierzchnikiem Kościoła Anglikańskiego) odprawił w katedrze wspólne nabożeństwo. O tym niewątpliwie doniosłym wydarzeniu ekumenicznym przypominają chociażby okolicznościowe medale, które można zobaczyć w katedralnej krypcie.

I choć Canterbury słynie przede wszystkim ze swoich sakralnych budowli, miasto urzeka także pozostałymi atrakcjami. Na ten przykład wybornym piwem z położonego nieopodal browaru Shepherd Nemea.

Rację, raz jeszcze, ma mój szef, który powtarza: Londyn to nie Anglia, Londyn to Londyn. Zaledwie 90 minut jazdy pociągiem dzieli nas z gwarnej stolicy do jakże kameralnego Canterbury. Zupełnie inna Anglia. Znaczy się Anglia, po prostu…

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Czapki z głów



25 czerwca roku ubiegłego, wespół z Tomkiem i Anią, byłem na fantastycznym koncercie Radiohead. Spóźnili my się wtedy nieco, piwo też spożywaliśmy więc zbytnio nie pamiętam artystki, która grała jako tak zwany support. A wczoraj ów support wbił mnie w podłogę. Małżonkę osobistą również.

Pomny tamtego doświadczenia tym razem się nie spóźniłem i tak zwany support z uwagą znaczną słuchałem. Nowojorskie trio School of Seven Bells takie jednak nijakie było, że w zasadzie nie ma o czym pisać. No, a koncert Bat For Lashes był taki, że w zasadzie nie wiem jak o tym pisać.

Powiem tylko tak: małżonka osobista, która to bez większego entuzjazmu na występ się udawała, zaczarowana kompletnie została (no i jeszcze dodała, że obok Bjork i Sigur Ros, to jeden z najlepszych koncertów na jakich była). Trzy panie, jeden pan i dźwięki, o których zapomnieć nie sposób. Pani Natasha jest wielka! No to może „What's a Girl to Do?” z debiutanckiego albumu „Fur and Gold”. Rok 2006. Smacznego!

piątek, 17 kwietnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



W naszym cyklu muzycznych uniesień najwyższa pora na panią Natashę Khan. Pani Natasha, co to ukrywa się pod nazwą „Bat For Lashes” nagrała właśnie swój drugi album – „Two Suns”. Zasłuchuję się w nim z przyjemnością niekłamaną i jakby coraz większą. No a w niedzielę z małżonką osobistą wybieram się na koncert, co by tych dźwięków posłuchać także i na żywo, znaczy live... Utwór „Daniel”, rok 2009. Smacznego!

Napędzić stracha

Znowu się nam dostało. Nam, czyli Polakom mieszkającym w Wielkiej Brytanii. Tym razem poszło o zasiłki socjalne. Podobno wolimy je dużo bardziej niż zapłatę za uczciwą pracę.

Wszystko zaczęło się od artykułu w szacownym „Finacial Times”. Dzienniki obwieścił bowiem, że w ostatnich trzech miesiącach 2008 roku, gdy w brytyjskiej gospodarce wyraźnie zaznaczyło się spowolnienie, o zasiłki socjalne wystąpiło 4049 imigrantów z nowych krajów UE wobec 2488 w analogicznym kwartale 2007 roku. A ma być, zdaniem „Finacial Times”, jeszcze gorzej. Gorzej, czyli jeszcze więcej imigrantów ustawi się w kolejce po zasiłki.

Temat szybko podchwycił „The Sun” (co by nie było najlepiej sprzedająca się gazeta na Wyspach: blisko 3 miliony egzemplarzy!; czyli prawdę rzeczą górale, że bylejakość zawsze się sprzeda…). Bulwarówka, która – delikatnie rzecz ujmując – nie pała zbytnią sympatią do imigrantów, w swoim stylu podgrzała atmosferę. Na stronie internetowej, „The Sun” zmieścił „alarmujące dane” odnośnie polskich imigrantów. Na tle mapy Europy dwie flagi… Indonezji (bystrzy dziennikarze brukowca nie odrobili zadania z geografii i artykuł o Polakach zobrazowali właśnie flagami Indonezji: czerwono-białymi). Na indonezyjskich flagach daty i liczby: Rok 2006 – 6.287 i rok 2008 – 13.800. Tylu Indonezyjczyków, o przepraszam, Polaków, wystąpiło o zasiłki. Problem w tym, że przywołane przez gazetę dane odnoszą się do obywateli wszystkich ośmiu krajów przyjętych do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r. Obok Polaków o zasiłki ubiegali się więc także Czesi, Estończycy, Litwini, Łotysze, Słowacy, Słoweńcy i Węgrzy. Po głowie dostajemy już tylko my.

Inna sprawa, że przytoczone przez „The Sun” dane wskazują wyłącznie liczbę… złożonych wniosków! O tym, że dwie trzecie z nich zostało odrzuconych, brukowiec już nie wspomina. Lepiej przecież, zgodnie z tradycją, straszyć i dezinformować. Za oknem kryzys, a Polacy bezczelnie wyciągają ręce po nasze pieniądze. Skandal!

Aby jeszcze bardziej zdenerwować swoich czytelników brukowiec podkreśla, że tylko w roku 2008 imigranci z Europy Środkowo-Wschodniej dostali w sumie 28 milionów funtów zasiłków na dzieci. No i jak tu czytelnik „The Sun” ma darzyć nas, darmozjadów, sympatią?

Może z ową sympatią nie byłoby tak źle, gdyby gazeta podawała także zupełnie inne wiadomości. Jak chociażby dane National Institute of Economic and Social Research (ten niezależny ośrodek od ponad 60 lat bada brytyjską gospodarkę), który obliczył, że dzięki Polakom, do brytyjskiego budżetu wpłynęło w latach 2004-2006... 12 miliardów funtów! Można również nieco więcej miejsca poświęcić na słowa jakie niedawno w brytyjskim parlamencie wygłosił Lord Mandelson, który jednoznacznie stwierdził, że imigranci z Europy Środkowo-Wschodniej „napędzili brytyjską gospodarkę”.

Imigranci napędzają gospodarkę, „The Sun” napędza zaś stracha. W czasach rosnącego bezrobocia najlepiej znaleźć kogoś do bicia; kogoś, kogo bezkarnie można obwiniać za kryzys i recesję. Niestety znowu padło na nas, Polaków. O tym, że zdecydowana większość z nas uczciwie pracuje i płaci na Wyspach podatki, „The Sun” już nie wspomina. Takimi wiadomościami nie da się przecież nastraszyć żadnego z czytelników…

czwartek, 16 kwietnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



No to dzisiaj nie może być inaczej. Michael Nyman Band i „Chasing Sheep is Best Left to Shepherds” z filmu „Kontrakt Rysownika” (reż. Peter Greeneway, 1982). Smacznego!

Wzruszeń i uniesień ciąg dalszy. Dzisiejsze dźwięki płyną ze specjalną dedykacją dla małżonki osobistej, która dokładnie trzy lata temu małżonką osobistą była się stała. A to szczęściara!...

Wielki Pan N.


Tuż przed świętami wybrałem się w zacnym towarzystwie na zakończenie Kinoteki, czyli VII Festiwalu Filmów Polskich w Londynie. Piękne to było zakończenie.

Piękne, bo w ogromnej sali koncertowej Barbican (2 tys. miejsc) wystąpił Michael Nyman wraz ze swoją sympatyczną orkiestrą. No i jeszcze krajanie z Montion Trio. Ci ostatni grali tak, że w pewnym momencie Wielki Michael Nyman zapytał „Gdzieście byli przez ostatnie 25 lat?!”. Akordeoniści wzruszyli tylko ramionami i dalej w te swoje zaczarowane instrumenta naciskać zaczęli. Zuchy!

W części pierwszej koncertu, czułem, co tu dużo mówić, jak szybciej bije me serce (ot, romantyk). A szybsze bicie wywołały dźwięki z ulubionych filmów Wielkiego Petera Greenewaya. Był więc i „Kontrakt Rysownika”, i „Wyliczanka”, i „Księgi Prospera” też były.

Część druga to „Początek” – kompozycja napisana przez Nymana specjalnie na okoliczność Kinoteki właśnie. Muzyka ta zabrzmiała w połączeniu z fragmentami klasycznych, polskich filmów (m.in. Wajdy, Munka, Skolimowskiego, Żuławskiego, Kieślowskiego). I jak tu nie wzdychać? I jak tu mrówki z pleców nie przeganiać?

A po pięknym koncercie – tradycyjne małe co nieco. Sponsorem Kinoteki była bowiem Wyborowa wódeczka. Nie przeciągając już dodam tylko, że z wujem Tygrysem wybornie się na tę okoliczność ucieszyliśmy. Niech żyje polskie kino! Długo i dostatnio!

środa, 15 kwietnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Dawno nie byłem w żadnym sklepie z płytami. A skoro nie byłem od dawna, to i bardzo boję się znowu tam zajrzeć (ot, pomieszana filozofia). Wiem bowiem, że jak już tam zajdę, to – ku rozpaczy małżonki osobistej – z pustym plecaczkiem nie wyjdę…

Wśród albumów, które z pewnością w wysłużonym plecaczku się wówczas znajdą, będzie i ten nagrany przez panią Karin Anderson. Pani Karin, urywająca się pod pseudonimem Fever Ray, wydała właśnie swój pierwszy solowy album (wcześniej wespół z bratem Olefem wydała płyt cztery; no ale wtedy jako duet „The Knife”). No dobrze, pora na dźwięki. „When I Grow Up”, rok 2009. Smacznego!

Jajkownicy









Ach, jakie to były miłe święta. Szkoda tylko, że pannę Oliwę kaszel był dopadł i spacerowe plany nieco nam pokrzyżował.

Oliwa kaszlała, dziadek Olek zaś specjały przygotowywał. Był więc obowiązkowy Bee Gees, czyli wegetariański bigos (a jak!) z kiszonej i białek kapusty, z dużą ilością suszonych grzybów z podgrudziądzkich lasów, marchwi i kostki sojowej. Popisowe danie dziadka Olka zwyczajowo już wbiło mnie w krzesełko. Pychota!

Małżonka osobista swój kunszt przejawiła zaś w rogalikach nadziewanych powidłami. Rogaliki zadebiutowały w naszym domu i od razu zadebiutowały pięknie. Brawo ta pani! (no i jeszcze te sałatki…).

W świątecznym czasu spędzaniu dzielnie wspierał nas pan Marcin, co to w mieście Londyn został sam, bo Szczotka do Polski pierzchła. Zajadaliśmy więc pyszności, filmy oglądaliśmy, małe co nieco popijaliśmy. Owe co nieco zmieniło swą objętość na większe co nieco w poniedziałkowe popołudnie, kiedy to wpadł jeszcze wuj Tygrys, wuj Marek i jeszcze jeden Marcin. Gorzka żołądkowa i miodowy krupnik w ilościach zadawalających, a na deser dyskusje o adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Ach, jakie to były miłe święta…

Żeby nie było, że emigranty to degeneraty i pijaki w jednym, spieszę donieść, że święta były jak najbardziej świąteczne. O owym świątecznym świętowaniu świadczą chociażby obrazki, które dziś z radością zamieszczam. Alleluja!