Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 30 listopada 2009

Dźwięki na dobrą noc



Deszcz źle, trzydziestostopniowe upały jakby również. Tak, czy siak drobina słońca potrzebna jest i basta. Co na to pan Kazimierz?

Słoneczne wspomnienia










Pada i pada. No ale skoro jesień, skoro mieszka się w mieście Londyn, no to chyba musi padać, co nie? No to mówię przecież, że pada i pada.

Za oknem deszcz, a w domu zmiana umeblowania. Drogą zakupu nabyłem właśnie urody cudnej biurko. W końcu mogę wygodnie pisać, wygodnie zdjęcia obrabiać, wygodnie filmy oglądać. Wcześniejszy mebel biurkoszafkoregałopodobny spadł piętro niżej do apartamentu Wuja Tygrysa, który rzeczony twór przyjął z pewną taką nieśmiałością.

Nie mam więc już wymówek na bloga zaniedbywanie. Skoro warsztat pracy zakupionym został musi on spełniać zadania swe w całej rozciągłości. Wczoraj na ten przykład koleżanka Zina uprzejmie przypomniała się o zdjęcia, co to byłem wykonałem je w niedzielę. Niedziela był piękna i słoneczna, bo to niedziela w miesiącu wrześniu była.

Słusznie pogoniony wydobyłem więc z przepastnych czeluści mego komputera obrazki z tamtego uroczego dnia. Uroczego, bo spotkania z towarzystwem z forum wegedzieciaka inne przeca być nie mogą. Było słonko, było na trawie wylegiwanie, było opychanie się łakociami. No i piwko zimne też było. Pamiętam jak dziś.

A w ulubionej Trójce słucham właśnie audycji o jesiennej depresji. Póki co omija mnie ona szerokim łukiem (depresja, nie jesień). Ach kiedy człowiek będzie mógł się znowu rozłożyć na trawie? (tak, tak, wiem – po trawie to chyba nawet i dziś).

środa, 25 listopada 2009

Tolerancja nietolerancji

Niespełna 2 procent ludności Polski to osoby urodzone za granicą. Mimo, że kontakty z cudzoziemcami są dla wielu Polaków problemem abstrakcyjnym, nietolerancja dla obcych ma się zaskakująco dobrze.

„Znajomość z obcokrajowcem mieszkającym w Polsce skłania do otwartości. Akceptacja zwiększa się zapewne za sprawą emigracji – bezpośredniego lub przekazanego przez innych doświadczenia kontaktu z ludźmi innych kultur. Zwiększenie otwartości na innych jest także możliwe jako pośredni skutek emigracji: wielu Polaków wyjeżdża do pracy za granicą i oczekuje tam akceptacji, tym samym więc – aby zachować konsekwencję – wyraża ją osobiście wobec przybyszów z zagranicy. Akceptacja obcokrajowców jest jednak warunkowa i ograniczona” – wyczytałem właśnie w najnowszej publikacji Instytutu Spraw Publicznych. Wyczytałem i lekko się zdziwiłem.

Też chciałbym być optymistą. Też chciałbym wierzyć, że doświadczenia kontaktu z ludźmi innych kultur zwiększają otwartość Polaków. Problem jednak w tym, że czytam polskie gazety wydawane w Londynie. A skoro czytam, to, chcąc nie chcąc, z nietolerancją i rasizmem stykać się muszę.

„Cooltura” drukuje chociażby pełne rasistowskich uwag komentarze swoich internautów. Czytam więc o: „Angolach”, „ciapakach”, „grilowanych”. Rasistowski jad anonimowych chamów kolejny raz przelewany jest na papier. Polonijni dziennikarze z jednej strony nobilitują w ten sposób umysłowych troglodytów, z drugiej zaś wystawiają najgorsze świadectwo własnemu środowisku. Skoro bowiem w wydawanej w Londynie (miejscu, które dziennikarze z lubością określają „najbardziej mulitikulturowym miastem Europy”) polskiej gazecie jest przyzwolenie na rasizm, nie może dziwić, że w Polsce, kraju, który w całej Unii Europejskiej ma najniższy wskaźnik cudzoziemców, nietolerancja ma się tak dobrze.

Na rasizm i ksenofobię przyzwolenia być nie może! Skoro pozwalamy obrażać i dyskryminować inne nacje, nie protestujmy, gdy nazywa się nas „Polaczkami”. Skoro mamy być hipokrytami, bądźmy hipokrytami pełną gębą!

Polacy akceptują obcokrajowców – informuje Instytut Spraw Publicznych. Informuje, bo nie czyta „Cooltury”, nie zagląda również na portal elondyn.co.uk. Zamieszczane tam pełne agresji, wulgaryzmów i rasistowskich przytyków komentarze niestety nijak się mają do optymizmu pracowników Instytutu. Bo choć tu, w Londynie każdego dnia obcujemy z ludźmi innych nacji, kultur, religii, wielu z nas, Polaków, nadal przesiąkniętych jest szowinistyczną demagogią. Okazuje się, że rasistowski bełkot słychać już nie tylko z ust podchmielonych rodaków wylegujących się na parkowych ławkach. Rynsztokowy język nienawiści i pogardy zadomowił się także na łamach polonijnej prasy. O jakiej otwartości na innych możemy więc mówić?

Przedstawiciele polonijnych organizacji w Wielkiej Brytanii bardzo często protestują przeciwko dyskredytowaniu Polaków w brytyjskiej prasie. Czy za poniżanych na łamach polskojęzycznej gazety nie-Polaków również staną w obronie?

wtorek, 3 listopada 2009

Szybcy jak wiatr






TataOliwki prawa jazdy nie ma, nigdy go nie miał i pewnie nigdy mieć nie będzie. Na motoryzacji znam się za to, jak na Polaka przystało, więcej niż wybornie (na polityce i piłce nożnej też, a jak!).

Kobiety lubię młode (vide: małżonka ma osobista), samochody już raczej nie. W niedzielę więc raniutko wstałem i do Hyde Parku pognałem. Najstarszy rajd samochodowy świata, to jest przecież to, co tygrysy lubią najbardziej (gwoli ścisłości: Wuj Tygrys dupska jednakowoż ruszyć nie chciał).

Małe przypomnienie, dla tych, co rok temu tu nie byli: W drugiej połowie XIX wieku dynamiczny rozwój „wehikułów napędzanych parą” sprawił, iż Parlament Zjednoczonego Królestwa uchwalił słynną Ustawę Czerwonej Flagi. Przerażeni nowym wynalazkiem mieszkańcy stolicy odetchnęli z ulgą. Oto bowiem wprowadzono przepis mówiący, iż „lokomotywę drogową” powinien poprzedzać człowiek z czerwoną flagą ostrzegający ludność o jej przyjeździe.

Zdaniem coraz liczniejszych pasjonatów „bezkonnych bryczek” Red Flag Act znacząco przyczynił do opóźnienia rozwoju motoryzacji na Wyspach. Po trzech latach próśb, a niekiedy i stanowczych nacisków, udało się automobilistom doprowadzić do anulowania krzywdzących – ich zdaniem – przepisów. 14 listopada 1896 roku, już w dzień po zniesieniu ustawy, 30 uradowanych właścicieli czterokołowych pojazdów postanowiło wyruszyć do nadmorskiego Brighton, by w ten właśnie sposób uczcić pierwszy dzień bez kompromitujących czerwonych flag. Wzbudzająca powszechny zachwyt kolumna lśniących automobili popędziła (z dopuszczalną zawrotną prędkością…12 mil na godzinę) do odległego o 60 mil kurortu. Tak oto narodził się jeden z najsłynniejszych rajdów samochodowych świata.

Dziś London to Brighton Veteran Car Run to organizowana z wielkim rozmachem trzydniowa impreza, przyciągająca tysiące fanów motoryzacji z wielu zakątków świata. Najpierw, w piątek 30 października odbyła się tradycyjna już licytacja zabytkowych aut. W prestiżowym domu aukcyjnym Bonhams pod młotek poszło kilkanaście pojazdów. Najwyższą cenę – 216 tysięcy funtów! – osiągnął francuski Panhard-Levassor z roku 1902. Dzień później w centrum Londynu zaprezentowano zaś 128 (z 557 zgłoszonych do rajdu) aut.

W niedzielę, 1 listopada, z londyńskiego Hyde Parku zabytkowe auta (najstarsze wyprodukowane zostało w roku 1895, najmłodsze – w 1905!) wyruszyły w trasę kolejnego rajdu. Mimo wczesnej pory (pierwszy samochód wystartował o godz. 6.54) i deszczowej aury, na trasie przejazdu nie zabrakło i nas – kibiców jakże wiernych!

Tegoroczną edycję London to Brighton Veteran Car Run wygrał zaledwie dwudziestodwuletni Kanadyjczyk John Brooks (na amerykańskim Oldsmobilu z roku 1902). Miejsce drugie zajął Brytyjczyk Richard Beddall (Haynes-Apperson, 1900 r.), a trzecie Belg, Jean-Claude Busine (Renault 1902 r.). Niestety nie wszyscy kierowcy mieli tyle szczęścia – do Brighton dojechało zaledwie 379 automobili. Jednak jak powiedział dyrektor rajdu, Roger Etcell najważniejszy jest sam udział w tej imprezie. Bo choć lata mijają London to Brighton Veteran Car Run nadal cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Dość powiedzieć, że w tym roku wyścig zgromadził kierowców z aż 24 krajów! Kolejna edycja najstarszego rajdu samochodowego świata już (a może dopiero) 7 listopada 2010 roku. Już nie mogę się doczekać!

niedziela, 1 listopada 2009

Pierwszy dzień listopada















Małżonka osobista z panną Oliwą bawią właśnie w słonecznej Italii. Czasu jakby więcej, to i pajęczyny z bloga posprzątałem.

Wstałem dziś o 5.30, by delektować oczy pięknymi automobilami co to w rajd z Londynu do Brighton pomknęły. Obiecuję: we wtorek garść obrazków Szanownemu Państwu przedstawię.

Po rajdzie miłe spotkanie z Vanessą na Croydon Eco Veggie Fayre. Znaczy się pysznie i smacznie było.

No a potem spacer po naszym cmentarzu (naszym, bo przecież panna Oliwa z okna widzi go jak na dłoni). Teraz zaś słucham Trójki, w której Kuba Strzyczkowski wspomina Tych, których już tu nie ma. No to może zamiast obrazków z dyniami, co to w mieście Londyn są dziś chyba wszędzie, obrazki ze spaceru.