Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 13 maja 2010

Z domowego kurnika





Panna Oliwka wystąpiła właśnie na deskach szkolnego teatru. Megaprodukcja „Mała czerwona kura” wzbudziła niekłamany zachwyt recenzentów wpływowych magazynów. Publiczność szalała, nieletni kawalerowie wzdychali, TataOliwki pierś dumnie prężył.

Telefony dosłownie się urywają. Dzwonią dyrektorzy teatrów, przedstawiciele uznanych impresariatów, agenci z East Endu. Oliwa, jako Mała czerwona kura dała z siebie dosłownie wszystko. Ziarnka dziobała, kuperkiem kręciła, pazurkiem radośnie skrobała. Bravo bravissimo!

No co ja, biedy miś, mogę? Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić! Znaczy z niej. W roli koguta czuję się wybornie…

poniedziałek, 10 maja 2010

Dźwięki na dobrą noc



Swoje 50 urodziny świętuje dzisiaj pan Paul Hewson, znany nam jako Bono. W naszej kuchni muzycznych smakołyków pieśń, którą z pewnością zapamiętam do końca życia. A wszystko za sprawą klasy I b, znaczy się klasy, w której w zamierzchłej przeszłości TataOliwki naukę pobierał (a przynajmniej pobierać próbował).

Otóż klasa I b razu pewnego wystawiła własną wersję utworu „Numb” zespołu U2 właśnie. Wersja bardzo podobna, do tej, którą Szanowne Państwo za chwilę tu zobaczy. Mała różnica jest jednak taka, że 17 lat temu w auli I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego po pysku dostałem ja, nie The Edge. Sto lat!

Pyszny początek!




No i stało! Oliwkowa Wytwórnia Fotografii Ślubnej wykonała zlecenie nr 1. Od soboty, 8 maja już nic nie będzie takie same (takie samo?).

Powiem tak: nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego początku. Fantastyczna Para Młoda, sympatyczni goście, wyborny didżej, co to pił więcej niż Smok Wawelski i grał tak, że nóżki same na parkiet niosły. A jeśli do tego dorzucimy jeszcze pewne ponętne dziewcze, które mojego fotograficznego partnera uwodziła dość bezpośrednio („Ooo, jaki masz ładny obiektyw”, „A może jedno zdjęcie bez tej bluzeczki?”), wyborne jedzenie (mama Panny Młodej: „No zostawcie już te aparaty i zabierajcie się do jedzenia”; John, Pan Młody: „Starczy, starczy. Tam jest bar”; Katharine, Panna Młoda: „Co by Wam tu jeszcze przynieść?”) i pewnego wujka, przy którym John Travolta w „Gorączce Sobotniej Nocy” to początkujący fordanser, mamy częściowy obraz tego, jak było.

Ach, gdyby wszyscy klienci Oliwkowej Wytwórni Fotografii Ślubnej byli tacy, jak Katherine i John…

No to, do pracy. Trzeba wybrać najlepsze fotki i przygotować album.

środa, 5 maja 2010

Śniadanie na trawie




















W mieście Londyn świeci słońce. Nie oznacza to jednak, że jest ciepło, bo nie jest. A jeszcze tak niedawno pogoda była więcej niż wyborna. Zwłaszcza wtedy, kiedy wesołą kompaniją wybraliśmy się na radosne piknikowanie.

Na małą chwilę wpadł nad Tamizę nawet nasz ukochany Radzias. Przyleciał na koncert niemieckich elektroników, co to dźwięki wydają zasadniczo zagadkowe. No i przy tak zwanej okazji wpadł w swoim wystrzałowym obuwiu na naszą lokalną górkę, co by piwka zimnego się napić i powspominać jak to drzewiej bywało.

Sekcja sportowa – bo i taka w naszej rodzinie występuje – ubrana w kostiumy drużyn wszelakich uganiała się za taką okrągłą kulką wydając przy tym radosne okrzyki (sekcja nie kulka). Biegali, sapali, o napoje regenerujące upraszali się bezustannie. Że niby sport, to zdrowie? Nie z TatąOliwki takie numery!