Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
wegedzieciak.pl

piątek, 11 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Kolejna porcja apetycznej i smakowitej kuchni z kraju nad Wisłą. Zespół nazywa się
„Voo Voo”. Utwór „Zbiera mi się” z płyty „21”. Rok 2006. Smacznego!

Panna Oliwa uwielbia ten teledysk. Nazywa go „Pan serduszko” (specjalne podziękowania dla cioci Oli).

Sekcja gimnastyczna


Jeśli obcojęzyczni znajomi Szanownego Państwa zechcą poznać polską muzykę (a warto namawiać, żeby chcieli; jednak niekoniecznie od razu ogniem i mieczem, niekoniecznie pewnym zbiorem płyt namawiać trzeba) spieszę z informacją, czego absolutnie, za żadne skarby, nigdy przenigdy kupić im nie możecie.

Wczorajszy dzień był urody wyjątkowo cudnej. Po pracy, z sympatycznym kolegą Grzegorzem wypiliśmy po dwa piwa (Pan G. piwo truskawkowe – uuuu, Tata Oliwki Black Sheep Ale – aaaa). Było miło i wesoło. Po wizycie w pubie (tak, wiem – prawdziwie polskie słówko) było jeszcze bardziej miło i jeszcze bardziej wesoło. Udałem się bowiem do sporych rozmiarów sklepu płytowego, by nadrobić ostatnie zaległości. Drogą zakupu nabyłem garść uroczych albumów, więc Szanowne Państwo samo rozumie skąd ów pyszny nastrój. Mina była mi nieco zrzedła, gdy trafiłem na „The Best Polish Songs... Ever!”.

Blondwłosa piękność z czapeczką figlarnie przekręconą na pudełku, a w pudełku chaos kompletny. Cztery płyty grochu z kapustą. Reklamowanie tego produktu jako zbioru najlepszych polskich piosenek jest zwyczajnym nadużyciem. Co ja tu dużo będę pisał. Jest Virgin z piosenkarką Dodą, jest Andrzej Piaseczny, jest Feel, jest Marcin Rozynek. Nie ma zaś Czesława Niemena, nie ma Marka Grechuty, ba, nie ma nawet i Wojciecha Młynarskiego czy zespołu Voo Voo. Można by tak zresztą wymieniać i wymieniać. Bez składu, bez ładu, pomieszanie z poplątaniem. Bez pomysłu, ot co.

A niektórym „artystom”, których wiekopomne „dzieła” zamieszczono na tym, pożal się Boże, wydawnictwie proponowałbym, przy tak zwanej okazji, przejście do sekcji gimnastycznej. Dokąd? – zapyta Pani, zapyta Pan. Proszę bardzo – „Rejs” Marka Piwowskiego. Rok 1970.
– Stawiam wniosek przesunięcia kolegi śpiewaka do sekcji gimnastycznej. Po pierwsze. Nie będzie samotny
– Tak.
– Po pierwsze. Nie będzie samotny...
– Tak.
– Będzie w kolektywie. Po drugie. Nabierze więcej optymizmu życiowego.
– Jeszcze więcej. Jeszcze więcej, bo przecież już ma.
– Jeszcze więcej optymizmu życiowego. Jasne. Po trzecie, co jest też ważne – przestanie śpiewać


Po powrocie do domu, małżonka moja jedyna zerknęła na zawartość plecaka. Płyty zaczęła przeglądać. O rachunek ze sklepu uprzejmie poprosiła. Przygotowany na taki rozwój wypadków, ceny ze wszystkich płyt uprzednio zerwałem, rachunek podarłem, spaliłem, popiół połknąłem. Kobiet zasadniczo denerwować nie trzeba...

czwartek, 10 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Ostatnimi czasy ten utwór gra w mej głowie i gra. Pani żona i pan mąż, czyli zespół „Mates of State”. Utwór „Get Better” z albumu „Re-Arrange Us”. Rok 2008. Smacznego!

Seks i alkohol, alkohol i seks, czyli emigracyjna Sodomia i Gomoria



Sezon ogórkowy w pełni. „Dziennik” ogłosił właśnie, że praca za granicą ma wiele ciemnych stron. A to ci niespodzianka!

Nieźle nas w tej Warszawie nastraszyli – chciałoby się rzec po lekturze tekstu pod jakże wymownym tytułem „Polacy na emigracji – alkohol i seks”. Problem w tym, że mieszkam chyba w zupełnie innym Londynie, niż ten opisany w gazecie.

Impulsem do napisania wspomnianego artykułu był raport ukazujący ciemne strony emigracji. „Gorzki migracyjny chleb” (z takim tytułem to chyba trudno pisać o jasnych stronach emigracji; zresztą, jak doskonale wiemy, jasnych stron po prostu nie ma…) przygotowany został przez grupę socjologów, a jego wyniki są – jak dumnie podkreśla „Dziennik” – wstrząsające. Czy Szanowne Państwo posiada nerwy ze stali, serca jak dzwon i nie musi spać przy zapalonym świetle? Jeśli tak, zaczynamy.

Polacy usychają z tęsknoty, pracują poniżej swoich kwalifikacji, zarabiają marne pieniądze, żyją po kilkanaście osób w jednym domu, nieustannie piją alkohol, mężowie zdradzają żony, Polki zaś jeśli nie trudnią się najstarszym zawodem świata, to w najlepszym przypadku „szaleją za ciapatami” (autentyczny cytat z tekstu!) – tak, w największym skrócie można streścić wspomniany artykuł. Problem w tym, że emigracja, ja sądzę, jest tak złożonym zjawiskiem, że nie da się jej zamknąć wyłącznie w medialnie atrakcyjnych ramach.

Autorka na własny użytek tworzy dość przewrotne równanie: emigracja równa się zdziczenie obyczajów plus moralna rozpusta. W kilkusettysięcznej polskiej społeczności zamieszkującej dzisiaj Londyn nietrudno znaleźć takich, którzy są niezadowoleni, którym się nie udało, którzy czują w ustach „gorzki smak emigracyjnego chleba”. Dlaczego jednak tylko takich ludzi opisuje? Znam całą masę sympatycznych Pań i Panów również, którzy cieszą się z tego, że mieszkają właśnie w Londynie. Robią to, co lubią, a nawet jak nie do końca lubią, to przynajmniej lubią pieniądze, które tu zarabiają. Czyżby ich historie nie były już atrakcyjne?

O tym, że na Polaków za granicą nie czeka żadne mityczne Eldorado wiadomo już od dawna. Nie można jednak na emigrację zrzucić wszystkich życiowych niepowodzeń. Zresztą gdzieś pod koniec tego mrożącego krew w żyłach tekstu pojawia się wypowiedź pani psycholog pracującej w Londynie, która podkreśla, że wszystkie problemy, jakich doświadczają imigranci, zostały przywiezione z Polski. „Tutaj tylko ujawniły się z większą siłą (..). W Polsce też ludzie piją, biorą narkotyki, zdradzają się. Tutaj, w tym złudnym poczuciu anonimowości, wszystkie ekscesy stały się tylko bardziej widoczne”. Po co więc to całe bajdurzenie „Polacy na emigracji – alkohol i seks”? (jeśli o mnie chodzi, to z lekką nutką zawstydzenia przyznam, że zawarte w tytule artykułu przyjemności nie są mi, no ten… hmm… tego… no… nie są mi obce, ale żeby od razu do gazety? Toć Sodomia i Gomoria! – jak rzekłyby wierne słuchaczki radia ojca pewnego - nie mylić, proszę, z tatą).

Z tekstu dowiedziałem się ponadto, że 27 proc. emigrantów przyznaje się do zdrady. Emigracja jest też podobno główną przyczyną rozstań. I znowu mamy wygodną odpowiedź. Czy nie jest jednak tak, że ktoś, kto nie szanuje i nie kocha swojej żony nie potrzebuje wcale wyjazdu do Londynu, by zdradzić ją z inną kobietą? Emigracja w Polsce staje się, jak widać, słowem-wytrychem. Można nią wytłumaczyć dosłownie wszystko.

Odnoszę wrażenie, że wiele polskich gazet pisząc o emigracji popada w skrajność. Albo piszą przez pryzmat różowych okularów widząc życie usłane tylko różami. Albo z kolei popadają w istne czarnowidztwo i malują obraz prawdziwej nędzy i rozpaczy. Najciekawsze jest jednak to, co pośrodku. Niestety zwyczajne życie zwyczajnych ludzi mało kogo już dzisiaj interesuje.

Na zdjęciu: cień zwyczajnego małego polskiego emigranta na zwyczajnej angielskiej huśtawce.

środa, 9 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



No przecież pisać nic nie muszę...

Z cyklu: Ulubione owoce. Odcinek 4 - Śliwka



Owcze wątroby, serca i płuca wymieszane z mąką owsianą, cebulą i przyprawami zszyte i duszone w owczym żołądku. Oto i specjał szkockiej kuchni, czyli słynny haggis. Danie raczej nie dla nas, wegetarian.

Ale oto w niewielkim sklepiku ze zdrową żywnością znalazłem bezmięsną odmianę owego szkockiego rarytasu. Mamy więc mąkę owsianą, cebulę, fasolę, soczewicę. orzechy i aromatyczne zioła. Wszystko zawinięte w folię, którą nakłuwamy z gracją widelcem i na 45 minut wstawiamy do rozgrzanego piekarnika. Pychota!

W sumie niejedzenie mięsa jest tu, na Wyspach proste i zupełnie zwyczajne, normalne po prostu. Nikt nie robi wielkich oczu, lekarze się nie dziwują, pani w szkole nie rwie włosów. Nie ma się jednak czemu dziwić. Tu przecież powstało pierwsze wegetariańskie stowarzyszenie na świecie, a było to w roku… 1847. 160-letnia tradycja robi swoje.

Kiedyś wyczytałem, że ok. 5 milionów mieszkańców Wysp nie wcina już mięsa. Setki wegetariańskich produktów, mnóstwo restauracji, barów i sklepów ze zdrową żywnością, czyli zapraszamy na jasną stronę mocy :-) A w naszym londyńskim domu mieszka dziś 5 wegetarian: Ola, Daniel, Sylwia, Oliwka i ja. We wrześniu będzie nas sześcioro, bo – jak już na wcześniej pisałem – Olcia i Daniel spodziewają się dziecka. Mięsny jest tylko wujek Tygrys, ale to zrozumiałe – ksywka zobowiązuje.

Wczoraj znalazłem nawet stronę Związku Polaków Wegetarian i Wegan w Anglii. No proszę, więcej nas i więcej. Niech Szanowne Państwo zajrzy sobie o tutaj!

wtorek, 8 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Islandia, co tu dużo mówić, to jedno z moich muzycznych oczarowań. Dzisiaj właśnie danie stamtąd. Sigur Ros i utwór „Saeglópur” z płyty „Takk…”. Rok 2005. Smacznego!

Struś



Najlepiej ma struś. Schowana głowa przy jednoczesnym wyeksponowaniu innej części ciała zdaje się być pozycją idealną. Więcej: to pozycja wprost proporcjonalna do poziomu jaki tu, na gościnnej angielskiej ziemi, prezentuje część moich Szanownych rodaków. Poczynania – chcę wierzyć, że jednak niewielkiej grupy – umysłowych troglodytów sprawiają, że ze wstydu najchętniej schowałoby się głowę w piach.

Z drugiej jednak strony mówienie, że – Panie raczą wybaczyć – ma się ich, czyli umysłowych troglodytów, w dupie, niewiele pomaga. Właściwie nie pomaga nic a nic. Bo kiedy czytam to, co i Szanowne Państwo powiększając zdjęcie może również przeczytać, słyszę jedynie bulgoczącą w żyłach krew. Wstyd miesza się ze złością, bezsilnością i zażenowaniem.

Zdjęcie zrobiłem w dzielnicy Hammersmith, tuż obok Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. Co tu więcej dodawać?

poniedziałek, 7 lipca 2008

Dźwięki na dobrą noc



Kolejna porcja rodzimego muzykowania. Moja pierwsza muzyka na żywo. Miałem wówczas co najwyżej 11 lat. Tato zabrał mnie na koncert Czesława Niemena. I nic więcej pisać nie trzeba.
Dzisiaj utwór „Jednego serca” z płyty „Enigmatic”. Rok 1969. Smacznego!

Kącik prof. Dżona Mniodka.Spotkanie III



Dżony M. wypatrzył kolejny napis urody cudnej. Niestety profesor pan narzeka, że właściciele sklepików w mieście Londyn polskopodobne napisy zamieszczają coraz wyżej i wyżej. Wybitny językoznawca planuje w najbliższych dniach zaopatrzyć się w przenośną drabinę tudzież obiektyw 70-200.

Z ostatniej chwili: Dobrze poinformowane źródła zbliżone do kół rodzinnych profesora Dżonego M. zdementowały pogłoski o rzekomym zakupie nowego obiektywu. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że małżonka uczonego postawiła ultimatum: albo ja, albo rura do aparatu. Profesor nie podjął jeszcze wiążących decyzji.

***
Nie tak dawno dzieliłem się z Szanownym Czytelnikiem przykrym doświadczeniem obcowania z radiowęzłem „PRL24” (patrz: Buraczane radio). Jest gorzej niż myślałem. Okazuje się, że peerelowscy radiowcy mają swoich słuchaczy za – delikatnie rzecz ujmując – inteligentnych inaczej. W ostatnim numerze „Cooltury” pojawił się taki oto konkurs:
„Wystarczy wysłać sms o treści: PRL24 PKO BP pod numer (…) a Grzegorz A(…) i Robert J(… – kropkuję co by panom radiowęzłowcom nie robić większego wstydu) zadzwonią do Ciebie, zadając proste pytanie dotyczące PKO Banku Polskiego”. Teraz w rzeczonym, arcytrudnym konkursie pojawia się taki oto smakowity kąsek:
„Mała ściąga: Jaki główny produkt oferuje londyńska placówka BKO Banku Polskiego?
a/ kredyt hipoteczny – prawidłowa odpowiedź
b/ pożyczka na samochód
c/ karta kredytowa”.

Mamy pytanie, mamy odpowiedź. Czy słuchacze „PRL24” dadzą jednak radę?

No to sięgnijmy jeszcze po niezastąpionego Stanisława Bareję. „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?”. Rok 1978. Scena konkursu lekarskiego:
– Pytanie dla zespołu z Zabrza. O jaki procent łóżek szpitalnych powiększyła się ilość miejsc w ostatnim okresie?
– 7218 godzin.
– He... No tak. Ale to jest odpowiedź na trzecie pytanie, którego jeszcze nie czytałem, a które brzmi: Ile godzin w czynie społecznym przepracowała służba zdrowia? Ale mam nadzieję, że jury uzna tę odpowiedź awansem. Prawda?
– Tak, jury uznaje odpowiedź.


PRL24 – Niech żyje! Niech uczy! Niech gra! Hura! Hura! Hura!