Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
wegedzieciak.pl

poniedziałek, 9 lutego 2009

My, motłoch...

Piątkowy wieczór w naszym domu był więcej niż wyborny. Wyborne towarzystwo (domownicy plus Wuj Tygrys oraz Wuj Karaś), wyborna muzyka (nie pamiętam szczegółów), wyborne trunki (a w zasadzie trunek jeden, tyle tylko, że w większej objętości), a na deser – wyborne nocne Polaków rozmowy.

Ten temat powraca jak bumerang (także i na tym blogu), a brzmi „Jak nas, emigrantów widzi polska prasa?”. No to przykład najnowszy. Ciotka Ola kupiła właśnie ostatni numer miesięcznika „Twój Styl”. A tam m.in. tekst „To nie moja Wyspa”, w którym cztery Polki opowiadają o swoim życiu w Anglii, i o swoim powrocie na ojczyzny łono. Jednej z Pań, Izie, pobyt w Londynie nie wyszedł na zdrowie, oj nie wyszedł. Jej stylowa opowieść z jednej strony podniosła nam nieco ciśnienie, z drugiej zaś szczerze rozbawiła.

„To nie dla ciebie. Na Wyspy jedzie motłoch” – oto jak brat naszej bohaterki przestrzegał ją przed wyjazdem do Anglii. Dalej jest jeszcze lepiej. „Na emigracji dawali radę tylko ci, którzy wyzbyli się skrupułów, robili wszystko, by odłożyć kolejnego funta. Co rano czekali w 20-osobowej kolejce do łazienki w najtańszym mieszkaniu. (…) Poznane w knajpie Polki, gdy usłyszały, że pracuję fizycznie, zaraz się pożegnały. Nie obchodziło ich, jaka jestem. One trafiły lepiej…”. Dalej jest jeszcze o spaniu tłumnie w jednym pokoju na piętrowych łóżkach i tradycyjnym zadzieraniu nosa przez emigrantów. Wystarczy.

Ola (8 lat w Londynie), Daniel (6 lat), Wuj Tygrys (5 lat), Wuj Karaś (5 lat), TataOliwki (4 lata i 20 dni; wyznanie skazańca?...), Sylwia (2 lata i 9 miesięcy) zgodnie stwierdziliśmy, że pani Iza ma poważne problemy. Z samą sobą. Opowieści o piętrowych łóżkach i 20 osobach w jednym domu idealnie pasują do „Super Expressu” czy innego „Faktu”. Dziwne, że i „Twój Styl” zniża się do takiego stylu.

Każdy z nas spotkał tu mnóstwo Polaków. Jednym powodzi się lepiej, innym trochę mniej. Jedynym jednak miejscem, gdzie spotykamy zjawisko tzw. „piętrowych łóżek” są… polskie gazety (piszę o zjawisku, bo rzecz nie dotyczy przecież tylko łóżek; wyobraźnia niektórych polskich dziennikarzy w temacie „życie na emigracji” nie zna bowiem granic...).

Wychylaliśmy kolejne szklaneczki ginu z tonikiem i coraz bardzie współczuliśmy pani Izie (a przy okazji autorce tekstu, pani Agnieszce). Nie sądziliśmy, że w jednym człowieku może nagromadzić się tyle goryczy, tyle żółci, tyle pretensji do świata. Własne niepowodzenia pani Iza ubrała w mrożącą krew w żyłach opowieść o motłochu, który nie dość, że choruje na funcicę, to i kłody z lubością pod nogi bliźniemu podrzuca. „Twój Styl” zdemaskował nas stylowo. Brawo!

***
W ostatnim czasie pojawiły się na „Londynstanie” dwa komentarze, które wpisują się w naszą nocą dyskusję. Oto ich fragmenty:

Agata: Niestety nie mogę przestać czytać polskiej prasy internetowej – jakiś nałóg samookaleczający chyba, ciśnienie mam za niskie, czy co? – która przedstawia życie w kraju, który stał się moim domem jako pasmo horroru...

Akustyk: A jak Wy chcecie ten konkurs na blog roku wygrać, jak w czorta nie pasujecie do jedynej słusznej wizji emigranta? Zero zgryzoty, tragedii rodzinnych, biedy, tęsknoty za porzuconą ojczyzną, niezrozumienia z autochtonami, odejmowania sobie od ust, (za przeproszeniem – córce oczy proszę zasłonić!) prostytucji wymuszonej, ...Tak to się nie da. Widz lubi oglądać to co juz widział – przez reminiscencje. A widział już, w każdej z polskich gazet, że w UK to nieszczęścia, łzy i bieda…

***
Chciałem Szanownemu Państwu załączyć fotografię z piątkowego dyskutowania. Ale nie załączę, bo aparat mi wyrwali, w pysk strzelili, gin cały wypili… Pani Iza jednak się nie myliła…

piątek, 6 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Wczoraj zabrakło „Dźwięków na dobrą noc”, bo – jak zaanonsowałem nieco wcześniej – udałem się z małżonką osobistą na koncert pani Fridy Hyvönen. Fantastyczna, kameralna sala (dawna sala taneczna, zbudowana w pierwszych latach XX wieku) no i urody cudnej występ. Pani Fridzie co to była grała na fortepianie, towarzyszyły jeszcze dwie urocze Szwedki: jedna szarpała bas, który czasami wymieniała na wiolonczelę, druga zaś z gracją waliła w bębny. Trio, co tu ukrywać, miłe jednak nie tylko dla oka. Panie grały i śpiewały (wszystkie trzy) tak, że TacieOliwki uśmiech z facjaty w ogóle nie znikał. No, a jeśli do tego wszystkiego dodamy informację, że podczas występu małżonka osobista tuliła się i słowa do ucha miłe szeptała, no to Szanowne Państwo ma już pełen obraz pysznego wieczoru...

Na koniec dobrego tygodnia dwa łyki dobrej muzyki:). Skandynawskiej wędrówki ciąg dalszy, czyli norweski duet Kings of Convenience w ulubionej pieśni panny Oliwy – „I'd Rather Dance with You”. Ulubionej ze względu na teledysk (czas jakiś temu dzieci w szkole miały powiedzieć, kim chcą zostać w przyszłości; Oliwka chce zostać baletnicą...). Rok 2004. Smacznego!

Motyla noga

Lektor (w telewizorze): 10:0 dla Gwardii. A oto streszczenie poprzednich odcinków. Porucznik MO – Lech Ryś sprawuje społecznie dyskretną opiekę nad gromadką urwisów, sprowadzając ich na dobrą drogę. Dzięki trafnym poradom, zyskuje u urwisów przydomek Wujek Dobra Rada. Oto nowy orzech dla porucznika – Tomek używa brzydkich wyrazów. Kolejny odcinek nosi tytuł „Motyla noga Tomka Mazura”.

Tomek: Ale nasypało, motyla noga! Już od kwadransa nie ma autobusu! Kurcze pióro!

Dziewczynka: Nie do wiary! Jak można się tak brzydko wyrażać?!

Tomek: A co mam mówić?! Jak mi nogi zmarzły... Motyla noga...

Wujek: No cóż! Widzicie, klimat był raczej zawsze przeciwko nam, no ale to jeszcze nie powód, aby mówić brzydkie wyrazy, prawda?

Chłopiec: Właśnie! My to też mu tłumaczymy.

Wujek: Dam wam dobrą radę: kiedy następnym razem znów wyłączą wam ciepłą wodę, przestaną grzać kaloryfery, albo stanie komunikacja i wasz kolega znów zacznie mówić brzydkie wyrazy, wiecie co zróbcie wtedy?

Dzieci: Cooo?

Wujek: Udawajcie, że nie słyszycie, co do was mówi. Że nic nie słyszycie.

Dzieci: Huraaaa!

Dziewczynka: To jest wspaniała rada!

Chłopiec: Pycha!

Chłopiec II: Wyobrażam sobie jego minę!

Dziewczynka: Świetna rada Wujku. Bardzo dobra rada!

***
Niestety w życiu nie zawsze jest tak, jak w „Misiu” (Wujów Dobrych Rad jak na lekarstwo). Dziś opowieść o brzydkich wyrazach.

Dwa kroki od mojej szkoły jest włoska knajpeczka, w której pracują przesympatyczne Polki. Przez wiele tygodni wstępowałem tam każdego dnia powszedniego, by przed ciężką nauką, wzmocnić się wyborną kawą. Właściciel knajpki, pan Włoch, sprawił jednak, że lokal ów omijam już szerokim łukiem (no może nie aż tak szerokim, bo w szybkę stukam i do dziewcząt nadal macham...).

A było to tak. W oczekiwaniu na kawę umilam sobie czas tradycyjną pogawędką z rodaczkami. Nagle odzywa się pan Włoch. Łamaną polszczyzną mówi o tak właśnie: „Matka Boska pierdolona”. Pan Włoch w śmiech, TataOliwki w krzyk (niestety rady Wuja Dobrej Rady, co to radził, by udać, że się nic nie słyszy, w życie wprowadzić nie umiałem). Uniesionym głosem mówię swą szkolną angielszczyzną, że to w ogóle nie jest śmieszne, że to chamskie, obraźliwe, niekulturalne i żałosne. Kiedy pytam, dlaczego tak mówi, odpowiada (również łamaną polszczyzną): „kurwa”. Ręce opadają mi kompletnie. Pan Włoch śmieje się w najlepsze. I dodaje: „wszyscy Polacy tak mówią”. „Nie wszyscy!” – cedzę przez zęby. Moje dalsze próby wytłumaczenia sensu i znaczenia słów, których przed chwilą użył, pan Włoch kwituje kolejną „kurwą”. O żesz Ty!

Sympatyczne Polki patrzą na mnie ze zdziwieniem. Tłumaczą, że każdego dnia wysłuchują tu od polskich klientów takiego właśnie słownictwa. Polskojęzyczni konsumenci uczą pana Włocha i się cieszą. Pan Włoch również cieszy się ogromnie...

Rozbawionego pana Włocha informuję, że już więcej nic tu nie kupię, po czym opuszczam lokal gastronomiczny (krokiem, jak się zdaje, iście rycerskim; polskim, dostojnym...). Nie będę przecież zostawiał swoich pieniędzy chamowi (pamiętam co pan Majster Jasiowi mówił: „chamstwu i drobnomieszczaństwu należy się przeciwstawić siłom i godnościom osobistom”)!

O tej „przygodzie” rozmawiamy w szkole. Dlaczego aż tak wielu ludzi poznając obcokrajowca nie tylko chce się nauczyć wulgaryzmów w jego języku, ale także owego obcokrajowca chce nauczyć rzucania mięsiwem w swojej ojczystej mowie? Język polski oferuje całą gamę „brzydkich wyrazów” (z których TataOliwki korzysta – powiedzmy to otwarcie – często, chwilami: za często; nie rzucam jednak „motylimi nogami” w autobusach czy włoskich kafejkach, nie uczę również tego słownictwa mojego sympatycznego koleżeństwa w szkole, bo i po co?). Na co mi „motyle nogi” w języku hiszpańskim, włoskim tudzież koreańskim? Jaki sens jest uczenia się tylko takich słów, w dupie mając naukę całej reszty?

Po szkolnej dyskusji (w której uczestniczyli: Hiszpanka, Włoszka, Kolumbijczyk, Koreańczyk, Polak i Anglik – nauczyciel) zgodnie stwierdziliśmy: nie wiemy dlaczego tak się dzieje. Dlaczego ludzie wpychają sobie do głów egzotycznie brzmiące „motyle nogi” i nic po za tym. Znaczy się międzynarodowy konsensus osiągnęliśmy. Co na to Wuj Dobra Rada?

***
Po ogłoszeniu oficjalnego bojkotu knajpki pana Włocha odkryłem nowe, kawowe źródełko. Okazało się, że zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się prawdziwe kawowe królestwo! W życiu nie piłem lepszej kawy. Słowo! Kubek wybornej, świeżo mielonej (sprzedają ziarna na miejscu) kawy kosztuje 1 funta. Nie dość, że najtańsza to i najlepsza kawa w mieście Londyn! Znaczy się nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszyło... I tej wersji się trzymajmy!

czwartek, 5 lutego 2009

Pranie mózgów


Okazuje się, że polscy emigranci w Londynie są łakomym kąskiem dla wszelkiej maści jasnowidzów, wróżbitów, manipulatorów i sekciarzy. W wyrafinowany i często zakamuflowany sposób przedstawiciele różnych grup i sekt werbują tu nowych członków. Takie grupy wykorzystując ludzką niewiedzę, reklamują się już przed… kościołami i w polskiej prasie. Niedawno na łamach jednej z polonijnych gazet ukazał się całostronicowy artykuł reklamujący „Kurs Samokontroli Umysłu Metodą Silvy”.

„W Londynie można nauczyć się programowania własnego umysłu” – głosiło hasło reklamujące Kurs Samokontroli Umysłu. Organizatorzy zapewniali, że dzięki kursowi „zaprogramujemy nasz umysł i nastawimy go na osiągnięcie sukcesu”. O zagrożeniach nie wspomniano ani słowem. A te, jak się okazuje, są bardzo realne.

W Internecie znalazłem kilka artykułów opublikowanych w polskiej prasie w ciągu ostatnich kilku lat, które pokazują prawdziwe oblicze Metody Silvy. Okazuje się, że sprawą „Samokontroli Umysłu” zajmują się już Dominikańskie Ośrodki Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach.

"Kurs Samokontroli Umysłu Metodą Silvy” nie jest jednak pierwszą tego typu ofertą dla zagubionych emigrantów. Zagubionych, bo często wielu z nas żyje tu z dala od rodziny, z dala od najbliższych. Niektórzy pochłonięci są wyłącznie pracą; z ogromnym pragnieniem osiągnięcia sukcesu są łakomym kąskiem właśnie dla organizatorów tego typu spotkań.

Czas jakiś temu w temu w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie odbyło się „seminarium” zatytułowane „Aniołowie są wśród nas”. Organizatorka tamtego spotkania zapewniała: „Za moim pośrednictwem możesz skontaktować się ze swoimi Opiekunami Duchowymi. Jestem przekaźnikiem energii, jaką emanują Aniołowie, Niebiańscy Doradcy, Przewodnicy Duchowi”.

„Posługuję się rysunkiem i pismem automatycznym, to znaczy, że podczas sesji ruchami mojej ręki sterują Istoty Duchowe” – pisze na swojej stronie internetowej pani Wioletta, które owe spotkanie zorganizowała. Z rozdawanych ulotek dowiedziałem się, że prowadząca jest terapeutką duszy, jasnowidzem i szamanką. Żeby było jeszcze dowcipniej pani Wioletta chwali się ukończeniem Intercollegu Ezoterycznego w Moskwie (czy można się tam rozwinąć duchowo do poziomu drewnianych matrioszek?). Mniejsza jednak o moskiewską edukację. Tu rzecz rozgrywa się o nasze – jak mówi pani Wioletta – „jestestwo”.

„Inicjacje Anielskie otworzą Cię na kontakty z Twymi Aniołami oraz Radą Galaktycznych Opiekunów” – zachęcała na ulotkach pani szamanka. Wszystko w cenie „seminarium”! Anioł plus ktoś z odległej galaktyki gratis! Ale to nie wszystko. Było więcej „atrakcji”. „Oczyszczanie matrycy duszy”, „inwokacje mistrzów Białego Bractwa”, „zmiana programów życia”, „transformacja negatywnej karmy”. Program wyjątkowo obfity. Stężenie głupot i niedorzeczności na niewielkich rozmiarów ulotce przekroczyło granice mojej odporności. Prawdziwą kopalnią absurdów jest jednak internetowa strona „terapeutki duszy”.

Dział „anielski” to nie tylko cytaty ze św. Tomasza z Akwinu, ale także opowieści o... elfach i krasnoludach! „Anioł jest naszą ‘Istotą Opiekuńczą’ i z przyjemnością rozwiąże każdy problem. Wystarczy jedynie wziąć książkę, „którą uznajesz za pełną mądrości i światła. Może być to Biblia lub inna święta księga, ale równie dobrze zbiór baśni, czy inspirująca powieść. Gdy już masz książkę, poproś swego Anioła Stróża, aby odpowiedział na twe pytanie. Po chwili skupienia otwórz książkę na chybił trafił i zacznij czytać w miejscu, na które padnie Twój wzrok. Odpowiedź na twoje pytanie powinna zawierać się w pierwszych linijkach tekstu. Po odłożeniu książki podziękuj Aniołowi.” Prawda, że proste?

No i jest jeszcze pan Antoni, co to Londyn upodobał sobie szczególnie (przyjeżdża tu wyjątkowo często). Antoś to zuch nad zuchy, bo nie tylko „uzdrawia na odległość”, ale także uczy „komunikować się z bliskimi osobami znajdującymi się nawet w innym kraju” (wydaje się, że to propozycja idealna dla tych, którzy chcieliby zaoszczędzić nieco na rachunkach telefonicznych…). Strona Antoniego nie pozostawia jednak żadnych złudzeń: Antoni jest – nie bójmy się tego słowa – wariatem, w dodatku niebezpiecznym. Kto o zdrowych zmysłach oferuje bowiem: „uzdrawianie na poziomie subtelnym” czy „podróżowanie ze swoim ciałem astralnym w dowolne miejsce na świecie, a także podróżowanie w przyszłości i przeszłości”. Częstotliwość przyjazdu pana Antoniego nad Tamizę wskazuje niestety na to, że są chętni by płacić za jego „nauki”.

Wszystkie przywołane „kursy” (a jest ich pewnie znacznie więcej) odbywają się, a jakże by inaczej!, za opłatą. Strata kilkudziesięciu, a nawet kilkuset funtów jest jednak niczym w porównaniu z spustoszeniem, jakie tego typu „zajęcia” mogą wywołać w umyśle każdego człowieka.

Sekty w obecnych czasach zmieniają sposób swojego działania – mówią ci, którzy zawodowo pomagają ofiarom sekciarzy. Pod przykrywką różnego rodzaju kursów o „rozwoju świadomości”, „kontroli umysłu” czy wpływie „kosmicznej energii” na osobowość, sekty aktywnie werbują kolejnych członków. Także wśród Polaków w Londynie.

Organizatorzy tego typu spotkań, by uwiarygodnić swoje działania ogłaszają się nie tylko na łamach „Dziennika Polskiego” (szanowanej – tylko jednak w kręgu starszego pokolenia emigracji – gazety; „DP” wydawany jest od ponad 60 lat), ale także, o zgrozo!, rozdają swoje ulotki (jestem przekonany, że bez wiedzy i zgody księży) pod... polskimi parafiami w Londynie (sam otrzymałem taką ulotkę przed polskim kościołem na Ealingu).

Czy tego typu spotkania nadal będą przyciągały zagubionych Polaków?...

***
Po długich namowach pan Antoni zgodził się w końcu, abym zrobił mu zdjęcie. No to zrobiłem. Inni „nauczyciele” są chwilowo w podróży. Astralnej…

środa, 4 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Skandynawskiej wędrówki ciąg dalszy. Dzisiaj zapraszam do mroźnej Finlandii. Zespół nazywa się „Paavoharju”. W roku ubiegłym grupa nagrała swój drugi – zbierający bardzo pozytywne recenzje – album zatytułowany „Laulu Laakson Kukista”. My jednak sięgamy do ich debiutanckiego krążka „Yhä hämärää” (2005) by zaserwować utwór „Valo tihkuu kaiken läpi”. Nie wiem jak Szanowne Państwo, ale ja nie rozumiem nic a nic... Ale od pieśni i tak oderwać się nie mogę. Smacznego!

Polak uratuje (pierwiastkiem)...


Przez trzy dni bawił w Londynie arcybiskup Józef Życiński. Wybrałem się na jeden z otwartych wykładów: „Chrześcijaństwo w obliczu wyzwań współczesnej kultury”.

Pytanie młodej pani: Pracuję z samymi Brytyjczykami. Jak wszyscy wiemy Brytyjczycy to bardzo sekularyzowany naród. Co mamy robić my, Polacy, by się przed tym uchronić? Czy my, Polacy, mamy w sobie jakiś pierwiastek, który nam w tym pomoże?

Odpowiedź arcybiskupa (fragment): Nie wpadajmy w megalomanię. My, Polacy, mamy pokusę pielęgnowania przeświadczenia o własnej wyjątkowości…

Zdziwienie młodej pani. Życzliwy uśmiech metropolity lubelskiego. Złośliwy rechot TatyOliwki. Kurtyna.

***
Zimowa aura sprawiła, że szkoła Oliwki wczoraj również zamknięta była. Cóż to oznacza? Poza smutkiem pilnej uczennicy także i smutek pilnego pracownika (czyt. TatyOliwki), który o kolejny dzień wolnego zmuszony był poprosić (dostał). Leniuchowanie, spacerowanie, gotowanie, pisanie, oglądanie, słuchanie, leniuchowanie. Tak, z tyloma czynnościami musieliśmy dać sobie radę pod nieobecność małżonki osobistej, która do pracy jednak udać się musiała (dla zainteresowanych: daliśmy radę!).

***
Wczoraj w samo południe Szacowne Jury ogłosiło swoich wybrańców w wyścigu pt. „Blog Roku 2008”. Krótko mówiąc: ścigamy się dalej! Zdyszani, zmachani, ale za to jakże szczęśliwi! Dziękujemy! A Oliwa, gdy przekazałem jej tę jakże radosną nowinę, rzekła tylko: Tata, co dostałeś? Materialistka! (po mamusi, rzecz jasna). Ale za to jaka kochana…

***
Na załączonym obrazku: Wuj Tygrys prosi arcybiskupa o:
a/ radę
b/ rozgrzeszenie
c/ 20 funtów na butelkę whisky


Odpowiedzi prosi się o przekazywanie do najbliższej parafii. Nagrody czekają!

wtorek, 3 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Ostatnimi czasy coraz bardziej ciągnie mnie na północ Europy (czyżby to zimowa aura w mieście Londyn sprawiła?) Właśnie odkrywam Skandynawię. Z radością niekłamaną odkrywam i dzielę się z Szanownym Państwem. Dziś moja rówieśniczka ze Szwecji – Frida Hyvonen. Do tej pory pani Frida wydała trzy albumy. Obecnie zasłuchuję się w tym pierwszym – „Until Death Comes”. Owemu zasłuchaniu towarzyszy również radosna wieść: w czwartek pędzimy wespół z małżonką osobistą na koncert pani Fridy:) Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że sympatyczna Szwedka do Londynu na jeden występ przyjeżdża. Bilety tanie jak barszczyk czerwony więc grzechem byłoby nie skorzystać. No to skorzystaliśmy. „I driver my friend” ze wspomnianej tu debiutanckiej płyty. Rok 2005. Smacznego!

Bałwany i bałwany
























Narzekaliśmy, żartowaliśmy, wybrzydzaliśmy. A tu, proszę, taka niespodzianka. Zasypało nas kompletnie!

Londyn – miasto w Anglii stanęło wczoraj dęba. Ponad 10-centymetrowwa warstwa śniegu (znaczy się największe opady od 20 lat) sprawiła, że od rana nie jeździły ani autobusy, ani metro. A skoro nie jeździły, to i do pracy, niestety (…), dotrzeć nie mogliśmy (ino Wuj Dancio zaspy postanowił przemierzać i do pracy jednak wyruszył; pieszo, bo rowerek – jak widać na jednym z obrazków – nieco przyprószyło). Żeby było smutniej to i Oliwy szkołę na cztery spusty zamknięto. Katastrofa!

Pogrążeni w smutku wybraliśmy się więc do pobliskiego parku (po drodze wstąpiłem jeszcze na cmentarz, co to go mamy za murem). Potem dotarli jeszcze do nas Wuj Karaś z Wiolą (szkoły, w których pracują również zamknęli) i Oliverem (patrz: szkoła Oliwy). Wiadomo: w kupie smucić się łatwiej. Takich jak my, smutasów, okazało się być w parku więcej niż dużo. Pozamykane szkoły, biura, banki i sklepy (nie wszystkie, rzecz jasna, ale spora ich część) sprawiły, że naród na śnieg wyległ. A wyległ tym bardziej ochoczo, że nie każda zima jest tu taka łaskawa.

Było więc i rzucanie śnieżkami i konstruowanie pana Bałwana (na załączonych obrazkach to ten maluch z marchewką,). No i smutek jakość był nawet znikł…

Niestety w drodze powrotnej nastąpiło niespodziewane spotkanie z grupą nastoletnich troglodytów, dla których każda okazja jest dobra do zadymki. I kiedy już w ten mroźny dzień zaczęło się robić gorąco (oznaka gorąca się robienia: TataOliwki chowa do plecaka aparat i oddaje go małżonce osobistej; małżonka osobista piekli się już nie tylko na agresywnych troglodytów, ale także na TatęOliwki) jeden z żywych bałwanów podchodzi i przeprasza. I kiedy wydaje się, że to finał, troglodyci atakują inną grupę. Ktoś rzuca śniegiem, ktoś klepie kogoś po buzi. Wiola dzwoni na policję. Bałwany pierzchają. TataOliwki gotuje się i klnie nie tylko w myślach. Na szczęście nikomu nic złego się nie stało. Wszyscy cali, wszyscy zdrowi (umówmy się: TataOliwki Chuckiem Norrisem nie jest, oj nie jest. Nie znoszę chamstwa, ale równie mocno nie znoszę obojętności; brak reakcji na chamstwo sprawia, że cham czuje się nie tylko bezkarny, ale i bardziej silny; nie można więc odwracać głowy w drugą stronę, po prostu nie można…).

Po tym jakże niemiłym spotkaniu wstąpiliśmy jeszcze do sklepu po wino do grzańca. Trzeba było się bowiem nie tylko rozgrzać, ale i uspokoić. Dwie butelki w połączeniu z cynamonem, gałką muszkatołową, goździkami, miodem i pomarańczami spełniły pokładane nadzieje. Lepiej przecież cieszyć się i wspominać śnieżne bałwany, niż te drugie. Tak, to był naprawdę uroczy dzień. Raz, dwa, trzy… i wydech. Tak, to był naprawdę uroczy dzień. Kropka.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Bardzo lubię ten film. Podstarzały aktor (wyśmienity Bill Murray) przyjeżdża do Tokio, by reklamować miejscową whisky. Na miejscu spotyka młodą żonę pewnego zapracowanego fotografa (urocza Scarlett Johansson)… Niby nic nie powinno się między tą dwójką wydarzyć, a jednak… W „Między słowami”, bo o tym filmie mowa, Tokio nie jest jakimś tam tłem. Wprost przeciwnie – jest jednym z bohaterów opowieści. Bardzo zresztą ważnym…

Bardzo lubię ten film i muzykę z niego też lubię. Na przykład utwór „Sometimes” zapomnianego już nieco zespołu My Bloody Valentine (po kilkunastoletniej przerwie Brytyjczycy mają wydać niebawem swój trzeci album). Utwór z roku 1991, film zaś z 2003. Smacznego!

Japonia to jest zasadniczo…
















…Kraj Przekwitłej Wiśni – mówili popijając wiśniówkę panowie w „Rozmowach Kontrolowanych” („Wiśnia jest wiśnia, witaminy przede wszystkim ma. Wypijasz takie dwie i masz komplet. Witamina jest podstawą człowieka.”). Nie o witaminach jednak dzisiejsza opowieść.

W sobotę wybrałem się z panną Oliwą na „Dzień Tokio w Londynie”. Sympatyczna Yumi, którą Szanowne Państwo miało już okazję tu poznać, niestety nie mogła dołączyć do naszego tandemu (tandemu, bo małżonka osobista w pracy). Mimo to zabawa była pyszna.

W samym centrum Londynu, tokijczycy wynajęli rozmiarów znacznych salę, w której to przez dzień cały zachwalali swoje miasto. A zachwalali, rzecz oczywista, nieprzypadkowo. Otóż w tym roku (dokładnie w październiku) zostanie wybrany gospodarz Letnich Igrzysk Olimpijskich 2016. W finałowej czwórce znalazły się Chicago, Madryt, Rio de Janeiro i Tokio właśnie, które wie, że czasu niewiele i promować trzeba się z przytupem.

Przytup to jedno, pomysł zaś to drugie. W sobotę nie brakowało jednego i drugiego. Gadające roboty, co to płynną angielszczyzną witały gości, a obok – „shodo”, czyli nauka japońskiej kaligrafii. Mini-kino z projekcjami animacji, a za rogiem pokazy tradycyjnego parzenia herbaty. Multimedialne prezentacje miasta i nauka orgiami. Bębniarze ze słynnego zespołu „Wa-Daiko” i tancerze. No i wszędzie bezpłatne przewodniki, foldery i mapy. Jedno miasto, a promocja taka, że niejeden kraj mógłby oblać się wstydliwym rumieńcem.

No właśnie, no to może słówko o promocji made in Poland? Otóż przed dwoma laty Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii (jak mówią mądrzy ludzie – najstarsza i najbardziej wpływowa polska organizacja na Wyspach) zorganizowało „festiwal”. (celowo piszę w cudzysłowie, bo tak naprawdę był to gminny festyn…). Z dala od centrum (3 strefa), na ogrodzonej łące i jeszcze bilet trzeba było drogą zakupu nabyć. Z przygotowanych atrakcji warto wymienić piwo w plastikowych kubkach, rycerzy z tekturowymi tarczami, bigos oraz Kasię Kowalską. „Festiwal” ten w założeniu organizatorów miał promować Polskę wśród Brytyjczyków. Jak się okazało festyn promował Polskę wśród Polaków, bo Brytyjczycy, nie wiedzieć dlaczego, nie przyszli. Było więc rytualne klepanie się po plecach i rozlewający się zewsząd samozachwyt organizatorów. Żeby było przyjemniej po kilku tygodniach okazało się, że ktoś nie rozliczył się z pieniędzy za ochronę łąki, że ktoś kogoś oszukał, że nic nie było takie, jak zapowiadano...

I tak to już w mieście Londyn jest. Inne kraje, tudzież miasta, organizują swoje dni promocyjne w samym centrum, nie sprzedają biletów, przygotowują multum atrakcji. Na „Dzień Tokio” przyszły więc tłumy międzynarodowego towarzystwa, które na nudę narzekać nie mogły (żeby nie było, że TataOliwki jest marudnym pierdzielem, spieszę donieść, że bawiliśmy z Oliwą do tej pory na Dniach: Kanady, Turcji, Rosji, Czech, Słowacji i Indii; scenariusz zawsze był taki sam: za darmo i w centrum). Czekamy więc cierpliwie, kiedy nad Tamizą odbędzie się Festiwal Polski z prawdziwego zdarzenia. Młodzi jesteśmy, to się chyba doczekamy… Rozumiem, Oliwa doczeka…