Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
wegedzieciak.pl

środa, 18 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Do szczęścia potrzeba tak niewiele. Prawda? Jednoręki Bandyta zapodał był właśnie fiński kwartet „Loituma”. I to właśnie, proszę Szanownego Państwa, w muzyce lubię najbardziej... „Ievan Polkka”, rok 1995. Smacznego!

Lis, lis szczury gryzł…


W mieście Londyn żyje podobno 10 tysięcy lisów. Jednego z nich spotkaliśmy właśnie w ogródku naszych sympatycznych sąsiadów.

Tak naprawdę myśleliśmy, że pan lis zrobił sobie poobiednią sjestę. Okazało się jednak, że to nie leniuchowanie, a jakieś choróbsko (podejrzewamy posiłek ze szczura tudzież posiłek z trutki na szczura).

Koniec końców, sąsiadka Lucy zadzwoniła do RSPCA (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals – Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Zwierząt) z prośbą o pomoc. Przyjechali więc panowie, lisa w kocyk zawinęli i na rekonwalescencję zabrali. Do usłyszenia zatem panie lisie! Bo trzeba Państwu wiedzieć, że ulubionym zajęciem pana lisa (tego czy tamtego) jest koncertowanie pod naszymi oknami. A owo wycie (znaczy śpiewanie) najlepiej wychodzi mu/im grubo po północy…

wtorek, 17 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Koledzy sympatyczni prawie porcięta wczoraj pomoczyli, kiedy włączyłem im to, co serwuję dzisiaj w naszej kuchni muzycznych uniesień. Śmiechów i żartów nie było końca, bo: a/ koleżeństwo stwierdziło, że muzyka jest beznadziejna; b/ ośmieliłem się powiedzieć, że te dźwięki to całkiem przyjemne rockabilly (inna sprawa, że użyłem uroczego słówka „rockabillyty” – szydercom i prześmiewcom bardziej wyłożyć się już nie mogłem…).

No dobrze. Zespół nazywa się Glasvegas i pochodzi z miasta Glasgow. Kilka miesięcy temu grupa wydała swój debiutancki album, który podoba mi się bardzo, a w zasadzie coraz bardziej. No to może „Daddy's Gone”. Rok 2008. Smacznego!

Przyjęcie walentynkowe (?)










W minioną sobotę obchodzony był – tu i ówdzie – Międzynarodowy Dzień Zakochania tudzież Zakochanych. Z Polski przyleciały do nas na tę okoliczność dwie dorodne walentynki: Jędrzej vel Duża Broda (czyli brat Wuja Dancia) oraz Michał vel Jednoręki Bandyta (brat nas wszystkich).

Jak było? Grubo było! (Historyjka: sześcioletnia Maja gra w domino ze swoim tatą, Jędrzejem właśnie. Duża Broda wykłada kostkę, a Maja na to: „Ooo, grubo”…). Na wieczorne witanie gości przybyło towarzystwo wesołe, i jak się szybko okazało – także i nieco spragnione. Spragnione zarówno najnowszych wieści z Kraju, jak i odrobiny gorzkiej żołądkowej, whisky, ginu, wina i piwa (wedle smaku, wedle upodobania, wedle organizmu wytrzymałości).

Nasze dorodne walentynki zostają do soboty. W sobotę wylecą, przyleci zaś małżonka osobista z Oliwą. Ach, cóż za przypadek...

***
Podczas walentynkowego biesiadowania obrazki – w myśl hasła: Zakochani Do Aparatów! – wykonywali Szczotka, Ciotka Ola oraz TataOliwki (Pozostali też chyba zakochani, ale co z tego – aparat był jeden więc się nie dopchali...).

poniedziałek, 16 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



W naszej kuchni muzycznych smakołyków pora na houskový knedlík, czyli dźwięki z miasta Praga. Zespół nazywa się Please The Trees i gra o tak właśnie. Smacznego!

Pan złota rączka





Czasu oszukać się nie da. Płynie sobie i płynie, a im bardziej płynie tym bardziej w kościach strzyka. Prawda Ciociu Olu?

W najbliższą środę, Ciotka Ola świętować będzie swoje urodziny. Powiedzmy wprost: Ciotka Ola jest starsza od TatyOliwki o całe 185 dni (a jak wszyscy doskonale wiemy 185 dni to jest szmat czasu). TataOliwki młody, rześki, gibki; Ciotka Ola – już raczej nie. Na tyle nie, że do naszego domu coraz częściej zagląda Sebastian.

Sebastian, proszę Szanownego Państwa, zagląda do nas w towarzystwie podręcznego stołu. Znaczy się z narzędziem pracy zagląda, bo Sebastian jest – uwaga: trudne słowo – fizjoterapeutą. Krótko mówiąc, kolega potrafi zrobić tak, że przywołane tu 185 dni nie znaczą już nic (lub prawie nic). Masuje, kremem naciera, ugniata, wygniata, prostuje i wygina. Ciotka zaś, a to syczy, a to śmiechem się zanosi. A po 40 minutach ze stołu zeskakuje już całkiem inna Ciotka. Ciotunia zasadniczo zeskakuje.

Nasz sympatyczny kolega przez całe trzy lata uczył się tych wszystkich sztuczek w szkole w mieście Wrocław. Teraz zaś w mieście Londyn ową wiedzę i umiejętności wykorzystuje najlepiej jak potrafi. Robi więc to co umie, to co lubi, to czego się w Polsce nauczył. Okazuje się, że czasami Sebastian trafia tu do ludzi, którzy skorzystali z usług masażystów-samouków (Sebastian żartuje, że to absolwenci kursów korespondencyjnych…). Wpada więc taki mistrzunio do człowieka, by przez kwadransik kostki wydawały charakterystyczne „chrup, chrup”. Mistrzunio wypada, a delikwent z jeszcze większym bólem ląduje w łóżku i stęka, stęka, stęka (Danuta Stenka?). No i kiedy stękania ma już dość dzwoni na ten przykład po Sebastiana, który przyjeżdża i „naprawia” to, co mistrzunio spartolił (ważna informacja: masażysta i pracownik masarni to jednak nie to samo…).

Matysia obserwowała mamę, Danek obserwował Sebastiana, Ciotka Ola obserwowała podręczny stolik, a TataOliwki zachodził w głowę, czy za 185 dni też będzie musiał oddać się w ręce Sebastiana… Chrup, chrup.

piątek, 13 lutego 2009

Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić!

No i stało się. „Londyn – miasto w Anglii” otrzymał Wyróżnienie Główne w konkursie Blog Roku 2008. Znaczy się: Oni chyba wszyscy poszaleli! Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić! Tu mnie Janek do filmu namówił... ten mnie do Londynu ciągnie... Przecież ja nie mam do tego głowy. Oszaleli...

Wczoraj porą wieczorową telefonowała małżonka osobista, która – jak na małżonkę osobistą przystało – reprezentowała nas na wielce uroczystej Gali. Po ogłoszeniu werdyktu piszczała do słuchawki, śmiała się w głos, w dłonie klaskała. A w owym piszczeniu dzielnie towarzyszyła jej Ciotka Nina. Dziewczyny bawiły się pysznie i – znając życie – uwodziły urody cudnej Oliviera Janika co to blogową uroczystość prowadził. Żona wróci, żona się wytłumaczy…

Póki co, raduję się z wyróżnienia i co tu ukrywać – z nagrody też się raduję! Bo okazało się, że londyńskie opowieści nagrodzono wycieczką do Turcji. Dziękujemy!

***
Trzy lata temu Fatih Akin (niemiecki reżyser tureckiego pochodzenia; autor m.in. znakomitego filmu „Głową w mur”) nakręcił dokumentalną opowieść o muzyce w Istambule „Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul” (polski tytuł – „Życie jest muzyką”). No i kiedy ten film zobaczyłem, to nad Bosfor pojechać zapragnąłem. A teraz, proszę bardzo – marzenie chyba się spełni (chyba, bo jeszcze nie wiem, czy nagroda obejmuje także to miasto; oby!).

No to muzycznie zapraszam do Istambułu. Pan nazywa się Mercan Dede i po raz pierwszy usłyszałem go właśnie w filmie Akina. Smacznego!

***
Onet podesłał mi właśnie urody cudnej belkę, którą muszę (regulaminowy przepis) zamieścić na stronie. Zamieszczam więc z dumą i radością niekłamaną… A co?:)

środa, 11 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Kiedy ten zespół pojawił się przed dwoma laty na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym „Malta” w Poznaniu napisano, że to „to amerykańskie spojrzenie na wschód Europy, nostalgiczna podróż pulsująca tętnem bałkańskiej muzyki”. Nic dodać, nic ująć. Zespół nazywa się Beirut, a na jego czele stoi piekielnie uzdolniony młodzieniec Zach Condon, który śpiewa tak, że uszu oderwać nie mogę. W naszej kuchni muzycznych niespodzianek serwujemy dzisiaj „Elephant Gun”. Rok 2007. Smacznego!

Język


W szkole podstawowej uczyłem się języka rosyjskiego. W szkole średniej: francuskiego, łaciny, i dalej rosyjskiego. Na język angielski miejsca już nie było. Teraz trzeba zaległości nadrabiać i nadrabiać.

Z Oliwką sprawa wygląda zupełnie inaczej. Przez dwa semestry chodziła tu do przedszkola. Potem, w wieku 4 lat, zaczęła się szkoła: najpierw odpowiednik naszej zerówki (Reception Class), teraz zaś klasa I. Lekcje rozpoczynają się o godz. 9.00 kończą zaś o 15.30. Jeśli do tego dorzucimy następne 1,5 godziny w świetlicy (kiedy mama w pracy, a tata w szkole), to okazuje się, że nawet 8 godzin dziennie Oliwa mówi wyłącznie w języku angielskim. Co z tego wynika? Ano to, że TataOliwki kompleksów nabawić się może…

Weźmy na ten przykład ostatnią niedzielę (niedziela to jest taki dzień, kiedy spotykam się z przesympatyczną Vanessą na dwugodzinne konwersacje; spotkania tym przyjemniejsze, że pierwszą godzinę siedzimy w kawiarence, na drugą zaś przenosimy się do pobliskiego pubu na białe wino; i jak tu nie lubić nauki?). Zatem ostatnio towarzyszyła mi Oliwa.

W kawiarence taka jakaś nieśmiała, taka jakaś cichutka. No a w pubie prawie mi do głosu dojść nie dała! Jak się dziewczę rozkręciło, to przestać w ogóle nie chciała. A potem dołączył do nas jeszcze Ben, mąż Vanessy, który został zmuszony do rysowania księżniczek. Oliwa mówiła i mówiła. Vanessa i Ben wrażenia nie ukrywali, a TataOliwki robił co mógł, by nadążyć i zadyszki większej się nie nabawić…

***
Oliwa zaczyna właśnie dwutygodniowe ferie. A skoro ferie to i obowiązkowa wizyta w nadwiślańskiej krainie, znaczy się w krainie Babci i Babci oraz Dziadka i Dziadka. Popołudniową porą frunie więc dziś małżonka osobista i frunie też panna Oliwka. TataOliwki zostaje zaś na posterunku. Co robił będę? No, smucił się będę. W piątek na ten przykład w towarzystwie owego smutku udam się do lokalu gastronomicznego na połączony urodzinowy dancing Vanessy i Marka (Szanowne Państwo już go poznało; to mój były nauczyciel z Australii). Jak się smucić, to się smucić…

A tak na poważnie: dobrze jest czasem pobyć samemu. Małżonka osobista podziela ów pogląd w całej tak zwanej rozciągłości...

***
Na załączonym obrazku: niedzielne nauki pobieranie. Oliwa mówi, Vanessa słucha, TataOliwki na wino spoziera.

wtorek, 10 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



W naszej kuchni muzycznych uniesień będzie dzisiaj szybko, będzie głośno, będzie punkowo! A wszystko za sprawą Bartasa (tak, tego samego co na dzisiejszym obrazku z Matysią siedzi) i pozostałych młodzieńców tworzących zespół pieśni i tańca „Biała Gorączka”. Orkiestra pochodzi z naszego ukochanego Grudziądza i na koncertach gra tak, że człowiek z kapci sam wyskakuje. Ekipa „Londynstanu” nie tylko lubi warstwę słowno-muzyczną „Białej Gorączki”, nie tylko lubi oprawę ich energetycznych występów, ale lubi także (oj lubi!) panów muzyków i panów piosenkarzy występujących w rzeczonej orkiestrze.

„Biała Gorączka” w wiązance piosenek skocznych, piosenek ładnych, piosenek bardzo popularnych. Kto zna kroki, może nawet i zatańczyć... Smacznego!