Na dobry początek:
[Miś nadaje na poczcie telegram]
Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.
Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.
Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!
Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
Miś: Londyn - miasto w Anglii.
Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!
Miś: No mówię pani właśnie.
Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.
Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.
Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!
Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
Miś: Londyn - miasto w Anglii.
Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!
Miś: No mówię pani właśnie.
Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
wtorek, 1 grudnia 2009
Dźwięki na dobrą noc
Editors wydali swój trzeci album (In This Light and On This Evening). Pochodząca z tego krążka pieśń „Papillon” podoba mi się bardziej i bardziej. Pobiegamy?
Królewskie urodziny




Kiedy w roku 1959 w Londynie swoją działalność rozpoczynał Teatr dla Dzieci i Młodzieży „Syrena”, mało kto chyba przypuszczał, że pół wieku później wystawiane przedstawienia nadal będą przyciągały tłumy najmłodszych widzów. Wydawać by się mogło, że w ciągu tych 50 lat zmieniło się niemal wszystko, że dla dzieci liczy się dziś wyłącznie telewizja i Internet. „Syrena” udowadnia jednak, że to nieprawda. Teatr był i jest nadal bardzo potrzebny. Bo tu wszystko jest możliwe: aktorów można nie tylko zobaczyć, ale także z nimi porozmawiać. Teatru na żywo nie da się przecież zastąpić niczym innym.
Nie sposób chyba zliczyć ile w ciągu tych pięćdziesięciu lat „Syrena” wystawiła przedstawień, jak wielu miała widzów. Przez długi czas był to „teatr na kółkach” – bez własnej sceny podróżował z przedstawieniami po całej Anglii. Docierał wszędzie tam, gdzie byli Polacy. Dopiero w roku 1982, kiedy nastąpiło otwarcie sali teatralnej w budynku Polskiego Ośrodka-Społeczno Kulturalnego, „Syrena” znalazła swój wymarzony dom.
„Króla Maciusia I” Syrena wystawiła po raz pierwszy w roku 1974. Kolejny raz bohaterowie Korczaka powrócili na londyńską scenę z okazji 40-lecia istnienia „Syreny”. Swoje półwiecze emigracyjny teatr świętował także tą ponadczasową opowieścią.
Po raz pierwszy wybraliśmy się do teatru całą trójką: Oliwa, mama i ja. Było wybornie. Małżonce osobistej tak się podobało, że nie zważając na zakazy, aparat kieszonkowy dobyła i przedstawienie jęła uwieczniać. Szybka i zdecydowana reakcja służb porządkowych skutecznie ukróciła fotograficzne wybryki Sylwii S. TataOliwki załapać się nie pozwolił. Zuch!.
poniedziałek, 30 listopada 2009
Dźwięki na dobrą noc
Deszcz źle, trzydziestostopniowe upały jakby również. Tak, czy siak drobina słońca potrzebna jest i basta. Co na to pan Kazimierz?
Słoneczne wspomnienia









Pada i pada. No ale skoro jesień, skoro mieszka się w mieście Londyn, no to chyba musi padać, co nie? No to mówię przecież, że pada i pada.
Za oknem deszcz, a w domu zmiana umeblowania. Drogą zakupu nabyłem właśnie urody cudnej biurko. W końcu mogę wygodnie pisać, wygodnie zdjęcia obrabiać, wygodnie filmy oglądać. Wcześniejszy mebel biurkoszafkoregałopodobny spadł piętro niżej do apartamentu Wuja Tygrysa, który rzeczony twór przyjął z pewną taką nieśmiałością.
Nie mam więc już wymówek na bloga zaniedbywanie. Skoro warsztat pracy zakupionym został musi on spełniać zadania swe w całej rozciągłości. Wczoraj na ten przykład koleżanka Zina uprzejmie przypomniała się o zdjęcia, co to byłem wykonałem je w niedzielę. Niedziela był piękna i słoneczna, bo to niedziela w miesiącu wrześniu była.
Słusznie pogoniony wydobyłem więc z przepastnych czeluści mego komputera obrazki z tamtego uroczego dnia. Uroczego, bo spotkania z towarzystwem z forum wegedzieciaka inne przeca być nie mogą. Było słonko, było na trawie wylegiwanie, było opychanie się łakociami. No i piwko zimne też było. Pamiętam jak dziś.
A w ulubionej Trójce słucham właśnie audycji o jesiennej depresji. Póki co omija mnie ona szerokim łukiem (depresja, nie jesień). Ach kiedy człowiek będzie mógł się znowu rozłożyć na trawie? (tak, tak, wiem – po trawie to chyba nawet i dziś).
środa, 25 listopada 2009
Tolerancja nietolerancji
Niespełna 2 procent ludności Polski to osoby urodzone za granicą. Mimo, że kontakty z cudzoziemcami są dla wielu Polaków problemem abstrakcyjnym, nietolerancja dla obcych ma się zaskakująco dobrze.
„Znajomość z obcokrajowcem mieszkającym w Polsce skłania do otwartości. Akceptacja zwiększa się zapewne za sprawą emigracji – bezpośredniego lub przekazanego przez innych doświadczenia kontaktu z ludźmi innych kultur. Zwiększenie otwartości na innych jest także możliwe jako pośredni skutek emigracji: wielu Polaków wyjeżdża do pracy za granicą i oczekuje tam akceptacji, tym samym więc – aby zachować konsekwencję – wyraża ją osobiście wobec przybyszów z zagranicy. Akceptacja obcokrajowców jest jednak warunkowa i ograniczona” – wyczytałem właśnie w najnowszej publikacji Instytutu Spraw Publicznych. Wyczytałem i lekko się zdziwiłem.
Też chciałbym być optymistą. Też chciałbym wierzyć, że doświadczenia kontaktu z ludźmi innych kultur zwiększają otwartość Polaków. Problem jednak w tym, że czytam polskie gazety wydawane w Londynie. A skoro czytam, to, chcąc nie chcąc, z nietolerancją i rasizmem stykać się muszę.
„Cooltura” drukuje chociażby pełne rasistowskich uwag komentarze swoich internautów. Czytam więc o: „Angolach”, „ciapakach”, „grilowanych”. Rasistowski jad anonimowych chamów kolejny raz przelewany jest na papier. Polonijni dziennikarze z jednej strony nobilitują w ten sposób umysłowych troglodytów, z drugiej zaś wystawiają najgorsze świadectwo własnemu środowisku. Skoro bowiem w wydawanej w Londynie (miejscu, które dziennikarze z lubością określają „najbardziej mulitikulturowym miastem Europy”) polskiej gazecie jest przyzwolenie na rasizm, nie może dziwić, że w Polsce, kraju, który w całej Unii Europejskiej ma najniższy wskaźnik cudzoziemców, nietolerancja ma się tak dobrze.
Na rasizm i ksenofobię przyzwolenia być nie może! Skoro pozwalamy obrażać i dyskryminować inne nacje, nie protestujmy, gdy nazywa się nas „Polaczkami”. Skoro mamy być hipokrytami, bądźmy hipokrytami pełną gębą!
Polacy akceptują obcokrajowców – informuje Instytut Spraw Publicznych. Informuje, bo nie czyta „Cooltury”, nie zagląda również na portal elondyn.co.uk. Zamieszczane tam pełne agresji, wulgaryzmów i rasistowskich przytyków komentarze niestety nijak się mają do optymizmu pracowników Instytutu. Bo choć tu, w Londynie każdego dnia obcujemy z ludźmi innych nacji, kultur, religii, wielu z nas, Polaków, nadal przesiąkniętych jest szowinistyczną demagogią. Okazuje się, że rasistowski bełkot słychać już nie tylko z ust podchmielonych rodaków wylegujących się na parkowych ławkach. Rynsztokowy język nienawiści i pogardy zadomowił się także na łamach polonijnej prasy. O jakiej otwartości na innych możemy więc mówić?
Przedstawiciele polonijnych organizacji w Wielkiej Brytanii bardzo często protestują przeciwko dyskredytowaniu Polaków w brytyjskiej prasie. Czy za poniżanych na łamach polskojęzycznej gazety nie-Polaków również staną w obronie?
„Znajomość z obcokrajowcem mieszkającym w Polsce skłania do otwartości. Akceptacja zwiększa się zapewne za sprawą emigracji – bezpośredniego lub przekazanego przez innych doświadczenia kontaktu z ludźmi innych kultur. Zwiększenie otwartości na innych jest także możliwe jako pośredni skutek emigracji: wielu Polaków wyjeżdża do pracy za granicą i oczekuje tam akceptacji, tym samym więc – aby zachować konsekwencję – wyraża ją osobiście wobec przybyszów z zagranicy. Akceptacja obcokrajowców jest jednak warunkowa i ograniczona” – wyczytałem właśnie w najnowszej publikacji Instytutu Spraw Publicznych. Wyczytałem i lekko się zdziwiłem.
Też chciałbym być optymistą. Też chciałbym wierzyć, że doświadczenia kontaktu z ludźmi innych kultur zwiększają otwartość Polaków. Problem jednak w tym, że czytam polskie gazety wydawane w Londynie. A skoro czytam, to, chcąc nie chcąc, z nietolerancją i rasizmem stykać się muszę.
„Cooltura” drukuje chociażby pełne rasistowskich uwag komentarze swoich internautów. Czytam więc o: „Angolach”, „ciapakach”, „grilowanych”. Rasistowski jad anonimowych chamów kolejny raz przelewany jest na papier. Polonijni dziennikarze z jednej strony nobilitują w ten sposób umysłowych troglodytów, z drugiej zaś wystawiają najgorsze świadectwo własnemu środowisku. Skoro bowiem w wydawanej w Londynie (miejscu, które dziennikarze z lubością określają „najbardziej mulitikulturowym miastem Europy”) polskiej gazecie jest przyzwolenie na rasizm, nie może dziwić, że w Polsce, kraju, który w całej Unii Europejskiej ma najniższy wskaźnik cudzoziemców, nietolerancja ma się tak dobrze.
Na rasizm i ksenofobię przyzwolenia być nie może! Skoro pozwalamy obrażać i dyskryminować inne nacje, nie protestujmy, gdy nazywa się nas „Polaczkami”. Skoro mamy być hipokrytami, bądźmy hipokrytami pełną gębą!
Polacy akceptują obcokrajowców – informuje Instytut Spraw Publicznych. Informuje, bo nie czyta „Cooltury”, nie zagląda również na portal elondyn.co.uk. Zamieszczane tam pełne agresji, wulgaryzmów i rasistowskich przytyków komentarze niestety nijak się mają do optymizmu pracowników Instytutu. Bo choć tu, w Londynie każdego dnia obcujemy z ludźmi innych nacji, kultur, religii, wielu z nas, Polaków, nadal przesiąkniętych jest szowinistyczną demagogią. Okazuje się, że rasistowski bełkot słychać już nie tylko z ust podchmielonych rodaków wylegujących się na parkowych ławkach. Rynsztokowy język nienawiści i pogardy zadomowił się także na łamach polonijnej prasy. O jakiej otwartości na innych możemy więc mówić?
Przedstawiciele polonijnych organizacji w Wielkiej Brytanii bardzo często protestują przeciwko dyskredytowaniu Polaków w brytyjskiej prasie. Czy za poniżanych na łamach polskojęzycznej gazety nie-Polaków również staną w obronie?
wtorek, 3 listopada 2009
Szybcy jak wiatr





TataOliwki prawa jazdy nie ma, nigdy go nie miał i pewnie nigdy mieć nie będzie. Na motoryzacji znam się za to, jak na Polaka przystało, więcej niż wybornie (na polityce i piłce nożnej też, a jak!).
Kobiety lubię młode (vide: małżonka ma osobista), samochody już raczej nie. W niedzielę więc raniutko wstałem i do Hyde Parku pognałem. Najstarszy rajd samochodowy świata, to jest przecież to, co tygrysy lubią najbardziej (gwoli ścisłości: Wuj Tygrys dupska jednakowoż ruszyć nie chciał).
Małe przypomnienie, dla tych, co rok temu tu nie byli: W drugiej połowie XIX wieku dynamiczny rozwój „wehikułów napędzanych parą” sprawił, iż Parlament Zjednoczonego Królestwa uchwalił słynną Ustawę Czerwonej Flagi. Przerażeni nowym wynalazkiem mieszkańcy stolicy odetchnęli z ulgą. Oto bowiem wprowadzono przepis mówiący, iż „lokomotywę drogową” powinien poprzedzać człowiek z czerwoną flagą ostrzegający ludność o jej przyjeździe.
Zdaniem coraz liczniejszych pasjonatów „bezkonnych bryczek” Red Flag Act znacząco przyczynił do opóźnienia rozwoju motoryzacji na Wyspach. Po trzech latach próśb, a niekiedy i stanowczych nacisków, udało się automobilistom doprowadzić do anulowania krzywdzących – ich zdaniem – przepisów. 14 listopada 1896 roku, już w dzień po zniesieniu ustawy, 30 uradowanych właścicieli czterokołowych pojazdów postanowiło wyruszyć do nadmorskiego Brighton, by w ten właśnie sposób uczcić pierwszy dzień bez kompromitujących czerwonych flag. Wzbudzająca powszechny zachwyt kolumna lśniących automobili popędziła (z dopuszczalną zawrotną prędkością…12 mil na godzinę) do odległego o 60 mil kurortu. Tak oto narodził się jeden z najsłynniejszych rajdów samochodowych świata.
Dziś London to Brighton Veteran Car Run to organizowana z wielkim rozmachem trzydniowa impreza, przyciągająca tysiące fanów motoryzacji z wielu zakątków świata. Najpierw, w piątek 30 października odbyła się tradycyjna już licytacja zabytkowych aut. W prestiżowym domu aukcyjnym Bonhams pod młotek poszło kilkanaście pojazdów. Najwyższą cenę – 216 tysięcy funtów! – osiągnął francuski Panhard-Levassor z roku 1902. Dzień później w centrum Londynu zaprezentowano zaś 128 (z 557 zgłoszonych do rajdu) aut.
W niedzielę, 1 listopada, z londyńskiego Hyde Parku zabytkowe auta (najstarsze wyprodukowane zostało w roku 1895, najmłodsze – w 1905!) wyruszyły w trasę kolejnego rajdu. Mimo wczesnej pory (pierwszy samochód wystartował o godz. 6.54) i deszczowej aury, na trasie przejazdu nie zabrakło i nas – kibiców jakże wiernych!
Tegoroczną edycję London to Brighton Veteran Car Run wygrał zaledwie dwudziestodwuletni Kanadyjczyk John Brooks (na amerykańskim Oldsmobilu z roku 1902). Miejsce drugie zajął Brytyjczyk Richard Beddall (Haynes-Apperson, 1900 r.), a trzecie Belg, Jean-Claude Busine (Renault 1902 r.). Niestety nie wszyscy kierowcy mieli tyle szczęścia – do Brighton dojechało zaledwie 379 automobili. Jednak jak powiedział dyrektor rajdu, Roger Etcell najważniejszy jest sam udział w tej imprezie. Bo choć lata mijają London to Brighton Veteran Car Run nadal cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Dość powiedzieć, że w tym roku wyścig zgromadził kierowców z aż 24 krajów! Kolejna edycja najstarszego rajdu samochodowego świata już (a może dopiero) 7 listopada 2010 roku. Już nie mogę się doczekać!
niedziela, 1 listopada 2009
Pierwszy dzień listopada














Małżonka osobista z panną Oliwą bawią właśnie w słonecznej Italii. Czasu jakby więcej, to i pajęczyny z bloga posprzątałem.
Wstałem dziś o 5.30, by delektować oczy pięknymi automobilami co to w rajd z Londynu do Brighton pomknęły. Obiecuję: we wtorek garść obrazków Szanownemu Państwu przedstawię.
Po rajdzie miłe spotkanie z Vanessą na Croydon Eco Veggie Fayre. Znaczy się pysznie i smacznie było.
No a potem spacer po naszym cmentarzu (naszym, bo przecież panna Oliwa z okna widzi go jak na dłoni). Teraz zaś słucham Trójki, w której Kuba Strzyczkowski wspomina Tych, których już tu nie ma. No to może zamiast obrazków z dyniami, co to w mieście Londyn są dziś chyba wszędzie, obrazki ze spaceru.
piątek, 9 października 2009
Kung Fu Myśl
Czas jakiś temu Oliwa oglądała bajkę „Kung Fu Panda”. Opowieść o misiu co to skakał i łapkami wymachiwał w pamięć córki zapaść musiała głęboko, bo dziś w drodze do szkoły rozmowa przebiegła mniej więcej taka:
– Bo wiesz tato, jak się powie coś mądrego, to znaczy Kung Fu Myśl – powiedziała w najmniej oczekiwanym momencie
– Kung Fu Miś? – zapytał tato o małym rozumku
– Kung Fu Myśl! – krzyknęła znacząco pukając się w głowę...
– Bo wiesz tato, jak się powie coś mądrego, to znaczy Kung Fu Myśl – powiedziała w najmniej oczekiwanym momencie
– Kung Fu Miś? – zapytał tato o małym rozumku
– Kung Fu Myśl! – krzyknęła znacząco pukając się w głowę...
środa, 30 września 2009
Piosenka musi posiadać tekst?
Jeden z polskich tygodników wydawanych w Londynie ogłosił właśnie, że mam życiową szansę napisania tekstu dla zespołu Feel. Dwa razy TacieOliwki powtarzać nie trzeba.
Zespół Feel to prawdziwy fenomen na polskiej scenie muzycznej. Grają byle jak, śpiewają byle co, a mimo to słuchają ich tłumy (choć, gwoli ścisłości, ostatnio owe tłumy nieco się wykruszają – z uwagi na niewielkie zainteresowanie w Polsce odwołano w tym roku już kilka koncertów zespołu). Wróćmy jednak do tekstów śpiewanych przez pana Piotra Kupichę. Czy ci, którzy skorzystają z reklamowanej „życiowej szansy” będą potrafili napisać teksty równie mocno pozbawione sensu? Nie wiem jak Szanowne Państwo, ale ja spróbuję.
„A w noc, kiedy budzisz się, myślisz, że to tylko sen/To już w dzień, kiedy widzisz ją tulisz się, oddychasz z nią/Bo w tą noc, kiedy oddech twój wylądował na niej to/To już wiesz, przez te kilka chwil, że chcesz być tylko z nią” – śpiewa w utworze „A w noc, kiedy budzisz się” pan Kupicha. Śpiewa, choć, co tu dużo pisać, nie bardzo wiadomo o czym (zasłonę litościwego milczenia spuśćmy na błędy gramatyczne w stylu „w tą noc”).
Druga płyta zespołu Feel (pod jakże zaskakującym tytułem „Feel 2”) przynosi zresztą znacznie więcej głębokich przemyśleń autora. „Czasami tak zwyczajnie otwierasz swoje sny/bo raz dobrze jest, a raz nie./Czasami musisz iść/by potem zacząć biec” („Tylko powiedz, czego chcesz”). Publiczności, przynajmniej tej słuchającej zespołu Feel, taka grafomania nie przeszkadza. Zresztą językowe szarady Kupichy z drugiej płyty nie zaskakują tak bardzo, gdy przypomnimy sobie to, co wyśpiewywał na debiutanckiej płycie. Jeden wers w zupełności powinien wystarczyć: „Zabawnie tak oddychać przez różową słomkę” z hitu „No pokaż na co Cię stać”. Ot, prawdziwa kwintesencja stylu Kupichy. Nic dodać, nic ująć.
Czytając teksty zespołu Feel, wydaje mi się, że lider grupy nieco przewrotnie zrozumiał sugestię Kasi Nosowskiej zawartej w utworze „Teksański” ( „Obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst”). Tak, to prawda – „piosenka musi posiadać tekst”, jednak niekoniecznie słowa wolne od jakiejkolwiek myśli. Choć nie upieram się – być może od sensu ważniejsze są pieniądze, które na owych grafomańskich szlagierach się zarabia. Zamiast więc narzekać i kręcić nosem, skorzystam z „życiowej szansy” i murowany hit dla zespołu Feel tu ogłaszam. Utwór nosi tytuł „Londyn, och Londyn miasto w Anglii”. Wszelkie prawa niezastrzeżone.
Czasami musisz jechać metrem
by potem przesiąść się do autobusu piętrowego
Czasami musisz wypić łyk angielskiej herbaty
by przypomnieć sobie smak polskiego mleka
Najważniejsze jednak, by pamiętać o wierzbach
wierzbach co płaczą nam do snu
Refren: Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest pustką na mapie naszych uczuć
Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest gorzką łzą wylaną gdzieś na Picadilly Line
Smak chleba z Ealingu
przypomina mi piekarenkę z naszego miasta
Łyk piwa na Victorii
nie smakuje już jak dawniej
Jem i piję bez Ciebie
dlaczego jem i piję bez Ciebie?
No pytam Cię, dlaczego bez Ciebie?
Ref: Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest pustką na mapie naszych uczuć
Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest gorzką łzą wylaną gdzieś na Picadilly Line
Na szczęście nie jestem tutaj sam
mam polskie gazety i czasopisma
Czytam i ciągle myślę jak to by było
zanurzać się w tych lekturach u boku Twym
to tylko słowa i me pragnienia
Niech spełnią się, nie spełnią się
Oł jee! Oł jee! Oł jee!.
Ref: Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii…
Zespół Feel to prawdziwy fenomen na polskiej scenie muzycznej. Grają byle jak, śpiewają byle co, a mimo to słuchają ich tłumy (choć, gwoli ścisłości, ostatnio owe tłumy nieco się wykruszają – z uwagi na niewielkie zainteresowanie w Polsce odwołano w tym roku już kilka koncertów zespołu). Wróćmy jednak do tekstów śpiewanych przez pana Piotra Kupichę. Czy ci, którzy skorzystają z reklamowanej „życiowej szansy” będą potrafili napisać teksty równie mocno pozbawione sensu? Nie wiem jak Szanowne Państwo, ale ja spróbuję.
„A w noc, kiedy budzisz się, myślisz, że to tylko sen/To już w dzień, kiedy widzisz ją tulisz się, oddychasz z nią/Bo w tą noc, kiedy oddech twój wylądował na niej to/To już wiesz, przez te kilka chwil, że chcesz być tylko z nią” – śpiewa w utworze „A w noc, kiedy budzisz się” pan Kupicha. Śpiewa, choć, co tu dużo pisać, nie bardzo wiadomo o czym (zasłonę litościwego milczenia spuśćmy na błędy gramatyczne w stylu „w tą noc”).
Druga płyta zespołu Feel (pod jakże zaskakującym tytułem „Feel 2”) przynosi zresztą znacznie więcej głębokich przemyśleń autora. „Czasami tak zwyczajnie otwierasz swoje sny/bo raz dobrze jest, a raz nie./Czasami musisz iść/by potem zacząć biec” („Tylko powiedz, czego chcesz”). Publiczności, przynajmniej tej słuchającej zespołu Feel, taka grafomania nie przeszkadza. Zresztą językowe szarady Kupichy z drugiej płyty nie zaskakują tak bardzo, gdy przypomnimy sobie to, co wyśpiewywał na debiutanckiej płycie. Jeden wers w zupełności powinien wystarczyć: „Zabawnie tak oddychać przez różową słomkę” z hitu „No pokaż na co Cię stać”. Ot, prawdziwa kwintesencja stylu Kupichy. Nic dodać, nic ująć.
Czytając teksty zespołu Feel, wydaje mi się, że lider grupy nieco przewrotnie zrozumiał sugestię Kasi Nosowskiej zawartej w utworze „Teksański” ( „Obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst”). Tak, to prawda – „piosenka musi posiadać tekst”, jednak niekoniecznie słowa wolne od jakiejkolwiek myśli. Choć nie upieram się – być może od sensu ważniejsze są pieniądze, które na owych grafomańskich szlagierach się zarabia. Zamiast więc narzekać i kręcić nosem, skorzystam z „życiowej szansy” i murowany hit dla zespołu Feel tu ogłaszam. Utwór nosi tytuł „Londyn, och Londyn miasto w Anglii”. Wszelkie prawa niezastrzeżone.
Czasami musisz jechać metrem
by potem przesiąść się do autobusu piętrowego
Czasami musisz wypić łyk angielskiej herbaty
by przypomnieć sobie smak polskiego mleka
Najważniejsze jednak, by pamiętać o wierzbach
wierzbach co płaczą nam do snu
Refren: Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest pustką na mapie naszych uczuć
Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest gorzką łzą wylaną gdzieś na Picadilly Line
Smak chleba z Ealingu
przypomina mi piekarenkę z naszego miasta
Łyk piwa na Victorii
nie smakuje już jak dawniej
Jem i piję bez Ciebie
dlaczego jem i piję bez Ciebie?
No pytam Cię, dlaczego bez Ciebie?
Ref: Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest pustką na mapie naszych uczuć
Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii
jest gorzką łzą wylaną gdzieś na Picadilly Line
Na szczęście nie jestem tutaj sam
mam polskie gazety i czasopisma
Czytam i ciągle myślę jak to by było
zanurzać się w tych lekturach u boku Twym
to tylko słowa i me pragnienia
Niech spełnią się, nie spełnią się
Oł jee! Oł jee! Oł jee!.
Ref: Bez Ciebie Londyn, och Londyn miasto w Anglii…
piątek, 25 września 2009
Wytwórnia










Czasami jest tak, że Oliwa przynosi ze szkoły list z Bardzo Ważnym Zadaniem. Nie żadna tam nauka kolejnych literek czy cyferek (znaczy się słów i liczb), ale, no co tu dużo pisać – zadania z zupełnie innej beczki.
Tym razem trzeba było stworzyć coś z niczego. Użyteczny przedmiot z surowców wtórnych, oto co trzeba było stworzyć. Ciotka Ola, jak to Ciotka Ola, wymyśliła pudełko na płyty CD. W domowej wytwórni pudełek CD zasiadły więc dwie panny O. (panny, bo Ciotka, no jakby nie patrzeć, panną nadal jest i basta!) i wycinały, malowały, kleiły. Nieużywane pudełko do butów rychło zamieniło się w „czarownicę na płyty”. A może „Babę Jagę na płyty”? Nie wiem, nie pamiętam.
Zresztą co ja tam będę się rozpisywał. Niech przemówią obrazki. Rach-ciach, rach-ciach, stuk-puk, stuk-puk, szyr-szyr – przemówiły odgłosami pracy obrazki…
Subskrybuj:
Posty (Atom)