Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
wegedzieciak.pl

piątek, 11 grudnia 2009

Kino na dobry dzień



W naszym objazdowym kinie na pogodnych kółkach pora na krótkometrażowy film Christine Rabette pod wszystko mówiącym tytułem „Merci”. Rok 2002. Smacznego!

środa, 9 grudnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Dwa łyki polskiej muzyki, czyli nowa, jakże smakowita, pani Renata. Tytułowy utwór z płyty „Odjazd”. Rok 2009. Smacznego!

Miś wiecznie żywy

Rzeczywistość udowadnia, że absurdalnych sytuacji do uwiecznienia na filmowej taśmie mamy dziś pod dostatkiem. Problem w tym, że Bareja był tylko jeden.

W 80. rocznicę urodzin Stanisława Barei – najwspanialszego reżysera polskich komedii – ukazała się książka Macieja Replewicza „Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła”. Z tej niesztampowej biografii dowiadujemy się, że Bareję życie nie rozpieszczało. Za sprawą czujnych cenzorów, dyspozycyjnych dziennikarzy i „życzliwych” kolegów po fachu, napotykał on na ciągłe przeszkody. Cenzorskie nożyce okrajały kolejne sceny jego kolejnych filmów. Szczęścia nie miały także i telewizyjne seriale, które miast bawić widzów przez lata zalegały na półkach. Reżyserowi zarzucano nie tylko niechlujstwo warsztatowe, ale – w co trudno dziś uwierzyć – także mało wybredny dowcip.

„Chyba w ogóle dlatego zostałem reżyserem, by móc robić komedie” – mówił w jednym z wywiadów Bareja. Dziś, 22 lata po Jego śmierci, polska kinematografia cierpi na chroniczny brak komedii. Współczesne wyroby komediopodobne z prawdziwymi komediami mają tyle wspólnego, ile peerelowskie wyroby czekoladopodobne miały z prawdziwą czekoladą. Rodzime produkcje rażą więc swoją bylejakością, wulgarnym językiem, a nade wszystko brakiem dowcipu. Komedie, które nie śmieszą i nie bawią – czyż może być coś bardziej ponurego?

Stanisław Bareja, co zgodnie podkreślają jego przyjaciele, był znakomitym obserwatorem. Hanna Kotkowska-Bareja, żona reżysera: „Zawsze najbardziej inspirowała go rzeczywistość (...), w jego filmach znalazły się więc fragmenty naszego życia – miejsca, sytuacje, wydarzenia, często też przedmioty”. Twórców współczesnych polskich „komedii” otaczająca rzeczywistość – nie wiedzieć dlaczego – w ogóle nie inspiruje. Absurdów i nonsensów godnych uwiecznienie na filmowej taśmie tak jak nie brakowało w PRL-u, tak nie brakuje i dzisiaj. Także tu, w „polskim Londynie”.

Rocznica urodzin Stanisława Barei wydaje mi się dobrą okazją do przypomnienia mojej ulubionej barejowskiej historyjki z miasta Londyn.

Pewnego razu wybrałem się z małżonką osobistą na filiżankę kawy do kawiarenki „Maja” w POSK-u. Po chwili, do naszego stolika, dołączyła grupa znajomych, którzy mieli ochotę napić się polskiego piwa. Niestety, okazało się, że ów trunek podaje się tu wyłącznie do… ciepłych posiłków. Zaskoczeni tą informacją postanowili – mimo iż głodu specjalnie nie odczuwali – zamówić trzy porcje zupy. Na nic to jednak się nie zdało! Zupa bowiem nie zalicza się w tym lokalu do „piwnej” kategorii. W tym miejscu nie sposób nie zacytować słynnego dialogu z – jak się kolejny raz okazuje – nieśmiertelnego „Misia”:
Kelnerka: Dwie kawy i dwie wuzetki. I co jeszcze?
Ola (do kelnerki): Dlaczego dwie kawy i dwie wuzetki?
Kelnerka: Kawa i wuzetka są obowiązkowe dla każdego. Bijemy się o „Złotą patelnię”.
Miś:
Dobrze, pani pozwoli dwa razy zestaw obowiązkowy.

Smacznego!

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Jest wiele powodów, dla których słucham Trójki. Jednym z nich jest to, że tylko tam można usłyszeć dźwięki, które w tej oto chwili Szanownemu Państwu serwuję.

Pan Fred Chichin na gitarze, Pani Catherine Singer przy mikrofonie, czyli francuski duet Rita Mitsouko. Pieśń „Marcia Baïla” z roku 1985. Można – jakie tam można – należy nóżkami przebierać? Nie wiem jak Pani, nie wiem jak Pan, ale ja zabieram się właśnie do nauki kroków tanecznych w teledysku zaprezentowanych. Voila!

Nawarzyć piwa









„Napój alkoholowy o niskiej zawartości alkoholu uzyskiwany w wyniku alkoholowej brzeczki piwnej, otrzymywanej ze zbóż – głównie jęczmienia, bez destylacji” – tyle definicja. Encyklopedyczna regułka nie jest jednak wstanie oddać tego, co czeka na nas w browarze Fuller’s.

Brytyjczycy przywiązani są nie tylko do lewostronnego ruchu ulicznego, ale także do swojego piwa – mętnego, bez bąbelków, bez piany oraz podawanego w dość wysokiej temperaturze (około 12-14 stopni Celsjusza). Ten oryginalny napój to oczywiście tradycyjne „ale”. Na Chiswick warzy się je już od roku 1845, kiedy to trzech dżentelmenów: John Bird Fuller, Henry Smith oraz John Turner powołali do życia browar, który swoimi trunkami zachwyca do dziś.

Trzeba jednak pamiętać, że jeszcze niespełna czterdzieści lat temu, tradycyjne angielskie „ale” (czyli piwo górnej fermentacji uzyskiwane z mieszanki słodu zwykłego i skarmelizowanego) znajdowało się w całkowitym odwrocie. Na wyspach królowały wówczas piwa beczkowe, filtrowane. W 1971 roku zawiązała się pozarządowa organizacja CAMRA (Camping for Real Ale), której – zgodnie z nazwą – nadrzędnym celem było i jest nadal propagowanie owego niepowtarzalnego, niefiltrowanego piwa.

Amatorzy „ale” preferują przechowywanie piwa w beczkach, najlepiej drewnianych. W takiej beczce piwo zaszczepia się po raz drugi drożdżami i ostatni etap fermentacji często przebiega już w pubie. Oczywiście sposób ten wymaga wielkiego doświadczenia i wyczucia. Ważne też, by rozpoczętą beczkę opróżnić w ciągu jednego dnia – ponieważ po 24 godzinach, na wskutek dostępu tlenu, piwo zmienia smak. „Ale” źle znoszą rozlew pod ciśnieniem, więc do napełniania szklanek używa się wyłącznie ręcznych pomp.

W tym miejscu warto dodać, że z opublikowanego niespełna miesiąc temu raportu („Cask Report 2009/10”) wynika, że beczkowe „ale” cieszą się na wyspach coraz większą popularnością. W ostatnich miesiącach przybyło nie tylko nowych smakoszy tego gatunku (dane mówią o kolejnych 400 tys.), ale także pubów, gdzie serwuje się niefiltrowane piwa. Okazuje się bowiem, że w czasach kryzysu dużo lepiej radzą sobie te lokale, które miast lagerów (czyli piw dolnej fermentacji) oferują spory wybór piw „ale”. Wróćmy jednak na Chiswick.

Od wielu już lat browar Fuller, Smith and Turner plc organizuje wycieczki, podczas których piwosze (nie tylko z Wielkiej Brytanii) poznają sekrety warzenia wyśmienitych piw. Całkiem niedawno TataOliwki miał przyjemność (och jak wielką!) po browarze pospacerować. A wszystko dzięki koledze Grzegorzowi. Dzięki stokrotne!

„Piwo nie tylko trzeba umieć warzyć, ale także trzeba umieć je pić” – mówiła Jane, nasza znakomita przewodniczka, autorka książek, a przede wszystkim wielka pasjonatka piw górnej fermentacji Według niej charakterystyczne brzuszyska będące znakiem rozpoznawczym piwoszy, biorą się nie tyle od litrów wypitego trunku, ile od braku ruchu. „Pij piwo, ciesz się jego smakiem, ale także ruszaj się, dbaj o kondycję” – przekonywała zerkając w moją (dlaczego, ach dlaczego?) stronę.

Zwiedzanie browaru na Chiswick kończy się, i tu chyba nie będzie żadnej niespodzianki, degustacją piw. A jest co degustować! Dziś browar na Chiswick warzy 12 różnych piw (ESB –Extra Special Bitter, HSB – Horndean Special Bitter, London Pride, Golden Pride, Organic Honey Dew, London Porter, Chiswick Bitter, 1845, Vintage Ale, Discovery, Seafarers Ale, Brewer's Reserve). Do tego dochodzi kilkanaście piw sezonowych: np. teraz, w grudniu oczekuje nas Jack Frost.

Po godzinnym oglądaniu ogromnych beczek i zbiorników wypicie świeżego piwa trudno porównać z czymkolwiek innym. W podziemiach browaru, w których zgromadzono także historyczne pamiątki, każdej napełnionej szklaneczce towarzyszyła również fascynująca opowieść Jane: o chmielu, jęczmieniu, wodzie i drożdżach. Tak proste składniki, a tak niezwykły produkt końcowy. Mniam!

Po powrocie z wycieczki małżonka osobista mego entuzjazmu podzielić jednakowoż nie chciała. Skandal!

piątek, 4 grudnia 2009

Kino na dobry dzień



Bardzo lubię oglądać filmy. Mam nadzieję, że Szanowne Państwo również. Jeśli tak, to z radością niekłamaną zapraszam do pierwszej odsłony „Kina na dobry dzień”. W naszym kąciku kinematograficznym serwować będziemy wyłącznie (nadzieja pierwsza) filmy inteligentne i wielce pogodne. I choć krótkie, to (nadzieja druga) wystarczą, by w nastrój zasadniczo optymistyczny widownię wprowadzić. Popcornu, póki co, nie podajemy. Akcja!

czwartek, 3 grudnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Dobre, bo polskie (choć w mowie innej, to cała reszta absolutnie nadwiślańska). Pani nazywa się Natalia Fiedorczuk (wcześniej znana m.in. z Happy Pills) i właśnie wydała swój debiutancki album „Nathalie and the Loners”. Utwór „Poster Guy”. Smacznego!

Zapowiedź



Już za chwilę, już za momencik startujemy z własnym przedsiębiorstwem usługowym, czyli wytwórnią zdjęć ślubnych. My, czyli TataOliwki oraz Ben – przesympatyczny mąż mojej przesympatycznej nauczycielki od angielskiej mowy. Wierzę, że będzie cudnie, pięknie i uroczo. No to może na dobry początek obrazek, który będzie otwierał naszą stronę dablju-dablju-dablju. Stronę, której patronuje (dosłownie!) Panna Oliwa. Szczegóły już niebawem…

środa, 2 grudnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Pan nazywa się Micah P. Hinson i głos ma taki, że słuchać mogę wyłącznie z rozdziawioną paszczą. Weźmy na ten przykład pieśń „Beneath the Rose” z roku 2004. Smacznego!

Teatr absurdu

W polskiej prasie wydawanej w Londynie już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć? A guzik! Na łamach tygodnika „Panorama” ukazał się oto felieton „Mój głos w obronie BNP”. Choć trudno w to uwierzyć, Autor – jak sam podkreśla: imigrant – zabrał się za peany ku czci prawicowych ekstremistów. Równie dobrze mógłby na wyspie ludożerców zostać zwolennikiem kanibalizmu.

Nie mylił się Albert Einstein mówiąc, że ludzka głupota jest nieskończona. Słowa wielkiego fizyka mogłyby być jedynym, i jakże trafnym!, podsumowaniem wspomnianego felietonu. Problem jednak w tym, że rzecz nie tyczy się zapisków umieszczonych na ścianie miejskiego szaletu. Skoro dziennikarze polskiej prasy stają w obronie nacjonalistycznej demagogii, pozwoli Szanowne Państwo, że i ja głos w owej sprawie zabiorę.

Autor wspomnianego felietonu twierdzi, że przeciwko British National Party protestują wyłącznie „nawiedzeni lewicujący postępowcy”. Ani nie jestem nawiedzony (w razie wątpliwości służę odpowiednim zaświadczeniem od księdza proboszcza), ani nie jestem jakoś wyjątkowo lewicujący, o ciągotkach w stronę postępu nie ma już nawet co wspominać. Na szczęście rzeczywistość nie jest tak uboga (by nie rzec prostacka) jak widzi to dziennikarz „Panoramy”. Brytyjska Partia Narodowa jest partią skrajnie nacjonalistyczną, w szeregach której nie brakuje ludzi otwarcie przyznających się do ksenofobicznych i rasistowskich poglądów. Takie są fakty.

Jest więcej niż absurdem, by gazeta tworzona przez imigrantów występowała w obronie partii, która na swych sztandarach wypisaną ma pogardę do… imigrantów. Albo mamy do czynienia z daleko posuniętą schizofrenią, albo z elementarnym brakiem wiedzy i nieznajomością faktów.

Obrońca BNP pisze, że Nicka Griffina, lidera partii, „nie można nazywać niedouczonym kretynem”. Jak zatem nazwać kogoś, kto publicznie stwierdził, że zagłada Żydów to „mieszanina alianckiej propagandy wojennej, kłamstwa przynoszącego wielkie korzyści i polowania na czarownice”? Polski dziennikarz apeluje również, by szlachetnego i prawego Griffina nie porównywać do Andrzeja Leppera. A dlaczegóżby nie porównywać? Obydwaj osiągnęli mistrzostwo w straszeniu współobywateli. Obydwaj to skrajni populiści i demagodzy. W końcu i jednym, i drugim zbyt wiele uwagi poświęcały/poświęcają opiniotwórcze media. Gorzka prawda jest taka, że to dziennikarze ponoszą część odpowiedzialności za to, jak daleko zaszedł Lepper. Ten ludowy trybun umiejętnie bowiem wykorzystał zainteresowanie, jakim nagle obdarzyły go polskie media. Miast ignorować jego populistyczny bełkot, dziennikarze ochoczo nadstawiali mikrofony i kamery. W życiodajnym świetle telewizyjnych reflektorów urósł nam Lepper aż do rangi wicepremiera. Dopiero wówczas słychać było głuche odgłosy bijących się w piersi. Szkoda, że tak późno…

Nick Griffin również wie, jak wykorzystać swoje pięć minut. Po występie w programie „Question Time” notowania BNP gwałtownie wzrosły. Specjaliści od politycznego marketingu publicznie ogłosili, że po debacie w BBC partii przybyło 3 tys. nowych członków. Skrajności i kontrowersje, to przecież ulubiona pożywka dzisiejszych mediów. Tego podobno oczekują sami widzowie. Dziennikarze, są przecież bez winy. Oni przecież tylko informują…

Czerwcowe wybory do europarlamentu pokazały, że wielu krajach Europy jest dziś przyzwolenie na rasizm i ksenofobię. Poselskie mandaty trafiły w ręce prawicowych ekstremistów z Wielkiej Brytanii, Austrii, Włoch, Holandii, Finlandii, Rumunii, Węgier. „Gdy ludzie tracą pracę, nie mogą spłacić kredytów, boją się eksmisji z domu, proste rozwiązania znów są w cenie. A szczególnie takie, które głoszą wrogość do obcych” – mówił niedawno Josef De Witte, szef Centrum Równych Szans w Brukseli. Jak sam przyznał, w jego kraju od początku roku liczba aktów antysemickich zwiększyła się czterokrotnie w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Mistrzowie kanalizowania gniewu społecznego swoich obrońców, jak się okazuje, mają również w środowisku przeciwko któremu otwarcie występują. Tego nie wymyśliłby nawet Mrożek.