Na dobry początek:
[Miś nadaje na poczcie telegram]
Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.
Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.
Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!
Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
Miś: Londyn - miasto w Anglii.
Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!
Miś: No mówię pani właśnie.
Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.
Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.
Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!
Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
Miś: Londyn - miasto w Anglii.
Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!
Miś: No mówię pani właśnie.
Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
niedziela, 6 lipca 2008
Dźwięki na dobrą noc
Lenistwo w połączeniu z wietrzno-deszczową pogodą sprawiły, że zostaliśmy dzisiaj w domu. A plan był taki by wybrać się na „London Bossa Nova Festival”. Trudno, może w przyszłym roku.
W muzyce lubię bezpretensjonalność, szczerość i radość tych, którzy ową muzykę tworzą/wykonują. A utwór „Águas de Março” jest dla mnie kwintesencją owej radości właśnie. Antonio Carlos Jobim i Elis Regina z płyty „Elis & Tom”. Rok 1974. Smacznego!
Wycieczka





Żonka w pracy (znowu!) więc myszy harcują. Niecała godzina jazdy pociągiem i już byliśmy na miejscu. Sevenoaks, 20-tysięczne miasteczko było celem naszej wczorajszej podróży.
Najsampierw uczestniczyliśmy w Dniu Otwartym nowej polskiej szkoły. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tam panna O. będzie pobierała nauki mowy ojców. I choć w Londynie działa kilkanaście tzw. szkół sobotnich (Polskie Szkoły Przedmiotów Ojczystych), to jednak pozostawiają one, przynajmniej dla mnie, wiele do życzenia. Od ponad pół wieku kontrolę nad nimi sprawuje Polska Macierz Szkolna i tu właśnie leży pies pogrzebany. Wielu członków tej organizacji mentalnie tkwi, niestety, jeszcze w latach 50-tych ubiegłego wieku. W czasach, kiedy polska emigracja tworzyła zwartą, a co najważniejsze – bardzo prężną i aktywną grupę. Czasy się zmieniły, ale nie wszyscy to zauważyli. Bogoojczyźniane zapędy są mi wyjątkowo dalekie. Radiomaryjna retoryka tym bardziej. Nie chciałbym więc, by pannę O. polewano takim stęchłym sosem. Dlatego myślę o szkole w Sevenoaks, którą prowadzić będą ludzie młodzi, otwarci, niezależni od Polskiej Macierzy Szkolnej, wolni od myślenia kategoriami „Polska Chrystusem narodów”…
Po szkolnej zabawie, którą Oliwa opuszczała z licem przyozdobionym aniołkowym malunkiem, udaliśmy się jeszcze na kilkugodzinny spacer. Urocze, zadbane uliczki. Bez tłoku, bez hałasu, bez zabieganych ludzi – czyli idealne przeciwieństwo Londynu. No i trafiliśmy jeszcze do „Knole” – tysiąchektarowego parku na skraju miasteczka. Sarny i jelenie na wyciągniecie ręki – dosłownie! Panna O. omal nie zemdlała z zachwytu. Biegała za zwierzyną parzystokopytną, karmiła trawą, ba, nawet i dyskutowała. Radość pierwszej wody.
A w drodze powrotnej, już w pociągu, zrobiłem Oliwie zdjęcie, od którego oczu oderwać nie mogę. Może dlatego, że w odbiciu szyby pojawiła się druga panna O. A wiadomo nie od dziś – co dwie Oliwy, to nie jedna...
sobota, 5 lipca 2008
Dźwięki na dobrą noc
Szef kuchni serwuje dzisiaj danie polskie. Ach, cóż za wyborne menu! Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, czyli nieśmiertelny "Kabaret Starszych Panów". Smacznego!
Przyjemne z pożytecznym



Wczorajsze popołudnie spędziłem w szkole panny O. Przez blisko dwie godziny rozweselona szarańcza oddawała się beztroskiej zabawie. Mogli przyjść też rodzice, więc z radością niekłamaną pojawiłem się tam i ja.
Obok licznych gier i zabaw, na szkolnym boisku ustawiono kramy (jak jak lubię to nieco zapomniane słówko) z używanymi książkami i zabawkami. Były też ciasta (nie używane) i pyszne soki (również pierwszej świeżości). Wszystko kosztowało małe co nieco więc zaopatrzyliśmy się z Oliwą w:
a/ lalkę z kruczoczarnymi włosami
b/ książkę zwierzęco-obrazkową
c/ książkę z apetycznymi przepisami apetycznego Jamiego Olivera
d/ słodyczy co niemiara (w sumie znowu nie taka niemiara, bo za nim doszliśmy do domu wszystko przez pannę O. zostało skonsumowane; gdzie ona to zmieściła –
pojęcia zasadniczo nie mam)
e/ gwiazdkowy malunek na twarzy (szt. 1, bo Tata Oliwki namówić się nie dał)
Całkowity dochód z wczorajszej imprezy szkoła przekaże na hospicjum św. Tomasza.
piątek, 4 lipca 2008
Dźwięki na dobrą noc
Jeden z zamieszczonych dzisiaj komentarzy zachęcił mnie gorąco do wprowadzenia nowej, świeckiej tradycji. W „Dźwiękach na dobrą noc” Szanowne Państwo będzie mogło - o ile takową chęć przejawi - posłuchać tego, co lubię, cenię i podziwiam. Pieśni różne i różniaste.
Na dobry początek – RADIOHEAD. Utwór „Jigsaw Falling Into Place” z płyty „In Rainbows”. Smacznego!
Językowy potworek

Poeta chciał, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Słysząc jednak polszczyznę niektórych moich rodaków, dochodzę do smutnego wniosku, że dziś myślenie zdaje się być towarem deficytowym.
We wczorajszym numerze londyńskiego „Metra” (bezpłatny dziennik o ponad milionowym nakładzie) zamieszczono informację, którą Szanowne Państwo może przeczytać na załączonym obrazku. Choć o „pongliszu” pisały już niektóre polonijne gazety, wczorajsza notatka zachęciła mnie to zamieszczenia słów kilku, tudzież kilkunastu.
Wydawany w Londynie polski tygodnik „Cooltura” (proszę wymawiać tak, jak napisane; z paryską „Kulturą”, owe pisemko nie ma oczywiście nic wspólnego) zmieścił czas jakiś temu artykuł opisujący język, jakim posługują się młodzi polscy imigranci. Zdaniem wielokrotnie cytowanej w tym tekście dr Ewy Dąbrowskiej, powiedzenie: mam dzisiaj offa jest formą bardziej użyteczną niż mam dzisiaj dzień wolny od pracy, bo pozwala szybciej przekazać tę samą treść. Nic to, że sformułowanie mam dzisiaj offa jest karykaturą poprawnej polszczyzny. Według dr Dąbrowskiej ważniejsza jest szybkość niż jakakolwiek językowa poprawność. Rady pani D. bardzo przypadły do gustu dziennikarzom redakcji „Cooltury”, bo kilka tygodni później dowiedziałem się z łamów tej gazety, że koncerty są – uwaga pyszny cytat – eventami emocjonalnymi, gdyż jest to sytuacja tzw. live. Czy taka właśnie ma być współczesna polszczyzna?
Użyteczność wcale nie musi oznaczać braku poprawności! W języku polskim nie brakuje oczywiście zapożyczeń z innych języków, ale – jak podkreśla chociażby sympatyczny prof. Jan Miodek (proszę nie mylić z występującym na tym blogu prof. Dżonem Mniodkiem) – zgodnie z zasadami polskiej ortografii i gramatyki. Zdaniem tego językoznawcy, anglicyzmy nie są niczym złym, o ile, używamy ich w poprawnej formie i, co równie ważne, z umiarem. Podobnego zdania jest prof. Andrzej Markowski, dyrektor Instytutu Języka Polskiego Wydziału Polonistyki UW. Zwraca on uwagę, że zapożyczeń znaczeniowych z języka angielskiego jest we współczesnej polszczyźnie coraz więcej, ale – co niezwykle istotne – „pożyczony sens można zawsze oddać istniejącymi wyrazami polskimi”.
Niestety rażąco głupich przykładów językowego braku poprawności mamy w Londynie (nie wiem jak to wygląda w innych częściach Wysp) znacznie więcej. Dla takiego niechlujnego, a przede wszystkim właśnie bezmyślnego mówienia ukuto przywołaną już nazwę – „ponglisz”. W największym skrócie ów nowy „język” opiera się na używaniu słów-hybryd, o angielskim rdzeniu i z polskimi końcówkami. „Przyjedź lepiej tubą bo teraz jest bik trafik a ja mam offa, to skoczymy sobie na szoping i wydamy trochę keszu” – tak właśnie wygląda „pongliszowe” zdanie. Niestety ten językowy potworek rośnie jak na drożdżach. Karmiony ignorancją i pojony bezguściem sprawia nie lada radość swoim gorliwym użytkownikom. „Pongliszowe” paskudztwo rozprzestrzenia się w najlepsze, bo mówi i pisze się o nim jak o czymś zupełnie normalnym i naturalnym zarazem (patrz przykład „Cooltury).
Wśród młodych Polaków nie brakuje również takich, którzy po kilkumiesięcznym pobycie w Wielkiej Brytanii z rozbrajającą szczerością wyznają, że… zapomnieli już niektórych słów w ojczystym języku. Coraz częściej słyszę więc: „byłem dziś w pracy bardzo busy” („zapracowany” to przecież takie staromodne słowo), „miałem krótki break” (ktoś jeszcze pamięta o „przerwie?), „czeka mnie poważne interview” (któż by zawracał sobie głowę „rozmową kwalifikacyjną”). Podobnych, zasłyszanych przykładów można, niestety, mnożyć.
Innym problemem jest także to, że niektórzy polscy rodzice do swoich polskich dzieci starają się mówić również, a niekiedy – o zgrozo! – przede wszystkim po angielsku. Ja na ten przykład z moją prawie pięcioletnią damą w językowe szranki i konkury stawać nawet nie zamierzam. Panna O. kładzie mnie zwyczajnie na łopatki (wstyd Tato Oliwki, wstyd). Słyszałem już jednak wielokrotnie dziarskich rodziców, którzy przekonani o swoich lingwistycznych zdolnościach katują swoje pociechy koszmarną angielszczyzną. Jednym słowem – katastrofa.
Na zakończenie zatem apel, wygłoszony przed laty do amerykańskiej Polonii przez mojego ulubieńca, prof. Jana Miodka. Dziś można te słowa spokojnie przekazać niektórym Polakom w Wielkiej Brytanii: „Kochani rodzice, nie wygłupiajcie się, bo nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak jesteście groteskowi, kiedy do swoich dzieci, które już chodzą do amerykańskiego przedszkola albo szkoły, mówicie po angielsku. A one, te dzieci, się z was śmieją. Rodzice, i jest to całkowicie fałszywe mniemanie, chcą tym swoim dzieciom pomóc, ułatwić życie. A one i tak po trzech tygodniach zabawy w piaskownicy z całego waszego domu będą najlepiej posługiwały się językiem, który wy do końca życia w jakimś stopniu będziecie kaleczyć. Mówcie, na miły Bóg, do nich w domu po polsku! Nie marnujcie szansy! Wasze dzieci mogą być cudownie dwujęzyczne!”.
I co tu więcej dodawać? Chyba tylko: chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie, strząsa skrzydła z dżdżu, a trzmiel w puszczy, tuż przy Pszczynie, straszny wszczyna szum…
czwartek, 3 lipca 2008
Cytrynowy lament

Wychodzę z założenia, że Szanowne Państwo jest nie tylko pełnoletnie, ale co więcej – także i odpowiedzialne. Skoro tak, to mogę szczerze wyznać, że lubię między innymi:
a/ gorzką żołądkową z sokiem grejpfrutowym i dużą ilością świeżych cytryn
b/ gin z tonikiem i dużą ilością świeżych cytryn
c/ czystą wódkę z sokiem grejpfrutowym i dużą ilością świeżych cytryn
Alkohol lubi cytrynkę, cytrynka lubi alkohol, Tata Oliwki lubi zaś jedno i drugie (w rozsądnych ilościach, rzecz jasna, wszak jestem odpowiedzialnym małżonkiem i ojcem w jednej osobie…).
Kilka tygodni temu „Daily Mail” doniósł, że na Wyspy nadciąga cytrynowy problem. Sprawa ważna, jak się okazuje nie tylko dla mnie, ale także dla całej masy cytrynowych rodaków. Polak, nie wielbłąd, coś tam od czasu do czasu wypije („od czasu do czasu” – pięknie pozwiedzane...) więc sprawę przypomniał również portal „londyn.gazeta.pl”. Krótko. Okazało się, że w gorących krajach wcale tak gorąco nie było i rzeczone cytryny nie urosły należycie. Jeszcze 12 miesięcy jedna cytryna kosztowała tu, w Londynie, kilkanaście pensów. Dziś kosztuje tych pensów niekiedy i 30 (na ten przykład w sklepiku u naszego Hindusa pana). Nie dość, że drogo to soczystość jakby nie ta. A ma być jeszcze gorzej! Znaczy się cytryn w sierpniu po prostu zabraknie. Katastrofa!
W pokoiku panny O. stoi kilka pudełek z zabawkami. A gdyby tak uszczuplić nieco ich zawartość i w miejsce klocków, misiów, koników, lalek i cudaków wszelakich umieścić mały zapas cytryn właśnie? Jest to jakieś rozwiązanie, nieprawdaż? Ciekawe tylko jak na ów pomysł, nie bójmy się tego słowa – błyskotliwy, zareagują moje panie…
A wczoraj w drodze do pracy, moim oczom ukazał się widok, który pozwoliłem sobie zarejestrować także i dla Szanownego Państwa. Wódka Wyborowa angielski rynek podbić zamierza. Na razie rozkleili od groma plakatów. Może i cytryny zaczną rozdawać?
W oczekiwaniu na wyniki sprzedaży rzeczonego trunku polecam garść przepisów, które mają być na Wyspach drinkowym hitem tego lata. Wyborowa, jak widać, też tam jest. Hmmm, ale to wszystko apetycznie wygląda…
http://www.dailymail.co.uk/moslive/article-1023060/Summer-remix.html
Tłumaczenie przepisów, o tu właśnie:
http://londyn.gazeta.pl/londyn/1,86059,5417911,Najmodniejsze_drinki_tego_lata___prosto_z_Londynu.html
***
A kolega Zyga wódkowym wpisem znowu będzie niepocieszony i ustawę o wychowaniu w trzeźwości przypomni pewnikiem. Niech kolega nie przypomina tylko polskie cytryny przysyła! Najlepiej te z Suwalszczyzny.
środa, 2 lipca 2008
Buraczane radio
Jerzy Waldorff zwykł mawiać, że muzyka łagodzi obyczaje. Gdyby jednak dane było mu posłuchać radia PRL24 z pewnością rychło zmieniłby zdanie.
A było to tak. Wczoraj, porą zasadniczo wieczorową, gdy panna O. właśnie zażywała orzeźwiającej kąpieli, zacząłem przeglądać polskie portale internetowe na Wyspach. A jak już zacząłem co nieco czytać, to pomyślałem, że warto by i muzyczki jakowej przy tak zwanej okazji posłuchać. Skoro wyspiarskie portale, to może i internetowe Polskie Radio Londyn – pomyślałem. I myśl rychło w czyn przemieniłem. Było to jednak jedno z tych posunięć, po wykonaniu którego chcielibyśmy stać się szczęśliwymi posiadaczami wehikułu czasu. Niestety czasu cofnąć się nie dało.
Słuchałem i cierpiałem. Cierpiałem, bo cierpieniem swym chciałem z Szanownym Państwem dziś się w całości podzielić (Nazywam się Milion – bo za miliony Kocham i cierpię katusze…). Cierpiałem wytrwale, by ostrzec i cierpień podobnych innym oszczędzić (zuch!). Chcę jednak wierzyć, że wiernych słuchaczy tego radiowęzła doprawdy jest niewielu. Jeśli jest inaczej, znaczy – emigracyjna masa na duchu upada. Upada i natychmiastowej pomocy potrzebuje.
Internetowy PRL niczym nie różni się od tego, który pamiętamy nie tylko z książek do historii. Jest tandetny i toporny. Mierny i mizerny. Koszmarny i nijaki. Jednym słowem – buraczany. Muzyki, którą wczoraj didżej pan serwował z gracją iście peerelowską, z pewnością nie powstydziłaby się żadna z polskich remiz strażackich. Dzięki łączom internetowym potańcówki Kół Gospodyń Wiejskich nabiorą nowej jakości! PRL24 z dalekiego Londynu idealnym źródłem zakładowych dancingów! Niech żyje! Niech gra! Hura! Hura! Hura!
Dźwiękowa papka, którą serwuje rzeczone medium trudno nawet nazwać muzyką. Jeśli do tego dodamy konferansjerkę na poziomie gimnazjalnego radiowęzła mamy nieco wyraźniejszy obraz (fonii zasadniczo lepiej unikajmy). Kto tego słucha na co dzień? Nie wiem i chyba wiedzieć nawet nie chcę.
Bolesne było to wczorajsze spotkanie z peerelowską bylejakością, oj bolesne. Dobrze tylko, że panny O. nie było w tym czasie koło papy. Dziecko niechybnie noc miałoby niespokojną i sny raczej niesympatyczne. A papa, by dojść do siebie, do szklanki wrzucił dwa plastry cytryny. Potem garść lodu, wódeczki zmrożonej (kropelkę, no może dwie) i soku grejpfrutowego odrobinę. Wszystko staranie wymieszał, łyknął raz, potem drugi. Uśmiechnął się, odetchnął, o buraczanym radiu rychło zapomniał.
Zdjęcie: hejnalistów było wielu. Jak widać, nie tylko w Krakowie…
wtorek, 1 lipca 2008
Gówno prawda
Dobra wiadomość to zła wiadomość – ulubione hasło sporej grupy mass mediowego (pół)światka cieszy się niesłabnącą popularnością. Przemoc, katastrofy, klęski, wypadki, niepowodzenia i nieszczęścia – oto sprawdzony przepis na dobry (czyt. poczytny) news. Rzeczy dobre, pozytywne, uczciwe i szlachetne (jakkolwiek staroświecko by to brzmiało) spychane są na dalsze strony. Ściśnięte między reklamami, wydrukowane małą czcionką, tak, jak by ich ktoś się wstydził; zamieszczone z przymusu dla najbardziej wytrwałych czytelników.
Krew była się we mnie zagotowała, gdy na portalu „gazeta.pl” zobaczyłem wczoraj tytuł: „Londyn i Belfast – lepiej nie wychodź po zmroku”. Hieny ruszyły na żer – pomyślałem. W przywołanym tekście pani dziennikarka opisuje swoje nocne podróżowanie z policjantami w Londynie i Belfaście. Sprawnie i ciekawie to napisane, ale śmiało można by w miejsce „Londyn” wstawić „Warszawa”, „Belfast” zaś wymienić na „Poznań”. Włos na głowie się nie jeży, ciarki po plecach nie przechodzą, grozy i strachu tu żadnego. Ot, kolejna noc w wielkich miastach. Po jaką więc cholerę ów, nie mający z treścią artykułu nic wspólnego, tytuł „Londyn i Belfast – lepiej nie wychodź po zmroku” było zamieszczać?
Czytelnik tekstu nie przeczyta, bo i po co. A jak niechcący przeczyta, to i tak tylko tytuł zapamięta. Mamy i ojcowie polskich emigrantów drżą z przerażenia, martwią się o swoje pociechy, krótkie wiadomości tekstowe ślą na potęgę. Barykaduj się Jasiu! Po 18.00 nikogo do domu, Zosiu, nie wpuszczaj! Z Londynu, Mietku, czym prędzej uciekaj! Ratuj się kto może! Kryminaliści i element podejrzanej proweniencji na każdym rogu! Wiemy lepiej, bo w „gazecie” piszom…
Daleki jestem od mówienia, że Londyn jest najbezpieczniejszym miastem na ziemi. Bo nie jest. Pisanie jednak „Londyn i Belfast – lepiej nie wychodź po zmroku” jest zwyczajnym nadużyciem. To idealny tytuł dla brukowców, dla żądnych krwi i igrzysk owych brukowców czytelników. Takie pisanie to, Państwo Szanowne raczy wybaczyć, gówno pisanie. To zakłamywanie rzeczywistości. To oszukiwanie Czytelników. To coś, z czym ja się nie zgadzam i głośno na znak protestu nóżką tupię! (Nogi, nogi, setki nóg/ Tupią, tupią, tup, tup, tup/ Nogi, nogi, setki nóg/ Tupią, tup, tup – zaskoczenie kompletne: zespół „Maanam” na blogu. Przepraszamy za usterki).
W Londynie, jak w każdym mieście na świecie, bandytów, niestety, nie brakuje. Dziś, według ostrożnych szacunków mieszka tu ponad 10 milionów ludzi (włączając w to przedmieścia i nielegalnych imigrantów). To więcej niż w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Szczecinie, Bydgoszczy, Lublinie i Katowicach razem wziętych (10 największych pod względem ludności miast w Polsce). Czy statystycznie w tych wszystkich miastach jest mniej przestępstw niż w Londynie? Śmiem wątpić. Nikt jednak nie zachęca Polaków do pozostania w domach po zachodzie słońca. Życie toczy się nadal. I tam i tu.
Świat, na całe szczęście, nie jest czarno-biały. Irytują mnie te dwubiegunowe uproszczenia, uogólnienia. My – porządni, uczciwi, pracowici, rzetelni, inteligentni, spokojni Polacy. Oni (w tym wypadku Anglicy) – jakby całkiem odwrotnie. Polskie miasta najbezpieczniejsze z bezpiecznych. Tam, czyli tu – lepiej nie wychodź po zmroku...
Ks. Józef Tischer rozróżniał trzy prawdy: świnto prawda, tyz prawda i gówno prawda. Tytułowi z „gazety.pl” najbliżej do tej trzeciej. Niestety.
***
A co to za zdjęcie? – zapyta Pani, zapyta Pan. Spieszę z wyjaśnieniami: Z narażeniem życia wykonałem je czas jakiś temu. Czy stróżom prawa uda się poskromić groźnego pirata drogowego? Czy matki z dziećmi powrócą na londyńskie skwery? Ile ofiar pochłonie jeszcze wiekowy automobilista? Kiedy nad Tamizą znów będzie spokojnie? Na te i inne, równie dramatyczne pytania, szukaj odpowiedzi w kolejnym odcinku „Koszmarnie-hiper-super-mega-maxi niebezpiecznym życiu w Londynie”. Serial oparty na faktach autentycznych (a jakże!) rejestrowany ukrytą kamerą (a co!) tylko w Telewizji Polskiej (no gdzieżby indziej!). Wyłącznie dla widzów o mocnych nerwach.
***
Po napisaniu tego wszystkiego, co powyżej (a przed zamieszczeniem na blogu), otworzyłem skrzynkę poczty w komputerze mym. A tam list z redakcji… „gazety.pl”. Cytuję (z niekłamaną satysfakcją i wypiekami na twarzy): Prowadzi Pan bardzo ciekawego bloga, dlatego z przyjemnością dodaliśmy go do listy blogów polecanych na głównej stronie gazeta.pl Londyn(…). No i masz Ci babo placek. „Gówno prawdą” to ja sobie, delikatnie rzecz ujmując, punktów zbyt wielu tam nie nabiję. Dodali, ale co teraz? Kariera (jak mniemam rychła i spektakularna) w „gazecie.pl” przeleciała mi koło nosa. Aj! Oliwka będzie niepocieszona.
poniedziałek, 30 czerwca 2008
Emocje








Wczoraj byłem przyczajonym tygrysem i ukrytym smokiem w jednej osobie. Otóż zanim wesołą kompaniją udaliśmy się do państwa Karasiów na telewizyjny finał z mistrzostw Europy w piłce kopanej (Ole Ole Ole, Caramba i takie tam) oglądałem z panną O. bajkę. Oglądałem to jednak może zbyt mocno powiedziane. Zerkałem więc. No, ale jak Szanowne Państwo pozna tytuł owej bajki, to wierzę, że Państwo zrozumie dlaczego tylko zerkałem. A więc: „Barbie i 12 Tańczących Księżniczek”. Siostra ma jedyna obdarowała swego czasu siostrzenicę swą jedyną ową bajką, nie bójmy się tego słowa – różową. Różową, to jest wszystko co ja, ojciec troskliwy, rzec na temat owej bajki mogę. Całą resztę niech Szanowne Państwo dopowie sobie samo.
Wróćmy jednak to przyczajenia i ukrycia. Otóż, gdy landrynkowy róż z ekranu zemdlił mnie był dość znacznie, sięgnąłem po aparat fotograficzny marki N. A gdy sięgnąłem, pozycję przyczajoną i ukrytą z gracją przyjąłem. Efekt owego przyczajenia w ośmiu odsłonach Państwu przedstawiam.
„Barbie i 12 Tańczących Księżniczek” dla czteroletniej (gwoli ścisłości: za 44 dni już pięcioletniej) panny O. to są emocje trudne do opisania. Więcej powiem, to są emocje, z którymi mierzyć się nie sposób. Niech zatem przemówią fotografie. Przemawiamy! (to tubalny głos fotografii). Księżniczki tańczą, panna O. klaszcze, ojciec mdleje z przesłodzenia. Kurtyna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)