Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
wegedzieciak.pl

piątek, 9 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Blisko mojej szkoły (według małżonki osobistej – za blisko) znajduje się uroczy sklep muzyczny. Wstąpiłem więc tam dziś na chwilę, na momencik. No i kilka pięknych albumów zakupiłem (z tym większą radością, że w tej chwili płyty CD kosztują w mieście Londyn połowę tego, co kosztują w mieście Warszawa). Z dzisiejszego zestawu proponuję tercet z dalekiej Australii. W ubiegłym roku panowie wydali swoją drugą płytę – „ In Ghost Colours”. I z tego właśnie krążka „Hearts on Fire”. Panie proszą panów! Smacznego!

Co za jaja! (czyli opowieść raczej nie do śmiechu)


Cztery dni po świętach Bożego Narodzenia w angielskich sklepach pojawiły się… wielkanocne produkty. Czekoladowe zajączki i jajka już kuszą spragnionych klientów.

W pierwszej chwili pomyślałem, że to przedwczesny primaaprilisowy żart. Niestety, to prawda. Angielskie gazety poinformowały właśnie, że sklepy sieci Tesco wprowadzają już wielkanocny asortyment. Wszystko po to, by uprzedzić konkurencję.

Od wielu tygodni prasa na całym świecie donosi o tzw. kryzysie finansowym. Szaleństwo bożonarodzeniowych zakupów nijak się jednak miało do owego czarnowidztwa. Tutejsze sklepy kusiły wcześniejszymi niż zwykle wyprzedażami i promocjami. Tłumy rozpalonych klientów ochoczo sięgały więc po swoje karty kredytowe nie przejmując się zbytnio rosnącymi debatami. Najważniejsze by kupić. Najważniejsze by mieć. Najlepiej jak najwięcej.

Przedstawiciele sieci Tesco otwarcie przyznają, że z wielkanocnym asortymentem chcieli być pierwsi. Innymi słowy pierwsi chcą zarabiać pieniądze na głupocie klientów. Chętnych na czekoladowe zajączki i jajka podobno nie brakuje…

Jak mawiają przedsiębiorcy: biznes jest biznes. A że biznes, jak widać, potrafi być też głupi? Kogo to dziś obchodzi. Najważniejsze, że przynosi dochód! W roku ubiegłym ze świąteczną ofertą „błysnęła” na Wyspach inna sieć – Somerfield. Otóż Wielkanoc reklamowano tam jako czas… „narodzin Jezusa”. Ot, drobna „pomyłka”. Czy istotna? Zależy dla kogo.

Można się owym „świątecznym cyrkiem”, który z prawdziwymi Świętami nie ma przecież nic wspólnego denerwować, można go ironizować, można go w końcu ignorować. Najważniejsze jednak, by nie dać się zwariować. Zdrowy rozsądek jest dziś potrzebny jak chyba nigdy dotąd. Życzę go więc Szanownemu Państwu, i sobie przy okazji także, w tym roku jak najwięcej!

***
Oliwa rozczarowana. Po licznych przygodach i niepowodzeniach pan majster-klepka naprawił wczoraj piec. Ciepłość powróciła w całej swej przemiłej okazałości. A woda w wannie gorąca tak, że człowiek w ogóle nie chciał z niej wychodzić…

***
Nie zamieszczam czekoladowego zająca, nie zamieszczam również jajca żadnego. Bo i po co? Zamieszczam za to zimową pannę Oliwę, której zdrowego rozsądku, nie brakuje nic a nic…

czwartek, 8 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Właśnie układam listę albumów, które w najbliższym czasie drogą zakupu nabyć zamierzam. Uzbierało się tego, oj uzbierało. Z całą pewnością nie mogę pominąć zespołu Fleet Foxes i jego debiutanckiego albumu o tej samej nazwie. No a utwór „White Winter Hymnal” krąży mi po głowie ostatnio coraz mocniej i wyraźniej. Oto i on. Smacznego!

Na całej połaci śnieg…


Radości ciąg dalszy. Piec nadal nie działa więc Oliwa podskakuje do góry. Wczoraj na ten przykład najwięcej uciechy było z mycia się w misce. W pokoju, rzecz jasna, bo do łazienki wejść nie sposób.

A za oknem, jak Szanowne Państwo, widzi – zima w pełni. Zasypało nam wczoraj Londyn, oj zasypało. Prawie jak w kraju ojców. No tak, ale prawie robi dużą różnicę, czy jakoś tak…

No to może tyle ja. Organizm trzeba rychło ocieplić. Czy ktoś widział korkociąg?

środa, 7 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



W listopadzie roku ubiegłego amerykańska grupa The Killers nagrała swój trzeci album – „Day & Age”. No i z tej właśnie płyty jakże miły dla ucha utwór „Human” (bardzo popularna na Wyspach pieśń, ale przecież nie tylko tu; na ten przykład w ostatnim notowaniu listy przebojów radiowej „Trójki” utwór ten znalazł się na miejscu 1 ). Smacznego!

Odwieczne prawo natury



No i znowu „Miś” pasuje akuratnie bardzo na początek naszego dzisiejszego spotkania:

Palacz (do telefonu): Kotłownia, słucham! Moje uszanowanie dla pani Kierowniczki..

Głos z tłumu: Uwaga chłopaki! A teraz zaśpiewamy naszą piosenkę!

Tłum: Raz, dwa! Raz, dwa, trzy! Pięć, sześć, siedem! Osiem! Raz, dwa! Raz, dwa, trzy ! Pięć, sześć, siedem ! Osiem !

Palacz (do tłumu): Proszę chwilowo o spokój! Gdyż ADM do mnie dzwoni!

Palacz (do telefonu): Słucham pani kierowniczko. Tak jest. Aaaee... Aaaee... Pani kierowniczko... Pani kierowniczko, ja to wszystko rozumiem... Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima to musi być zimno! Tak? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury! Czy ja palę? Pani Kierowniczko! Ja palę przez cały czas! Na okrągło! Nie no, nie ma za co. Moje uszanowanie dla pani Kierowniczki! Moje uszanowanie!

***
Zima dotarła więc także do miasta Londyn. Oczywiście zima zimie nie równa. No bo weźmy na ten przykład mrozy w kraju nad Wisłą? To dopiero zima! Jednak i my narzekać nie możemy. Zwłaszcza w naszym domu.

Okazało się bowiem, że nasz piec wyzionął ducha na amen. Wczoraj więc nie było już nie tylko ciepłej wody, ale także i ogrzewania. Pan majster-klepka, części do pieca nie dostał więc na pocieszenie przywiózł nam dwa małe grzejniki elektryczne. Jeden na rodzinę...

Podobno części mają dotrzeć już dzisiaj. Największą radość z zimnych kaloryferów miała, rzecz oczywista, panna Oliwa. Nie spała bowiem w swojej norce, tylko w małżeńskim łożu rodziców. Taka mała, a tak się wierciła! No i kołdrę całą mi zabrała. Łobuz!

***
No to jeszcze dziewczyna z kalendarza..., czyli kolejny wyrób rękodzielniczy ze szkolnego klubu panny O.

wtorek, 6 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



W naszej kuchni muzycznych uniesień kolejna pani, o której – jak wieść gminna niesie – niebawem będzie głośno, a nawet bardzo. Pani nazywa się Elly Jackson, ma lat 20 i stanowi 50 procent grupy „La Roux”. Dzisiaj utwór „ Quicksand”, czyli radosny powrót do lat 80-tych ;). I jeszcze ciekawostka: teledysk zrealizowała pani Kinga Burza, niespełna trzydziestoletnia Polka pracująca w mieście Londyn. Smacznego!

Piekarzem być









O chlebie nowy, świeży, pachnący
W bochnie spękanym, symbolu pokoju.
Ty, co Cię ziemi rękami drżącymi
Odebrał chłop polski, w trudzie i znoju.


Tyle Pan Poeta. Do pracy więc, do pracy!

Wielce szanowny Marek nauczył nas piec chleb. Marka zaś tej jakże radosnej, a nade wszystko – bardzo prostej sztuki, nauczył Marcin. U kogo piekarskie nauki pobierał zaś Marcin, tego nie pamiętają nawet i najstarsi górale.

Powiem krótko: bez pomocy panny Oliwy chleba by nie było. A tak jest. Pyszny, pachnący i jakże naturalny. Mąka pszenno-razowa, woda, pestki słonecznika, pestki dyni, olej. Acha, no i jeszcze zakwas. Sześć składników. Tylko tyle. Potem do pieca na minut sześćdziesiąt i chleb jak malowany.

No i ile radości mieliśmy my, piekarze amatorzy. Panna Oliwa i TataOliwki zamówienia na pieczywo już przyjmują. Spokojnie, bez paniki. Dla każdego wystarczy.

A czy chleb, aby smaczny? Ostatni obrazek z Ciotką Olą w roli głównej niechaj będzie odpowiedzią na tak postawione pytanie.

No to oddajmy jeszcze głos Pani Poetce:

Wstań, o dziecię! Idź na pole,
Gdzie pot ludu wsiąka w rolę,
Gdzie pod jasnym naszym niebem
Kłosy brzęczą żytnim chlebem....


***
No to jeszcze coś z zupełnie innej beczki. Wczoraj, porą zasadniczo wieczorową, wysiadł nam piec. Było więc kąpanie sztafetowe. Pierwsze zagotowanie wody i panna Oliwa na start. Zaraz potem, mała dolewka i żona osobista – hyc w wanience. TataOliwki pluskał się ostatni (wiadomo, ostatni zawsze czysty i gładki...). W kwadransik rodzina cała wyszorowana i to w niewielkiej ilości wody. Ot, znaczy się my wielce ekologiczni.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Nowy rok więc i nowa muzyka. Na początek – Florence and the Machine. Tutejsze media pieją z zachwytu i przewidują, że debiutancki album artystki (ma się ukazać niebawem) będzie wydarzeniem zasadniczo wielkim. Poczekamy, zobaczymy. No to dzisiaj „Kiss with a Fist” (singiel wydany kilka miesięcy temu). Jak cały album będzie taki, to już nie mogę się doczekać. Smacznego!

Czy te oczy mogą kłamać, czyli opowieść o bezdennej głupocie autora, a przy okazji – rzecz o angielskich medykach


Na załączonym obrazku Szanowne Państwo delektować się może widokiem zniewalającego spojrzenia TatyOliwki. Zniewalającego, a przede wszystkim nieco uszkodzonego. A było to tak (Uwaga! Trudne słowo: retrospekcja. Wpis z 19 listopada roku już ubiegłego)

Uprzejmie proszę o usprawiedliwienie mojej blogowej nieobecności. Otóż oczko mi się odlepiło. Temu misiu! A było to tak: Po koncercie wracaliśmy my sobie do domu aż tu nagle drzewo TatęOliwki zaatakowało! Ale jak! Gałązka w oczko lewe i dwa dni wolne od pracy.

Oko było się zamieniło w bulwę czerwoną (prawe białe, lewe czerwone – znaczy się prawdziwy polski patriota) i gdyby nie natychmiastowa pomoc żony, koniec nadszedłby niechybnie.

Żel, okłady z herbaty i ziół; pani żona okazała się być całkiem zaradną wiedźmą, wróżką i czarodziejką w jednym. I znowu widzę i znowu pisać mogę.

A zaskoczenie największe w tej historii jest takie, że drzewo zaatakowało mnie po trzeźwemu. Na koncercie wypiłem bowiem tylko wodę z minerałami, żadnego piwa. Chyba stary się robię skoro w takim przyzwoitym stanie gałęzie mnie atakują...


Tak było ponad sześć tygodni temu. Okazało się jednak, że czarodziejskie zdolności małżonki osobistej nie są wieczne i czar zdrowego oka był właśnie minął.

Po nieprzespanej nocy udałem się więc po pomoc do specjalistów, znaczy się odwiedziłem lekarzy w służbie Jej Królewskiej Mości.

Mała dygresja: według polskich dziennikarzy, angielska służba zdrowia składa się wyłącznie z konowałów tudzież innych koniokradów. Nieudacznicy, partacze, pijaki i złodzieje (wiadomo – każdy pijak to złodziej…) . Najlepiej więc nie chorować, a jeśli już to tylko na polskiej ziemi, gdzie lekarze są wyłącznie piękni, zdolni i piękni.

Pomny więc dziesiątek mrożących krew w żyłach opowieści w polskiej prasie z prawdziwym strachem w oczach (a dokładnie rzecz ujmując – w jednym oku) udałem się do Moorfields Eye Hospital (jak się potem okazało największy i najstarszy tego typu szpital na świecie; założony w roku 1805 zatem swoje ślepięta mógł tu badać i Sherlock Holmes tudzież inny Phileas Fogg).

Po 10 minutach od rejestracji przemiła pani przebadała chore oko. Kilkanaście minut później drugie badanie i diagnoza – uszkodzona rogówka. Okazało się, że wspomniana gałązka sprawiła uszkodzenie rzędu 1,6 mm. Mikstury małżonki osobistej – nomen omen – przeoczyły – rzeczoną rysę. Po gruntownym badaniu, sympatyczna pani nie tylko przepisała mi antybiotyki, ale od razu wręczyła mi tutkę kropel i tutkę kremu (co bym nie musiał już chodzić do apteki; no tak, TataOliwki już nie pierwszej młodości i o nóżki dbać również musi).

W szpitalu spędziłem godzinę. Mili ludzie, dla których mój koślawy angielski nie stanowił żadnego problemu pomogli szybko i jak się okazuje – bardzo sprawnie. Oko ma się coraz lepiej.

A tak w ogóle, była to moja pierwsza wizyta u lekarza na gościnnej angielskiej ziemi (wiadomo: wegetarianizm wzmacnia organizm więc choróbska zbytnio się mnie nie imają). Oczywiście małżonka osobista gorąco namawiała mnie już w listopadzie co bym z bulwą oczną udał się do medyka, ale żem osioł więc z porady nie skorzystałem.

I jeszcze słówko o angielskiej służbie zdrowia. Niedobrze wrzucać wszystko do jednego wora (a robią to nagminnie polscy dziennikarze). Niemal wszyscy moi znajomi narzekają na tutejszych lekarzy pierwszego kontaktu (tzw. GP). Na każdą dolegliwość zapisują Paracetamol i w zdecydowanej większości zachowują się tak, jakby swój zawód wykonywali za karę (jaką? – nie wiem). Inną grupę stanowią tak zwani specjaliści. I tu wypada czapki z głów ściągnąć i nisko się pokłonić (niestety dla polskich pismaków stanowią oni tą samą grupę co wspomniani GP, a różnica jest doprawdy ogromna). Piszę to, rzecz oczywista, z doświadczenia własnego i najbliższych. Na ten przykład Ciota Ola, co to Matyldę była urodziła w tutejszym szpitalu złego słowa na medyków powiedzieć nie da. Albo kiedy panna Oliwa miała problem z okiem (rodzinne chyba) i odwiedziliśmy pobliskiego okulistę również było miło i fachowo. No i teraz moja wizyta w ocznym szpitalu. Szacuneczek.

Nie jest chyba więc aż tak źle z angielskimi lekarzami. Wielokrotnie już jednak przekonałem się, że zza dziennikarskiego biurka w Warszawie wiedzą lepiej. Ba, wiedzą najlepiej. Nic to. Najważniejsze, że widzę. Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie (tak, antybiotyki jak widać działają…). Darz Bór!