Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
wegedzieciak.pl

poniedziałek, 2 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Bardzo lubię ten film. Podstarzały aktor (wyśmienity Bill Murray) przyjeżdża do Tokio, by reklamować miejscową whisky. Na miejscu spotyka młodą żonę pewnego zapracowanego fotografa (urocza Scarlett Johansson)… Niby nic nie powinno się między tą dwójką wydarzyć, a jednak… W „Między słowami”, bo o tym filmie mowa, Tokio nie jest jakimś tam tłem. Wprost przeciwnie – jest jednym z bohaterów opowieści. Bardzo zresztą ważnym…

Bardzo lubię ten film i muzykę z niego też lubię. Na przykład utwór „Sometimes” zapomnianego już nieco zespołu My Bloody Valentine (po kilkunastoletniej przerwie Brytyjczycy mają wydać niebawem swój trzeci album). Utwór z roku 1991, film zaś z 2003. Smacznego!

Japonia to jest zasadniczo…
















…Kraj Przekwitłej Wiśni – mówili popijając wiśniówkę panowie w „Rozmowach Kontrolowanych” („Wiśnia jest wiśnia, witaminy przede wszystkim ma. Wypijasz takie dwie i masz komplet. Witamina jest podstawą człowieka.”). Nie o witaminach jednak dzisiejsza opowieść.

W sobotę wybrałem się z panną Oliwą na „Dzień Tokio w Londynie”. Sympatyczna Yumi, którą Szanowne Państwo miało już okazję tu poznać, niestety nie mogła dołączyć do naszego tandemu (tandemu, bo małżonka osobista w pracy). Mimo to zabawa była pyszna.

W samym centrum Londynu, tokijczycy wynajęli rozmiarów znacznych salę, w której to przez dzień cały zachwalali swoje miasto. A zachwalali, rzecz oczywista, nieprzypadkowo. Otóż w tym roku (dokładnie w październiku) zostanie wybrany gospodarz Letnich Igrzysk Olimpijskich 2016. W finałowej czwórce znalazły się Chicago, Madryt, Rio de Janeiro i Tokio właśnie, które wie, że czasu niewiele i promować trzeba się z przytupem.

Przytup to jedno, pomysł zaś to drugie. W sobotę nie brakowało jednego i drugiego. Gadające roboty, co to płynną angielszczyzną witały gości, a obok – „shodo”, czyli nauka japońskiej kaligrafii. Mini-kino z projekcjami animacji, a za rogiem pokazy tradycyjnego parzenia herbaty. Multimedialne prezentacje miasta i nauka orgiami. Bębniarze ze słynnego zespołu „Wa-Daiko” i tancerze. No i wszędzie bezpłatne przewodniki, foldery i mapy. Jedno miasto, a promocja taka, że niejeden kraj mógłby oblać się wstydliwym rumieńcem.

No właśnie, no to może słówko o promocji made in Poland? Otóż przed dwoma laty Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii (jak mówią mądrzy ludzie – najstarsza i najbardziej wpływowa polska organizacja na Wyspach) zorganizowało „festiwal”. (celowo piszę w cudzysłowie, bo tak naprawdę był to gminny festyn…). Z dala od centrum (3 strefa), na ogrodzonej łące i jeszcze bilet trzeba było drogą zakupu nabyć. Z przygotowanych atrakcji warto wymienić piwo w plastikowych kubkach, rycerzy z tekturowymi tarczami, bigos oraz Kasię Kowalską. „Festiwal” ten w założeniu organizatorów miał promować Polskę wśród Brytyjczyków. Jak się okazało festyn promował Polskę wśród Polaków, bo Brytyjczycy, nie wiedzieć dlaczego, nie przyszli. Było więc rytualne klepanie się po plecach i rozlewający się zewsząd samozachwyt organizatorów. Żeby było przyjemniej po kilku tygodniach okazało się, że ktoś nie rozliczył się z pieniędzy za ochronę łąki, że ktoś kogoś oszukał, że nic nie było takie, jak zapowiadano...

I tak to już w mieście Londyn jest. Inne kraje, tudzież miasta, organizują swoje dni promocyjne w samym centrum, nie sprzedają biletów, przygotowują multum atrakcji. Na „Dzień Tokio” przyszły więc tłumy międzynarodowego towarzystwa, które na nudę narzekać nie mogły (żeby nie było, że TataOliwki jest marudnym pierdzielem, spieszę donieść, że bawiliśmy z Oliwą do tej pory na Dniach: Kanady, Turcji, Rosji, Czech, Słowacji i Indii; scenariusz zawsze był taki sam: za darmo i w centrum). Czekamy więc cierpliwie, kiedy nad Tamizą odbędzie się Festiwal Polski z prawdziwego zdarzenia. Młodzi jesteśmy, to się chyba doczekamy… Rozumiem, Oliwa doczeka…

piątek, 30 stycznia 2009

Piosenka jest dobra na wszystko…


Piosenka to sposób z refrenkiem
na inną nieładną piosenkę
na ładną niewinną panienkę
piosenka chanson de chanson

Piosenka to jest klinek na splinek
na brzydki bliźniego uczynek
Na braczek rzucony na rynek
Na taki jakiś nie taki ten byt
Piosenka pomoże na wiele
Na codzień jak i na niedzielę
Na to żebyś Ty patrzał weselej
Jej słowa, melodia i rytm


Przywołany fragment utworu słowno-muzycznego (autorstwa duetu ulubionego) skojarzył mi się właśnie z załączonym obrazkiem (ku mojej nieskrywanej radości panna Oliwa muzykę lubi bardzo; zwłaszcza tę dobrą muzykę…). I to w zasadzie tyle na ten tydzień (bloger – wbrew pozorom – też człowiek i w soboty oraz niedziele nie pracuje). Do poniedziałku zatem!

PS. A wieczorową porą pędzę dzisiaj na otwarte spotkanie z abp Józefem Życińskim (bloger – wbrew pozorom – nie cham i mądrych ludzi też posłuchać lubi). Darz bór!

czwartek, 29 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



W roku 1992 zespół Dezerter nagrał album „Blasfemia”, na którym to znalazł się utwór „Pierwszy raz”. To właśnie takie pieśni, a nie wijące się babeczki z brokułami, sprawiły, że jestem wegetarianinem. A jeśli już przywołałem Dezerter, to jeszcze jedna osobista wycieczka. Otóż w 1996 roku zespół ten wydał płytę zatytułowaną „Mam kły mam pazury”. Ów tytuł – o czym nie wszyscy pewnie wiedzą – zaczerpnięty został z pisma wydawanego przez Front Wyzwolenia Zwierząt w… Grudziądzu. Tak się szczęśliwie moje życie ułożyło, że działałem i w FWZ, i coś tam do „Pazurów” też skrobałem. A wszystko dzięki temu, że poznałem Darka… Ach, co to były za piękne czasy! (powiedział TataOliwki siedząc na bujanym fotelu ziółka popijając…). Muzyka!

Głupia sprawa



Reklam ciąg dalszy. Niestety.

PETA (People for the Ethical Treatment of Animals, czyli po naszemu „Ludzie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt”) – to jedna z największych międzynarodowych organizacji walczących o prawa zwierząt. Organizacja znana mi doskonale, chociażby stąd, że kilkanaście lat temu biegałem z koleżeństwem po ukochanym Grudziądzu z kubełkiem kleju i rozwieszałem plakaty z urody cudnej modelkami, które głosiły, że „Wolą chodzić nago niż nosić futra”. Wielka antyfutrzarska akcja PETA, trwa po dziś dzień; zmieniają się tylko roznegliżowane panie. Nie o futrach jednak dzisiejsza opowieść.

W jednej z darmowych gazetek rozdawanych w londyńskim metrze, przeczytałem wczoraj o najnowszej reklamie rzeczonej organizacji. „Badania dowodzą, że wegetarianie mają lepsze życie seksualne” – oto slogan, który towarzyszy reklamówce mającej zachęcić do wegetarianizmu.

Dziewczęta piękne i ponętne wiją się na ekranie, oj wiją. Po jaką cholerę pieszczą one przy tym brokuły, seler naciowy, o dyni nie wspominając? Pojęcia większego nie mam. Krótko mówiąc: ten filmik jest nie tylko skrajnie seksistowski, ale jest też skrajnie głupi.

Wegetarianinem jestem od lat 16. Na życie płciowe nie narzekam, dziękuję. Nie zaglądam innym do łóżek, i rad byłbym wielce, gdyby i do mojego nikt nieproszony nosa nie wtykał. Małżonka osobista mięsa również nie konsumuje. Wypada mi mieć nadzieję, że i jej życie seksualne do nienajgorszych się zalicza (o, optymista!). Nigdy jednak nie powiedziałbym, że moja (czyli nasza) seksualna ekwilibrystyka (no, no, no) lepszą jest od innych. Bo i z jakiej racji podobne sądy miałbym wypowiadać?

Wegetarianizm jest dla mnie sposobem na życie, który sam, świadomie wybrałem. Nie jest jednak, Bogu dzięki, żadną chorą ideologią, która nakazuje mi dzielić ludzi na lepszych i gorszych (dobrzy wegetarianie i źli mięsożercy). Mówienie więc, że ci co mięsa nie jadają są lepszymi kochankami od tych, co jadają jest dla mnie kwintesencją idiotyzmu i przejawem umysłowego upośledzenia.

Śmieszą mnie czasem nawiedzeni ludzie, co to wczoraj zajadali się wieprzowym klopsem, a dziś z zaciśniętymi pięściami w imię – a jakże by inaczej! – miłości do naszych mniejszych braci, wygrażają tym, co mięso jedzą. Z wegetarianizmem, według mnie, nie ma to nic wspólnego. Doprawdy trzeba być troglodytą, by dyskryminować kogoś ze względu na to, co ma na talerzu.

Wyznając taką popapraną ideologię musiałbym zerwać przyjacielskie stosunki z całą masą bliskich mi ludzi. „Wuju Tygrysie, od dziś możesz mi się na ulicy nie kłaniać! Jesz bowiem mięso, morderco i krwiopijco! Żegnam Cię ozięble!” – z którego piętra musiałbym wyrżnąć w kostkę brukową, by myśl podobną wyartykułować?

Wracając jednak do reklamy. A w zasadzie – antyreklamy. Jak dla mnie, to iście krecia robota. Niepotrzebna i wielce szkodliwa. No bo, załóżmy, jeśli jakiś dżentelmen mięso jeść przestanie skuszony „naukowymi badaniami” sugerującymi, że zajadając marchew i seler naciowy stanie się seksualnym bożyszczem pań (tudzież panów), oznacza to, ni mniej ni więcej, że podczas oglądania tego trzydziestosekundowego filmiku, korzystał nie z mózgu, a narządu zgoła innego. Nigdy nie wpadłbym na pomysł, aby wegetarianizm łączyć z seksistowskim przesłaniem. A tu, proszę, niespodzianka!

No to jeszcze słówko o „naukowych badaniach” odnośnie mięsa niejedzenia. TataOliwki jest idealnym, wręcz wzorcowym, zaprzeczeniem tezy, że wegetarianie to ludzie szczupli i wysportowani. Ha ha ha – oto moja wiążąca odpowiedź.

Kilka lat temu wyczytałem też w „Wegetariańskim Świecie” (ot, takie nasze sekciarskie pismo) wywiad z pewną panią doktor. Pani doktor raczyła oznajmić, że tzw. wiatry wydobywające się z wegetariańskich organizmów w zasadzie są bezwonne. Oczywiście. Zapraszam więc panią doktor do naszego wegetariańskiego domu w mieście Londyn. Fiołki, jaśmin tudzież inne bratki. Innych zapachów w toalecie pani nie uświadczysz! Wdech i wydech. Wdech i wydech...

środa, 28 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Inaczej być nie może. Pan z plakatu w utworze, który towarzyszy mi od dawana, od urodzenia znaczy się mi towarzyszy. Nagrany w tym samym roku, co moje narodziny, czyli pięknym roku 1977. Potem pieśń ta była obowiązkową pozycją podczas naszych potańcówek organizowanych w lokalu gastronomicznym kategorii I, czyli „U Genia”. Genio, znaczy Wojtek O., to jeden z największych znanych mi fanów Iggiego. Na ścianie wspomnianego, niestety już nieistniejącego, lokalu wielki plakat pana piosenkarza z – rzecz oczywista – wyeksponowaną klatką (w dodatku piersiową).

Ach, co to były za czasy!... No dobrze, pora na dźwięki. „The Passenger” w wersji koncertowej. Manchester – również miasto w Anglii, rok 1977. Smacznego!

Nie śniło się filozofom...


Nieskromnie, acz szczerze, przyznam: wyobraźnię mam wielką. Mogę na ten przykład wyobrazić sobie premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego na wspólnych wczasach pod gruszą. Mogę sobie wyobrazić także i ojca dyrektora modlącego się w synagodze. Nie mogę jednak wyobrazić sobie niektórych znanych mi ludzi występujących w reklamach.

I tu następuje korekta poczynionego na wstępie wyznania: wydawało mi się, że wyobraźnię mam wielką. Oj, wydawało. Rację miał bowiem poeta: Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom.

Od ponad tygodnia mijam codziennie Ojca Chrzestnego Punku, który spoziera na mnie z kolorowego plakatu. Iggy Pop reklamuje samochodowe ubezpieczenia. Co tu dużo mówić: pora umierać...

***
Od kilku dni trwa III etap konkursu po tytułem „Blog Roku 2008”. Dzięki Szanownemu Państwu, które zmysły postradało i sms-y w znacznej liczbie posłało, „Londyn - miasto w Anglii” dalej się ściga. Ale ściga się – jak sądzę (jak mam nadzieję?) – z zachowaniem zdrowego rozsądku. W czym rzecz?

Otóż w III etapie – obok oceny Jurorów – trwa jednoczesna rywalizacja o tytuł „Blog Blogerów”. Jak sama nazwa wskazuje, w tej dyscyplinie najlepszego bloga wybierają sami blogerzy. A guzik! Nazwa bowiem błędnie wskazuje! Logika swoje, życie swoje (a bo to po raz pierwszy?). Wybierają więc ponownie szczęśliwi posiadacze telefonów osobistych z numerami zarejestrowanymi u polskich operatorów… Nie rozumiem, nie zgadzam się i na znak protestu tupię głośno nóżką!

Doprawdy niezręcznie mi ponownie zachęcać Państwa do sms-ów wysyłania. Więc nie zachęcam i nie zamieszczam numeru telefonu, pod który krótkie wiadomości tekstowe słać należy (rzecz jasna, kto chce, to i tak wyśle – cel szlachetny, a i ja przeca smutny z tego powodu nie będę...).

***
Skoro już wylądowaliśmy („śmy”, bo o pannie Oliwie zapomnieć nie tylko nie przystoi, ale i przecież zapomnieć nie sposób) w rzeczonym konkursie, przejrzałem co tam słychać u blogowej „konkurencji”. Boże! Widzisz, a nie Grzmisz! – oto najkrótsze podsumowanie tego, co wyczytałem tu i ówdzie. Blogowe szranki trwają jednak nadal, więc jak na szlachetnego rycerza przystało (białogłowy piszczą, mdleją, warkocze zrywają...) rumaka nie dosiadam, przyłbicy nie opuszczam, miecza nie dobywam. Jeszcze....

Pomijając więc zawartość tak zwaną merytoryczną (Nie rozumiem skąd tyle jadu w blogowej braci? Prym wiodą – tu chyba tajemnicy żadnej nie zdradzę – niektórzy „polityczni”. Ile tu obrażania, poniżania i ośmieszania drugiego człowieka. Często miast siły argumentów – argument siły. Piorą więc się po pyskach, a i obserwatorzy tych zapasów bierni nie pozostają. Zuchy!) słówko wtrącę jeszcze o reklamach.

„Londyn - miasto w Anglii” założyłem na „blogspocie” właśnie dlatego, aby nikt bez mojej zgody i wiedzy nie wrzucał tu żadnych reklam. Niestety nie wszyscy mają to szczęście i komfort. Jasna cholera mnie bierze, gdy chcę coś poczytać, a tu mi po ekranie zasuwa ruchoma reklama. A zasuwa tak, że za nic nie mogę kliknąć w krzyżyk, co by się paskudztwa pozbyć! Niechciana reklama śmiga, ja śmigam myszą i na owym śmiganiu czas nam upływa. Czy może być coś przyjemniejszego?...

Albo dla tak zwanej równowagi pojawia się reklama nieruchoma. Na ten przykład nieruchoma reklama buły z sałatą i wieprzowym klopsem. Tak, rad byłbym wielce, gdyby buła ze świńskim klopsem pojawiła mi się obok baneru „wegedzieciak.pl”. Na szczęście ten problem mnie nie dotyczy i sam mogę decydować co się tu pojawia, a co nie. I niech tak zostanie. I niech na dzisiaj już wystarczy.

***
Na załączonym obrazku: z obrazka patrzy pan Iggy, ludność zaś nie patrzy; ludność pierzcha...

wtorek, 27 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Nic tak nie umila pracy, jak dobra muzyka (dżin z tonikiem również zasadniczo nie przeszkadza...). Nie inaczej było w naszej fabryce pierogów. Wuj Tygrys ku swej nieskrywanej radości drogą zakupu nabył właśnie album zespołu Tonton Macoute. Ta brytyjska grupa w roku 1971 nagrała swój debiutancki i zarazem jedyny album zatytułowany również „Tonton Macoute”. Progresywny rock na jazzową nutę. Pychota! Obrazków ruchomych niestety nie ma, bo zespół praktycznie nieznany. Są za to dźwięki. I to jakie! Szanowne Państwo dźwięk podkręca, oczy zamyka i płynie, płynie, płynie… Kompozycja „Just Like Stone”. Smacznego!

W pierogowym raju













Szanowne Panie! Jak doskonale Wam wiadomo, Wuj Tygrys jest nie tylko mężczyzną silnym, przystojnym i wielce czarującym. Wuj Tygrys jest także wybornym kucharzem.

Sobotnie jadło u Wuja Tygrysa złotymi zgłoskami wielokrotnie opisane już było tu, a także ówdzie. Tym razem Wuj zaprosił nas na ruskie pierogi.

Domowa kuchnia rychło zamieniła się w radosny zagład gastronomiczny, w którym to uruchomiano masową produkcję pierożków. Na szczęście ilość jak najbardziej korespondowała (fiu! fiu! – cóż to za słownictwo…) tu z jakością. Ta pierwsza była ogromna, druga zaś – wyborna. Kto wie, czy praca wydałaby jakiekolwiek owoce, gdyby nie dżin z tonikiem (uwieczniony na jednej z załączonych fotografii), który nie tylko uzupełniał poziom wody w organizmach (a tej ubywało z każdą chwilą; znaczy się tak zwana praca w pocie czoła), ale także wprowadzał przyjemne rozluźnienie w naszych kucharskich szeregach.

A szeregi były niemałe. Wuj Tygrys odpowiedzialny był za odcinek przygotowania farszu oraz ugniatania i wyrabiania ciasta (tu z pomocą pospieszyła również panna Oliwa). Rozwałkowywanie ciasta przejęła małżonka osobista, która z uwagi na brak wałka, z gracją korzystała z butelki po winie (I weź pan nie pij wina! Po pewnym czasie Wuj Tygrys dosiadł jednak swojego dwukołowego rumaka i pognał do najbliższego sklepu celem zakupu wałka zasadniczo profesjonalnego...). Ciotka Ola we współ z wujem Matuszem odpowiedzialni byli za lepienie. TacieOliwki powierzono natomiast jakże odpowiedzialną funkcję uzupełnianie szkła oraz krojenie cytrynki. Potem zakres mych obowiązkowo raptownie zwiększono o smażenie na maśle ugotowanych pierogów. Dorzućmy do tego ciotki: Łucję, Monikę, Agnieszkę i Dorotę oraz wujka Marka (pion zjadaczy) plus wuj Dancio (pion nieustannej opieki nad Matysią). Jak widać uzbierało się głodnego towarzystwa na emigracji, oj uzbierało.

Z ciekawostek wypada mi jeszcze dodać próbę… skrytobójstwa. A był oto tak: Wuj Tygrys w tajemnicy przed wegetariańską nawałnicą przygotował uprzednio miskę skwarek, którymi to obłożył swoje pierogi. Nieświadomy tego zabiegu, dopadłem do talerza Wuja i… tak, skonsumowałem kawał pieroga! Skwarkę również. Żyję, ale, umówmy się: co to za życie?! Dobrze, że dżinowe zapasy pozwoliły mi nie tylko na rychłą, ale przede wszystkim obfitą dezynfekcję przełyku. Dzięki temu higienicznemu zabiegowi nie tylko żyję, ale także nie pamiętam liczby pochłoniętych skwarek (czy towarzyszki z forum wegedzieciak.pl zechcą coś jeszcze do mnie napisać?...).

Na zakończenie tej pierogowej opowieści, jeszcze mały fragmencik z klasyka. Robert Makłowicz o pierogach pisze tak: Ach ruskie, ileż to u nas pokutuje na ich temat przesądów. Pamiętam świetnie dowcip z kabaretu pani Lipińskiej: „Kto chciał ruskie? Nikt, same przyszły!”. Już wówczas mnie nie śmieszył, bo tkwi w nim głęboka bzdura, nadal pokutująca powszechnie. W tym populistycznym wicu słowo „ruskie” jest synonimem słowa „rosyjskie”, tymczasem pierogi dlatego nazwaliśmy kiedyś ruskimi, bo robili je (i nadal robią) Rusini, czyli – mówiąc językiem współczesnym – Ukraińcy. Tak jest, pierogi ruskie wywodzą się z Galicji Wschodniej, że użyję mej ulubionej terminologii austro-węgierskiej, a sięgając głębiej w przeszłość, przypomnę, że istniejące w I Rzeczypospolitej województwo ruskie też z Rosją i Rosjanami nic wspólnego nie miało.

No to, do jasnej cholery!, cóżeś Ty – Wuju Tygrysie! – robić nam kazał!?...

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Dźwięki na dobrą noc



W naszej kuchni dźwiękowych uniesień pora na najmniejszą orkiestrę świata. Najmniejszą, bo liczącą zaledwie dwóch członków: panią i pana. Pani to Susanna Wallumrod, pan zaś to Morten Qvenild. Duet nazywa się Susanna & The Magical Orchestra i pochodzi z mroźnej Norwegii. Przed dwoma laty orkiestra nagrała swój drugi album zatytułowany „Melody Mountain”. No i z tego właśnie krążka, na którym to znajdują się covery pieśni znanych i lubianych wybrałem dla Szanownego Państwa „Love will tear us apart” (30 lat temu śpiewał to Ian Curtis z Joy Division). Smacznego!