Na dobry początek:
[Miś nadaje na poczcie telegram]
Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.
Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.
Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!
Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
Miś: Londyn - miasto w Anglii.
Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!
Miś: No mówię pani właśnie.
Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.
Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.
Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!
Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
Miś: Londyn - miasto w Anglii.
Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!
Miś: No mówię pani właśnie.
Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
czwartek, 28 stycznia 2010
Dźwięki na dobrą noc
W roku 1966 Michael Caine wystąpił w tytułowej roli w filmie „Alfie”. Film, jak już wspominałem, zobaczyłem w ostatnią sylwestrową noc. Dźwiękami z tej produkcji cieszę uszy zaś od kilku dobrych lat. A jest czym się radować, bo muzykę skomponował wielki Sonny Rollins. Ostatnie wątki nostalgiczno-wspomnieniowe, nie będzie więc chyba wielką niespodzianką, jeśli dodam, że niejedna wódeczka i niejedna butelka wina przy tej płycie z Wujem Tygrysem skosztowane zostały… Sonny Rollins i temat przewodni z filmu „Alfie”. Na żywo, znaczy live. Rok 1982. Smacznego!
No i poleciał…

Miasto Londyn nie kwapiło się zbytnio by wypuścić Wuja Tygrysa. Kilkugodzinne oczekiwanie na spóźniony samolot, Przyjaciel umilał w najlepiej sobie znany sposób. WizzAir dał talon na posiłek regenerujący, a Wuj, jak to Wuj, kufelkiem pienistego się był regenerował.
Szczotka i Marcin przynieśli wybornego bananowca (na załączonym obrazku). Były uściski, no i, rzecz oczywista, łzy się też polały…
Dostałem wczoraj wiadomość, że mój ulubiony szef (szkoda, że już były) przywiózł do mojego biura (szkoda, że już byłego) skrzyneczkę wybornego wina. 12 butelek włoskiego wina, którego na próżno szukać na sklepowych półkach (ulubiony szef
należy do winiarskiego klubu, którego właściciel ma własne winnice we Włoszech) czeka już tylko na odbiór. Wuju, wracaj! Sam nie dam przeca rady!
środa, 27 stycznia 2010
Kino na dobry dzień
Na poprawę nastroju zasadniczo – panie raczą wybaczyć – chujowego (to o mnie, znaczy się nastrój, nie to drugie), proponuję dzisiaj szwedzkie muzykowanie. Film z roku 2001 pod wszystko mówiącym tytułem „Music for One Apartment and Six Drummers”. Reżyseria Ola Simonsson i Johannes Stjärne Nilsson. Smacznego!
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Wcale mnie to nie cieszy
Przespałem 5. rocznicę swojego pobytu w mieście Londyn. Piękna, okrągła przypadła dnia dwudziestego stycznia. Ale – jak mawiał Józef Andryszek I w „Historii kina w Popielawach” – wcale mnie to nie cieszy…
Zresztą, co tu ma cieszyć? W środę wyjeżdża Wuj Tygrys. Po blisko sześciu latach wraca do Polski. Na tę okoliczność jakoś nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.
Wcale nas to nie cieszy…
Zresztą, co tu ma cieszyć? W środę wyjeżdża Wuj Tygrys. Po blisko sześciu latach wraca do Polski. Na tę okoliczność jakoś nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.
Wcale nas to nie cieszy…
środa, 20 stycznia 2010
Dźwięki na dobrą noc
Pani Jola na plakacie, Pani Jola (ale już raczej nie ta Pani Jola) w naszej kuchni muzycznych uniesień. Jarosław Janiszewski i jego Bielizna, czyli chłopcy z Trójmiasta w utworze „Pani Jola” z płyty pod tym samym tytułem. Rok 1996. Smacznego!
No to może jeszcze jedna Pani Jola? Otóż przez pewien czas (dziś wiem, że zbyt długi czas) w mieście Londyn pracowałem z pewną panią Jolą. Pani księgowa, która raczyła tytułować siebie… Dyrektorem Finansowym (konicznie przez wielkie, ba, największe „D”). I to w zasadzie wszystko, co o tej Joli napisać mogę…
Uśmiech Pani Joli

Pani Jolanta Lewkowicz (tak stoi napisane na plakietce przypiętej do marynareczki) uśmiecha się do mnie niemal każdego dnia. A to w metrze, a to w autobusie, ba, nawet i ze ścian wielkich budynków.
Pani Jola uśmiecha się na tyle przyjemnie (zalotnie?), że chyba trzeba pomyśleć o zmianie banku. Co tu dużo mówić: w HSBC nie uśmiechają się tak przyjemnie (zalotnie?). Pewnie w moim banku zależy im tylko na pieniądzach…
piątek, 15 stycznia 2010
Oliwka sie ma dobrze!






Oszust, oszołom, złodziej, sekciarz, pozer, łobuz, szkodnik, cwaniak. To tylko niewielka część komplementów jakimi część polskich internautów darzy Jerzego O. Tak to z naszym nadwiślańskim narodem już bywa – najgłośniej krzyczą ci, którzy siedzą wygodnie na dupsku i sami nic nie robią.
Co tu dużo pisać: mroźna pogoda nie odstraszyła Polaków. Także tych mieszkających w Wielkiej Brytanii. XVIII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rozgrzał tysiące ludzkich serc. „Nie sztuką jest robić karnawał brazylijski w lato. Sztuką jest zrobić karnawał brazylijski w zimie” – mówił na poniedziałkowej konferencji prasowej zachrypnięty Jerzy Owsiak. Radości nie krył również prof. Bohdan Maruszewski z Fundacji WOŚP. „W Polsce tak dużo mówi się o nieudacznictwie, że nic się nie udaje. Właśnie się udało!” – mówił. Udało się również w Londynie.
Gdyby wierzyć sfrustrowanym internautom, którzy jeszcze na długo przed londyńskim Finałem uprawiali swoje tradycyjne czarnowidztwo, Orkiestra w Londynie w ogóle nie powinna zagrać. Mimo tego, że „Polacy mają talent do dyskredytowania samych siebie” (tak mówił na konferencji prasowej wzburzony Owsiak pokazując wydanie brukowego „Faktu”, w którym niewielki artykuł podsumowujący tegoroczny Finał znalazł się obok tekstu o „zabójstwie kochanka”), w brytyjskiej stolicy odbyło się kilka bardzo udanych imprez. I choć zebrana kwota jest niższa niż podczas londyńskich Finałów w roku 2003 i 2004 najważniejsze jest to, że po kilkuletniej przerwie nad Tamizą ponownie było głośno i radośnie (trzeba mi jednak przypomnieć, że w mieście, w którym – wedle ostrożnych szacunków – żyje dziś ponad 500 tys. Polaków, orkiestra czerwonych serduszek grywała, niestety, także i na fałszywą nutę. A wszystko za sprawą nieodpowiedzialnych „organizatorów”. Mało kto dziś pamięta, że w czasach, kiedy Polska nie była jeszcze członkiem UE, a co za tym idzie w Londynie mieszkało znacznie mniej Polaków, Finały odbywały się ze sporymi sukcesami. W roku 2002 kameralna impreza w jednej z polskich parafii przyniosła 740 funty. Rok później było już blisko… 35 tys. funtów! 11 stycznia 2004 nad Tamizą zebrano zaś ponad 37 tys. funtów. Wszyscy byli przekonani, że ta tendencja się utrzyma i podczas kolejnego Finału uda się zebrać tu jeszcze więcej. Niestety tak się nie stało. Nastąpiła aż trzyletnia cisza, której towarzyszyły mętne tłumaczenia niedoszłych „organizatorów”. Szumne zapowiedzi, imponująca lista gwiazd z Polski, ba, nawet i rzekome zainteresowanie imprezą przez BBC, które miało pokryć część kosztów. Wszystko okazywało się jednak czczą gadaniną. Do tego doszły wzajemne oskarżenia zwaśnionych „organizatorów”, kłótnie i swary. Ot, polska rzeczywistość).
Wróćmy jednak do tego, co działo się w minioną niedzielę. A działo się tak pysznie, że panna Oliwa za nic nie chciała wyjść z Jazz Cafe w POSKu, gdzie odbywała się jedna z kilku orkiestrowych imprez. Przyznam uczciwie, że O. do XVIII Finału przygotowała się znakomicie. Po tym jak pokazaliśmy jej kilka filmików pokazujących poprzednie Finały, sama przyniosła skarbonkę, by zabrać pieniądze. No i jak tu nie skakać z radości?
A w Jazz Cafe tańce, hulanki, swawole. Zespoły folklorystyczne i pokazy judo. Wspólne rysowanie i wspólne śpiewanie. Oliwa w siódmym niebie, małżonka osobista jakby również. Tak bardzo również, że zabrała nas potem na obiad do legendarnej Łowiczanki (restauracja w POSKu, w której czas był się zatrzymał). Najważniejsze jest jednak to, że jedzenie jest wprost proporcjonalnie odwrotne do tamtejszego wystroju – pyszne jest, znaczy się. Grillowany oscypek z żurawiną i naleśniki ze szpinakiem w śmietankowym sosie. Dla mnie bomba! O szklaneczce schłodzonego Żywca nie ma już więc co wspominać.
Oczywiście, jak to w „polskim Londynie”, nie obyło się bez cepeliady. Pewna Pani Artystka (koniecznie przez olbrzymie „A”) czytała maluchom wiersze Tuwima i Brzechwy. Ni stąd, ni zowąd Pani Artysta dorzuciła do tego… myśli Matki Teresy z Kalkuty. Siedzące wygodnie na poduszkach maluchy miały miny dość zdziwione. Oliwa wierciła się znacząco. TataOliwki minę miał zaś wyjątkowo zdziwioną, kiedy Pani Artysta zarządziła nagle ciszę. „A teraz wszyscy milczymy” – powiedziała artystycznym tonem Pani Artystka. „Teraz zaśpiewa dla nas nasz osobisty, polski papież” – dodała jeszcze bardziej artystycznym tonem. No i zaśpiewał. Brawo ta Pani!
Wróciliśmy do domu porą wieczorową. Oliwa przykleiła sobie wewnątrz papucia czerwone serce. TataOliwki czerwone serce przykleił zaś na zamrażalniku. Każden klei tam, gdzie lubi najbardziej. Amen.
środa, 13 stycznia 2010
Dźwięki na dobrą noc
Kolega reżyser z miasta Kraków (znaczy się Tomek z rodzinnego Grudziądza co to po sławę, laury i majonezy na południe był wyjechał; ps. wyjechał z powodzeniem) przysłał mi właśnie utwór, od którego oderwać się nie mogę. Przed Państwem Jack Conte, co to gra na wszystkim co dźwięki wydaje. Smacznego!
Odwieczne prawo natury

No i znowu śnieg. Napadało go wystarczająco dużo, by zamknięto dzisiaj szkołę panny Oliwy. No to siedzimy w domu.
Nasz dom, jak zresztą zdecydowana większość domów w tym kraju, jest domem zimnym. Ściany cienkie, okna nieszczelne, znaczy się standard. Drogą zakupu nabyłem właśnie halogenowy grzejnik – takie to byle jakie, ale nic innego nie było. Pan sprzedawca z uśmiechem oznajmił, że wszystkie inne grzejniki wyszły. Ludzie grzeją na potęgę!
Najgorzej ma panna Oliwa, w której pokoju nawet latem jest chłodno. No, a teraz to jest zwyczajnie zimno. Zatem halogenki, do tego dodatkowy koc, no i dwa ogrzewacze (czyt. termofory), które przyniosła małżonka osobista.
Nie ma co jednak narzekać. Zwłaszcza, kiedy pamięta się zimę w kraju ojców. No i kiedy z radością niekłamaną powraca się do klasyki X Muzy: „Pani kierowniczko, ja to wszystko rozumie! Ja rozumie, że wam jest zimno! Ale jak jest zima to musi być zimno, tak? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury!”.
Na załączonym obrazku odwieczne prawo natury, czyli widok z pokoju panny Oliwy. Środa, 13 stycznia godz. 9.20
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Dźwięki na dobrą noc
Czasami jest tak, że człowiek musi sobie potańczyć (na ten przykład wówczas, jak się nieco zdenerwuje). Panna Oliwa na ten przykład bardzo lubi kręcić kuprem, przy tej oto pieśni. Nie ukrywam, że i ja polubiłem ów teledysk, zwłaszcza, że w 28 sekundzie pojawia się Jędrek w całej okazałości! (ok, niby inny kolor skóry, ale to przeca Jędrzej jak, pardon, malowany!). Przed Państwem młodzieniaszek, zaledwie osiemnastoletni, Sean Kingston. Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)