Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 27 lutego 2011

A muzyczka tirli, tirli...



Dziewczyny wracają jutro z Polski. Mieszkano było się nieco zapuściło więc z samego rana trzeba zakasać rękawy i sprzątnąć to i owo. Dziesięć dni to kawał czasu. Patrząc na kuchnię rzekłbym nawet, że to wieczność, albo coś koło tego.

Robota pójdzie gładko. Zwłaszcza jak puszczę sobie odpowiednią muzyczkę. O choćby pioseneczkę „dzikiego Murzyna z delty” jak był łaskaw powiedzieć pan redaktor w radiowej Trójce. Bob Logg III i „Stiring Round A Stick”. Uwielbiam!

środa, 16 lutego 2011

Julie i Neil



Ach, cóż to był za piękny dzień. W jakże słoneczną sobotę wybraliśmy się z Benem do Oxfordu na narzeczeńską sesję Julie i Neila. Para przesympatycznych Amerykanów, których los na czas jakiś rzucił na angielską ziemię oprowadzała nas, po swoim, póki co, mieście. No, a teraz siedzę i dłubię w fotkach. Szczerze powiedziawszy lubię to co raz bardziej…

... A kochany Arsenal wygrał dzisiaj z Barceloną! Aaaaa!!! Jest dobrze! Ba, jest pięknie dobrze!

czwartek, 3 lutego 2011

Kocham kino za...



… „Wyśnione miłości” („Les amours imaginaires”) na ten przykład. Nocną porą, sącząc cytrynóweczkę odpłynąłem wczoraj zupełnie (i żeby niebyło: wcale nie za sprawą rzeczonego napoju!). Chyba dzisiaj włączę sobie ten film jeszcze raz. A jutro znowu. O cytrynóweczce nie ma chyba nawet co wspominać…