Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 25 sierpnia 2009

Pan Dżordż




Pan Dżordż to przesympatyczny dżentelmen. Znamy się jeszcze z rodzinnego Grudziądza, a tu, w mieście Londyn też mieszkamy całkiem niedaleko.

W słoneczną niedzielę Pan Dżordż przywiózł koszyczek zimnego piwa, no i tak miło czas nam upływał. Żeby Szanowne Państwo nie pomyślało, że na emigracyjnej ziemi jedynie Sodomia i Gomoria, spieszę donieść, że TataOliwki w ową niedzielę także i ciężko pracował.

Oto bowiem Pan Dżordż, jak na eleganckiego skłotersa przystało, zlecił był mi wykonanie kilku obrazków, których to obrazków pilnie potrzebował na „naszą-klasę”. Pracę wykonałem, piwo wypiłem. Ot, emigracyjna harówka. Zresztą nikt nie mówił, że będzie lekko...

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Piwne rozkosze















Od 4 do 8 sierpnia centrum wystawiennicze Earl’s Court kolejny raz zamieniło się w największy pub w Wielkiej Brytanii. 450 browarów, kilkadziesiąt tysięcy gości i jeszcze więcej wypitych kufli pienistego trunku – oto The Great British Beer Festival 2009.

Blisko cztery dekady temu, tradycyjne angielskie „ale” (piwo górnej fermentacji uzyskiwane z mieszanki słodu zwykłego i skarmelizowanego) znajdowało się w całkowitym odwrocie. Na Wyspach królowały wówczas piwa beczkowe, filtrowane. W 1971 roku grupa pasjonatów zawiązała pozarządowe stowarzyszenie CAMRA (Camping for Real Ale), którego – zgodnie z nazwą – nadrzędnym celem było i jest nadal propagowanie owego niepowtarzalnego, niefiltrowanego piwa. Doskonałą ku temu okazją jest właśnie The Great British Beer Festival.

Kilkadziesiąt browarów – od ogromnych, wytwarzających tysiące hektolitrów piwa, aż po niewielkie, rodzinne, które nad ilość przekładają niepowtarzalność i jakość. Ciemno- lub jasnobrązowe, gorzkie lub słodkie, lekkie, delikatnie o niewielkiej zawartości alkoholu lub wprost odwrotnie: ciężkie i mocne. Słowem, dla każdego coś dobrego!

Chociaż impreza ma w swojej nazwie przymiotnik „brytyjski”, znalazło się tu miejsce także i dla browarów spoza Wysp. Były piwa amerykańskie, niemieckie, holenderskie, belgijskie, francuskie, czeskie, rosyjskie, litewskie, łotewskie, estońskie oraz polskie. Nasz kraj, podobnie jak przed rokiem, reprezentowały zaledwie trzy piwa, (ale za to jakie wyborne!): „Boss Porter”, „Koźlarz” i „Lubuskie” wytwarzane w browarze w Witnicy, niewielkim mieście w woj. lubuskim.

Tegoroczne święto pienistego trunku odbyło się zaledwie kilka dni po opublikowaniu dramatycznego raportu Brytyjskiego Stowarzyszenia Piwa i Pubów. Z najnowszych danych wynika, że w dobie recesji każdego tygodnia na Wyspach zamykane są 52 puby; w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zamknięto w sumie 2.377 lokali. I choć w Wielkiej Brytanii nadal działa ponad 53 tys. pubów ich właściciele swojej przyszłości nie widzą zbyt optymistycznie. Kryzys finansowy w połączeniu z wysokimi podatkami na alkohol oraz obowiązujący zakaz palenia w miejscach publicznych, to, zdaniem właścicieli pubów, największe przyczyny obecnych kłopotów.

Dużo więcej optymizmu przejawiają za to przedstawiciele Camping for Real Ale. Otóż podczas tegorocznego The Great British Beer Festival hucznie świętowano przyjęcie do stowarzyszenia 100-tysięcznego członka. Co więcej, z przedstawionych danych wynika, że Brytyjczycy coraz chętniej sięgają właśnie po piwa „ale”. W roku 2008 piło je 35% piwoszy, dziś już 50%. I tu właśnie, zdaniem CAMRA, należy szukać ratunku dla brytyjskich pubów. Zamiast często nijakich w smaku piw dolnej fermentacji warto stawiać na oryginalne piwa fermentacji górnej. Warzone w małych, rodzinnych wręcz browarach mogą stać się prawdziwym wybawieniem dla upadających pubów. Dziś bowiem Heinekena, Fostersa czy Stella Artois wypić można niemalże pod każdą szerokością geograficzną. Agresywna kampania międzynarodowych koncernów wypiera małe firmy, których nie stać na kosztowną reklamę. Siłą lokalnych, często zupełnie niedocenianych browarów jest za to jakość i smak, których na próżno szukać w „piwnych fabrykach”.

Zgodnie z tradycją, podczas The Great British Beer Festival dostojne jury wybrało także Piwo Roku. Ten jakże zaszczytny tytuł tym razem powędrował do niewielkiej wioski Tockwith położonej w North Yorkshire. Tam właśnie znajduje się browar Rudgate produkujący zwycięskie piwo Ruby Mild (no po prostu mniam mniam!).

I ja tam z gośćmi byłem, piwo jedno wypiłem (no, może dwa). A com widział i słyszał, tutaj umieściłem. Na zdrowie!

środa, 12 sierpnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Skoro na obrazkach karnawał, to Szanowne Państwo pewnie myśli, że i podkład muzyczny będzie dzisiaj iście karnawałowy? A właśnie, że nie będzie. Zamiast tego kompozycja pod jakże adekwatnym tytułem „Bolivia”. Nieżyjący już wielki trębacz Fredzie Hubbard i koncertowe nagranie z roku 1990. Danie nieco okrojone, ale i tak nadal wyborne. Smacznego!

Karnawałowo























Pierwsza niedziela sierpnia była bez wątpienia najgorętszym dniem tego lata w Londynie. Wysoką temperaturę, tym razem, nie zawdzięczaliśmy jednak położeniu Słońca. Stolicę oponował bowiem wielobarwny, roztańczony i wyjątkowo gorący Carnaval del Pueblo.

Za nami 11. już edycja największego w Europie święta kultury Ameryki Łacińskiej. Organizowany pod patronatem burmistrza Londynu, słynny Carnaval de Pueblo, przyciągnął tysiące turystów i mieszkańców metropolii.

W samo południe z okolic stacji metra Elephant and Castle wyruszył karnawałowy korowód. Tancerze m.in. z Boliwii, Ekwadoru, Meksyku, Wenezueli, Kolumbii, Peru i Chile w bajecznie kolorowych, narodowych kostiumach przy gorących dźwiękach muzyki granej także na żywo przeszli ulicami miasta.

Dla mieszkańców Ameryki Południowej taniec to coś znacznie więcej niż tylko poruszanie się w rytm muzyki. W dawnych czasach tańce miały tam wiele wspólnego z jakimiś ważnym wydarzeniem: wojną, zamążpójściem czy chociażby wyprawą na polowanie. Po przybyciu Hiszpanów i afrykańskich niewolników, przywiezione przez nich tańce europejskie i afrykańskie, wymieszały się z indiańskimi i stworzyły niezwykle interesujące style, które można było podziwiać podczas londyńskiego Carnaval del Pueblo. Nie zabrakło więc słynnych tańców z chustkami, które, zgodnie z kulturą andyjską, przedstawiały zaloty, miłość, jej utratę, a następnie pojednanie. Niemniej widowiskowy był diablada, czyli taniec diabłów, który wykonali tancerze przebrani w demoniczne maski i stroje.

Po blisko dwugodzinnym pochodzie, roztańczony korowód dotarł do Burgess Park, gdzie kilkadziesiąt tysięcy osób uczestniczyło w wielkiej zabawie.

Żywiołowa muzyka, gorące tańce, wyborne jedzenie i tłum znakomicie bawiących się ludzi – oto właśnie prawdziwy Carnaval del Pueblo! No i jeszcze rzecz chyba najważniejsza: impreza ta nadal przyciąga przede wszystkim Latynosów. Dzięki temu, w odróżnieniu od wielkiego i jakże komercyjnego Notting Hill Carnival, zachowała swoją oryginalność i autentyczność. Oby zostało tak jak najdłużej.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Radosna piosenka na dobry tydzień! (z wdzięczną dedykacją dla Ady)



Całkiem niedawno poinformowałem Szanowne Państwo, że wypowiedzenie z pracy otrzymałem (żeby nie było niedomówień, że to za niesubordynację, molestowanie czy jakieś tam na ten przykład pijaństwo – niestety nic z tych rzeczy! Ot, kryzys dopadł i nas).

Po wypowiedzeniowej informacji otrzymałem list elektroniczny od przywołanej w dedykacji Ady. Nieznana mi wcześniej Ada okazała się nie tylko Czytelnikiem tego oto bloga, ale także prawnikiem mającym pojęcie znaczne o sytuacji, w której niebawem przyjdzie mi się znaleźć. Krótko mówiąc Ada przysłała mi obszerne wyjaśnienia co zrobić powinien: gdzie się udać, co napisać, komu rączkę pocałować. Zuch dziewczyna!

Bezinteresowna pomoc i życzliwość Ady, to jest proszę Szanownego Państwa miód na moje serce. To jest utwierdzenie mnie w przekonaniu, że pisanie o tym, że na emigracji Polak Polakowi wilkiem jest, pardon, gówno prawdą. Redaktorzy pism krajowych uwielbiają przecież historie, w których rodacy rzucają się sobie do gardeł krew ze smakiem spijając. TataOliwki tematu dla redaktorów pism krajowych jednak nie dostarczy. Redaktorzy pism krajowych nie lubią przecież pisać o tym, że jest dobrze, miło i uroczo, że ktoś komuś rękę podaje i, co w głowach redaktorów pism krajowych nie mieści się już zupełnie, nic w zamian nie chce.

No i jak tu się nie radować? Coś się kończy, ale wierzę w to szczerze, coś niebawem znowu się zacznie... Dobrego tygodnia, moi mili!

piątek, 7 sierpnia 2009

Lubią, nie lubią?

W Polsce larum. Z sondażu opublikowanego na łamach „Rzeczpospolitej” wynika, że poza granicami kraju panuje do nas niechęć. Antypolonizm ponoć taki, że najlepiej już pakować walizki.

Z danych Ministerstwa Spraw Zagranicznych wynika, że rodaków żyjących poza granicami jest około 15-17 mln. Wszyscy uczciwi, rzetelni, pracowici. A gdy jakiś „The Sun” tudzież inny „Daily Mail” napisze o jakimś incydencie z udziałem Polaków, wiadomo od razu, że to bezczelna prowokacja. Polak kulturalny jest i basta! A gdyby ktoś spróbował zaprzeczyć, to zawsze można skorzystać z rady Majstra z kabaretu „Dudek”: Chamstwu w życiu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom.

Tak już niestety jest, że wielu Polaków każdą, nawet najmniejszą formę krytyki, przyjmuje jako „bezpardonowy i bezpodstawny atak”. Bez dystansu do siebie, bez autoironii tupie więc niejeden rodak nóżką i palcem wygraża. Nie brakuje i takich, którzy wdrapują się na pośpiesznie usypane barykady. W prawej dłoni miecz, w lewej – łopoczący na wietrze sztandar. Szlachetni rycerze dzielnie odpierają ataki (mniejsza o to, że często wyimaginowane). Opuszczone przyłbice ograniczają pole widzenia jednak mężni wojowie tną mieczem powietrze. A nuż, ktoś się nawinie.

W londyńskim pubie pan Mieczysław wespół z panem Henrykiem wypili o kilka piw za dużo. Dochodzi do przepychanki z panem Johnem i panem Benem, którzy, pech chciał!, też tego dnia za kołnierz nie wylewali. Pan Mietek budzi się o świcie z podbitym okiem. Nie bardzo pamięta kiedy, gdzie i jak. Jednego jest jednak pewien – oto stał się ofiarą szerzącego się antypolonizmu. Polskie gazety sprawę nie tyle opiszą ile stworzą na nowo i z rozmachem nagłośnią.

Zdaje się, że lektura takich właśnie, mrożących krew w żyłach historii, natchnęła Rzecznika Praw Obywatelskich prof. Janusza Kochanowskiego. Na urzędowym papierze napisał trzy pisma: do Trevora Phillipsa – Przewodniczącego Komisji Równości i Praw Człowieka w Anglii, Alana Millera – Przewodniczącego Komisji Praw Człowieka w Szkocji oraz Monica McWilliams – Przewodniczącej Komisji Praw Człowieka Irlandii Północnej. Wszystkie, jak pisze Rzecznik, „w sprawie nasilających się w Wielkiej Brytanii gróźb oraz ataków w stosunku do Polaków na tle narodowościowym”.

Inicjatywa prof. Kochanowskiego wywołała konsternację zarówno nad Wisłą, jak i nad Tamizą. Wojciech Tuczyński, rzecznik prasowy Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii przyznał, że doniesienia mediów o agresji wobec Polaków na Wyspach nie są prawdziwe. „Rzeczywiście, zanotowaliśmy pewien wzrost przestępczości z udziałem Polaków. Dotyczy on jednak nie tylko przestępstw popełnianych na Polakach, ale także tych, których sprawcami są Polacy” – tłumaczy Tuczyński.

Niestety Rzecznik Praw Obywatelskich oparł się wyłącznie na doniesieniach prasowych, a te, jak wiemy, z rzetelnością nie zawsze mają wiele wspólnego. Podczas gdy angielskie tabloidy wyśmiewają się z polskich cwaniaczków (a tych, niestety, nie brakuje), ich polskie odpowiedniki (tabloidów, nie cwaniaczków) piszą o masowym prześladowaniu emigrantów. Na szczęście świat jest dużo bardziej złożony niż kreślą to brukowce.

Jestem realistą i wiem, że na terenie Wielkiej Brytanii (podobnie zresztą jak w wielu innych krajach) nie wszyscy pałają do nas miłością i sympatią. Ba, Polacy bywają ofiarami przestępstw kryminalnych; wielu zostało również oszukanych przez swoich pracodawców. Lepiej jednak, gdyby takimi sprawami zajęły się policja i niezawisłe sądy. Jeśli bowiem sprawiedliwość wymierzać będą żądne taniej sensacji gazety, to może lepiej już zacznijmy pakować walizki…

wtorek, 4 sierpnia 2009

Dźwięki na dobrą noc



Świat nieuchronnie zmierza ku upadkowi…

W słynnym domu handlowym Harrods, zainaugurowano dziś sprzedaż produktów świątecznych. 143 dni przed Bożym Narodzeniem… No to może tyle ja. Muzyka! Ino szybko!

Procesja





















Włosi słyną ze swoich procesji religijnych, które łączą misterium z teatralnym widowiskiem. Niektóre z nich, jak chociażby ta w Katanii organizowana ku czci patronki miasta – świętej Agaty, przyciągają setki tysięcy wiernych. Włosi o swoich procesjach nie zapominają także poza granicami ojczyzny. Jedna z największych od ponad 100 lat odbywa się w Londynie.

Rok 1883 to jedna z najważniejszych dat w historii włoskich emigrantów w Wielkiej Brytanii. Królowa Wiktoria wydała wówczas specjalne pozwolenie na zorganizowanie ulicznej procesji religijnej. Trzeba dodać, że procesji katolickiej. Od czasu przewrotu religijnego w roku 1534, włoscy katolicy jako pierwsi otrzymali takie właśnie pozwolenie. Od tamtej pory, niemal każdego roku (z wyłączeniem okresu II wojny światowej) odbywa się w Londynie słynna już procesja of Our Lady of Mount Carmel.

Procesja ściśle związana jest z najstarszą włoską parafią w Londynie – St Peter’s Italian Church (w której to pracuje przesympatyczny rodak nasz, ks. Rysio znaczy się Padre Ricardo). To tu mieści się główny „sztab” przygotowujący to wielkie przedsięwzięcie. Od 45 lat dyrektorem artystycznym procesji, jak nazywają go sami Włosi, jest Peter Bertocinii.

„Dla nas, Włochów, procesja religijna ma niezwykłe znaczenie” – mówi mi Peter Bertocinii. „Niemal każdy region Włoch organizuje procesje ku czci swoich lokalnych świętych. W Londynie połączyliśmy różne tradycje, tak, by każdy włoski emigrant mógł poczuć się w ten wyjątkowy dzień jak u siebie”.

Jak podkreślają organizatorzy, jeszcze do lat 50. ubiegłego wieku na londyńskiej procesji dominowały statuy świętych noszone przez wiernych. Potem pojawiły się także ruchome platformy, na których odgrywane są sceny ukazujące Mękę Jezusa Chrystusa.

Peter Bertocinii podkreśla, że w procesji w Londynie uczestniczą włoscy emigranci z różnych zakątków Anglii. „Przyjeżdżają tu pomodlić się, ale także by pobyć ze swoimi przyjaciółmi, których znają i pamiętają jeszcze z Włoch. Naszej procesji towarzyszy także wielki market, na którym sprzedawane są specjały z różnych zakątków naszej ojczyzny. Chcemy bowiem, aby tego dnia panowała tu prawdziwie włoska atmosfera. Wszyscy wiemy przecież, że religia i jedzenie są dla nas bardzo ważne” – z uśmiechem dodaje Bertocinii.

Od dwóch lat na procesji of Our Lady of Mount Carmel obecny jest także obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. To inicjatywa włoskiego proboszcza, który podczas pielgrzymki do Częstochowy tak zachwycił się tym wizerunkiem, że zapragnął go mieć także podczas procesji w Londynie.

A TataOliwki tak się włoską procesją przejął, że osłonę do obiektywu zagubił. Mamma mia!