Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 31 grudnia 2010

Idzie nowe!



Hyc-myc i koniec. Oby ten Nowy Rok był równie dobry, jak ten, który właśnie żegnamy. Wszystkiego radosnego i oby w naszym życiu pojawiali się przede wszystkim tacy przyjaciele/kompani/kochanki/mężowie/żony/partnerzy jak ci, na załączonym tu dzisiaj ruchomym obrazku. Czego Szanownemu Państwu i sobie przy tak zwanej okazji z całego serca życzę. Do życia!

wtorek, 28 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Pani nazywa się Julie Ann Baenziger i tworzy jednoosobowy – tak, tak – band pod nazwą Sea of Bees. No to z tegorocznej płyty „Songs for the Ravens” utwór 6 -
„Willis”. Smacznego!

Nie ma sprawiedliwości

Kto niósł na barkach swych strudzonych choinkę? Kto miejsce na paczki obfite przygotował? Kto zaś owych prezentów otrzymał najwięcej? Tak, Szanowne Państwo zgadło bezbłędnie – panna Oliwa znowu skakała najwyżej.

Tradycyjnie już największą radość sprawiły jej książki. Tak się bowiem składa, że wszystko co ma literki, Oliwka pochłania z radością niekłamaną. Zwłaszcza jak ma literki w mowie Szekspira (Mickiewicz Adam popularnością, póki co, nie cieszy się żadną). Trudno nam w to uwierzyć, ale ostatnimi czasy 100-stronicowe historyjki wciąga ów mol w jeden wieczór! Dobrze, że bibliotekę mamy zaraz za rogiem…

Z zupełnie innej beczki – wczoraj wieczorową porą w naszym domu radości było co niemiara. Arsenal wygrał z Chelsea 3-1! Karaś, co to niebieskim kibicuje całym sercem i na mecze chodzi (wczoraj też pojechał na derby), łzę pewnie uronił niejedną. Trudno. Może sprawiedliwość jednak jest…

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



A u nas o tak...

Mrs. choinka









W tym roku kupno świątecznego drzewka poszło nam niezwykle sprawnie. Może to za sprawą śniegu, który w momencie dokonywania zakupu zaczął sypać nad miastem Londyn z całą swą mocą? A może po prostu dlatego, że pani choinka wpadła nam wszystkim od razu w oko? Krótko mówiąc jest już pod naszym dachem: piękna, zielona i pachnąca lasem, dajmy na to, Sherwood.

Drzewo, rzecz oczywista, nieprzypadkowo jest tak słusznych rozmiarów. Pod jego rozłożystymi gałęziami musi się przeca zmieścić stos prezentów, które dla tak grzecznego chłopca jak ja, z całą pewnością już są pakowane na wielkie sanie. Nie ma obaw – dla panny Oliwy i małżonki osobistej nieco miejsca również przeznaczyłem.

A w ogóle to odrobinę wszyscy się smucimy, że święta tu, a nie tam. Wiadomo: rodzice, dziadkowie, siostry, najlepsze na świecie pierogi, trzaskające w kominku drewienka, śnieg po pachy, wspólne kolędowanie. O zmrożonej gorzkiej żołądkowej i wujku Tygrysie już nawet nie wspominam. Ech…

środa, 15 grudnia 2010

Szumią jodły na gór szczycie…

… kocham disco ponad życie – śpiewali moi ulubieńcy w programie KOC. Dziś ową pieśń nuciłem i ja, bowiem tuż po lekcjach panna Oliwa ruszy w tany na szkolnej dyskotece.

Jak na troskliwego ojca przystało, pokazałem córce kilka podstawowych kroków, obrotów i podskoków. Oliwa nie podzielała jednak mojego tanecznego entuzjazmu; co więcej ośmieliła się nawet podważyć moje dyskotekowe umiejętności! Ach gdyby dziecko tylko wiedziało jak tymi gibkimi biodrami i kocimi ruchami czarowało się przed laty dziewczęta w rodzinnych stronach. Piękne to były czasy, oj piękne…

Co zaś się tyczy Komicznego Odcinka Cyklicznego to właśnie znalazłem w Internecie kilkanaście jego odcinków! Jakość dźwięku i obrazu może i nienajlepsza, ale za to jaka jakość humoru! No i kiedy człowiek porówna to sobie z tym, co obecnie serwuje TVP w dziecinie tzw. humoru no to, powiedzmy szczerze, skala porównawcza kończy się niebezpiecznie szybko.

Niedawno czytałem w „Zwierciadle” felieton Wojciecha Młynarskiego, który twierdzi, że telewizja publiczna zabiła kabaret. Te wszystkie masowe chałtury – kabaretony w Opolu, Kołobrzegu i dziesiątkach innych miast – serwują rozrywkową papkę trzeciej, a może i czwartej kategorii. Trudno z Młynarskim Wojciechem się nie zgodzić, zwłaszcza, gdy człowiek próbuje obejrzeć kabarety w TVP. Próbuje jest tu najwłaściwszym słowem, bo poza Andrzejem Poniedzielskim, Arturem Andrusem i Hrabi – których to artystów pokazuje się niewiele (zawyżają poziom, czy jak?) – nie ma na kogo patrzeć. O śmianiu się już nawet nie wspomnę.

No to może żarcik na koniec, co by nie było tak smutno:
Przychodzi baba z urwanym uchem do straganu, krew się leje, pryska naokoło:
- Pani mi da jeszcze jedną siatkę, bo mi się ucho urwało...

czwartek, 9 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Pan nazywa się Devendra Banhart. No to może tyle ja. Proszę trzymać się mocno. Smacznego!

Niezwykła teoria Sylwii F.

No i znowu problem z okiem lewym. Dla przypomnienia: W listopadzie 2008 r. (tak, tak – 2 lata temu!) wracałem z małżonką osobistą z koncertu zespołu HEY. W ów pamiętny wieczór nie wypiłem nawet jednego piwa, no i stało się. Odwodniony i wyczerpany spotkałem się z gałązką bliżej mi nieznanej rośliny. Roślina oko spenetrowała tak dokładnie, że do dziś mam z tym problem.

Od tego czasu trzykrotnie odwiedziłem tutejszy szpital okulistyczny; w ubiegłym roku byłem też u medyków w Polsce. Maści, kropelki i kilka miesięcy spokoju. Niestety oczko lewe lubi o sobie przypominać.

Przypominanie polega mniej więcej na tym, że budzi się człowiek ciemną nocą z okropnym bólem i jeszcze większym łzawieniem. Szlochałem noc jedną, drugą i trzecią. Piszczałem i podskakiwałem. W końcu – za namową polskiego doktora – wybrałem się do prywatnej kliniki.

Sympatyczny doktor przebadał mnie chyba wszystkim, co miał na stanie. Okazało się, że rogówka (najdelikatniejsza część ludzkiego ciała; posiada mnóstwo zakończeń bólowych – to dla tych, którzy myślą, że TataOliwki twardzielem nie jest! W zasadzie no nie jest…) nadal jest lekko uszkodzona. Przez 6 kolejnych tygodni muszę używać specjalnych mikstur. Jeśli to nie pomoże, czeka mnie półroczna współpraca ze specjalną soczewką. Jeśli i to nie naprawi, tego co naprawić powinno – laser. Mam jednak nadzieję, że na maści poprzestaniemy.

Czas zatem na tytułową teorię małżonki osobistej. Oko boli i łzawi, bo… piję za dużo alkoholu. Napoje procentowe powodują skoki ciśnienia tętniczego krwi, a że rogówka delikatna wielce, no to owe skoki dokuczają mi znacząco. Nieźle sobie wykombinowała, co nie? Pytam zatem pana medyka. Pan robi duże oczy (wiadomo, okulista), potem jeszcze większe i… wybucha śmiechem. „Masz Pan bardzo troskliwą żonę” – mówi. „Niestety, dla Pana na szczęście, alkohol nie ma tu nic do rzeczy”. Odetchnąłem z ulgą.

Małżonka osobista z diagnozą angielskiego lekarza nie może pogodzić się do dziś. Już zapowiada, że znajdzie mi takiego doktora, który nie tylko oko wyleczy, ale i potwierdzi prawdziwość jej teorii… No i weź tu człowieku nie kochaj takiej kobiety!

wtorek, 7 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Berry, po prostu Berry. Nie żadna tam Halle Berry, ale urodziwa francuska szansonista, która śpiewa tak, że nie tylko Oskar będzie miał radosne sny. Tytułowy utwór z albumu „Mademoiselle”. Rok 2008, Smacznego!

Bonjour Monsieur Oskar!




No i jest! Kto? Ano kolejny członek naszej emigracyjnej kompanii.

Powiedzmy to wprost: Oskarowi zbytnio się nie spieszyło. Nie dość, że posiedział u mamy Asi nieco dłużej niż powinien, to jeszcze potem za żadną cholerę wygodnego lokum opuścić nie chciał. Oszczędzę Szanownemu Państwu szczegółów, ale lekko nie było. Oj nie było.

Najważniejsze, że Oskar jest już z nami. Matka Polka wniebowzięta, Tata Francuz oszołomiony. Oliwa stwierdziła, że jest słodki, a małżonka osobista uśmiechała się i piszczała z zachwytu. Czyżby w końcu się złamała, przełamała, zdecydowała? Czyżby pojawienie się Oskara było szansą dla dalekosiężnych i – jakby niebyło – obfitych planów TatyOliwki? Nie tracę nadziei i na posterunku wiernie czuwam…

PS. Prawda, że małżonka osobista z niemowlęciem na rękach wygląda więcej niż uroczo?

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Na skołatane nerwy nic tak nie pomaga, jak dwa łyki wybornej muzyki. Zajrzyjmy więc dzisiaj do słonecznej Australii i tam wsłuchajmy się w psychodeliczno-rockowy eliksir formacji Tame Impala. Aż trudno w to uwierzyć, ale czwórka młodzieńców z Antypodów dopiero w tym roku nagrała swój pierwszy album zatytułowany „Innerspeaker”. Z tego właśnie wydawnictwa niechaj zabrzmi nam donośnie utwór „Half Full Glass Of Wine”. Słuchać głośno, nawet bardzo. Smacznego!

Wielki D.

Jakiś baran, tudzież oślica ukradł z mojego wirtualnego pamiętniczka zdjęcie panny Oliwy i z kretyńskim komentarzem umieścił na demotywatorach. Oj działo się, działo.

Najpierw zaalarmował mnie Pan Marek. Potem Asia no i kolega Akustyk. Ba, z zasypanej śniegiem Holandii zadzwoniła nawet wzburzona szwagierka. Krew zagotowała się również w żyłach siostry osobistej. O reakcji małżonki nawet już nie wspominam…

Napisałem więc do administratora strony nie tyle jako autor skradzionej fotki, ile – nie bójmy się tego słowa – wkurwiony zaistniałą sytuacją ojciec panny Oliwki. Rychło otrzymałem odpowiedź: „Witam. Usunięte. Wielki Demotywator”.

Dobrze, że tak szybko. Złość minęła, choć przyznam uczciwie klapsa łobuzowi sprawiłbym i dziś.

piątek, 3 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Wiele bym dał, oj wiele, żeby móc tego Artystę posłuchać na żywo. W Londynie bywa rzadko, a jak już bywa, to bilety rozchodzą się w tak zwany mig. Może w przyszłym roku będę miał nieco więcej szczęścia? Póki co, na otarcie łez, coś z ostatniej płyty. Antony and the Johnsons i kompozycja „Salt Silver Oxygen”. Rok 2010, Smacznego!

Na tapczanie siedzi leń


Godzina 9 rano, a Oliwa nadal wygrzewa się w swoim łożu. Cóż to oznacza? Ano to, że leniuchowania ciąg dalszy, dokładnie dzień trzeci.

Małżonka osobista wczesnym rankiem pomknęła znowu do herbaciano-kawowej pracy. Jak zwykle wykorzystała to panna O., która wgramoliła się do naszego łóżka i z błogim uśmiechem oznajmiła: „Och, jak dobrze sobie poleniuchować”. Pewnie, że dobrze! Czego i Szanownemu Państwu też czasami (pamiętając, że co za dużo, to niezdrowo) życzymy.

czwartek, 2 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Krótko, trzy słowa: Pustki, „Lugola”, Uwielbiam!

Śnieg i cebula


Rozpaczy ciąg dalszy. Szkoła panny Oliwki zabita dechami na dobre więc Szanowne Państwo samo rozumie ile smutku w tych dniach w naszym domu.

Rozmawiałem właśnie z małżonką osobistą, która dzielnie przebija się do pracy. Pociągi nie jeżdżą więc jedyna nadzieja w autobusie czerwonym. No to mknie ów pojazd 5 mil na godzinę, ślizgając się tu i ówdzie. Szalony!

Podczas wczorajszej konsumpcji zupy pomidorowej – nie muszę chyba dodawać, że pysznej jak mało gdzie – Oliwka, która warzywa uwielbia zasadniczo wszystkie z poważną miną oznajmiła co następuje: „Tato, dzisiaj nie będę jadała cebuli, bo pada śnieg. Jak jest śnieg, to cebula mi nie smakuje”.

Gdyby kobieta przestała być zagadką, świat stałby się nudny…

A na załączonym obrazku: poranne włosów rozczesywanie. Rosną, oj rosną. Podobnie jak ich dumna właścicielka.

środa, 1 grudnia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Pogoda jaka jest każdy widzi. No to może coś adekwatnego do tego, co za oknem? (zwłaszcza oknem krajowym, biało-czerwonym). Ach, cóż to był za program! KOC, czyli Komiczny Odcinek Cykliczny, a w nim m.in. Kuchnia Pełna Niespodzianek, Ze wspomnień dyrektora cyrku, no i oczywiście Dyszcz, czyli Dyskoteka Szarego Człowieka. Do dziś to, co robili wówczas Sławomir Szczęśniak i Grzegorz Wasowski uchodzi w naszym domu za klasykę rozrywki pysznej i wybornej. Lata mijają, ale nadal bawię się przy tych dźwiękach zasadniczo znakomicie. Czego i Państwu z całego serca życzę. „Pada śnieg”, rok 1996. Smacznego!

Zima, zima, zima...


W mieście Londyn temperatura w okolicach zera, na ulicach 2, no może 3 centymetry śniegu. Jednym słowem – kataklizm!

Na okoliczność owej jakże srogiej zimy zajęcia w szkole panny Oliwy skrócono wczoraj o całą godzinę. Dziś zaś szkołę po prostu zamknięto. Z mrozem i śnieżycą nie ma przeca żartów!

Wiadomość o zamkniętej szkole Oliwka przyjęła z radością niekłamaną (nie to co jej papa przed laty wielu, kiedy to zamknięciu szkoły towarzyszył szloch, płacz i włosów wyrywanie…).

Zjedliśmy więc już pyszne ciacho z jabłkami i cynamonem, potem zabieramy się za przygotowanie pomidorówki. No i jeszcze obejrzymy sobie kolejny odcinek naszego ulubionego „Life” Davida Attenborough. Dziś z pokładu naszego domowego batyskafu przyjrzymy się m.in. kałamarnicom, rozgwiazdom i ośmiornicom. Cała naprzód ku nowej przygodzie!

Na załączonym obrazku: zrozpaczona Oliwka z dala od szkolnych murów…

wtorek, 30 listopada 2010

Dźwięki na dobrą noc



Za oknem śnieg więc w naszej kuchni muzycznych uniesień coś na rozgrzanie. Skoro rozgrzanie, to Brazylia. Skoro zaś Brazylia, to Elis Regina. No i w końcu skoro aura jak najbardziej zimowa, to jeszcze Święty Mikołaj (alias Hermeto Pascal) we własnej osobie na klawiszach daje tak, że rozpływa się nie tylko śnieg… Smacznego!

Emigranty nie gęsi, też swój śnieg mają…



Oliwka zerknęła przez okno, pisnęła (czyt. wrzasnęła), podskoczyła do góry. Krótko mówiąc sypnęło dziś i u nas!

Tak, wiem. Tutejszy śnieg, w porównaniu z tym krajowym to żaden śnieg. Krajowy bardziej biały, bardziej puszysty, bardziej śnieżny. Cóż, nie można mieć jednak wszystkiego. Póki co cieszymy się tym, co mamy. Zwłaszcza, że za chwilę owego produktu śnieżnopodobnego już pewnie nie będzie. Nie to co w kraju…

Jeśli już mowa o kraju, to właśnie dostałem opieprz od Państwa Rodziców. Otóż Krystyna wraz z Aleksandrem drogą zakupu nabyli właśnie komputer osobisty. Nie dość, że kupili to jeszcze na kurs komputerowy zaczęli uczęszczać! No i tym oto sposobem weszli na ów zakurzony już nieco blog, no i zaczęło się. Mam zatem zakasać rękawy i zamiast odśnieżać przydomowy chodnik wirtualny pamiętniczek do życia przywrócić i to chyżo! Żądanie Pani Matki rzecz święta więc oto i jestem i być zamierzam nadal.

A na tak zwanym marginesie zapytuję: czy ujawnione właśnie na WikiLeaks depesze amerykańskiej dyplomacji mają jakiś związek z Aleksandrem F.? Czy to przypadek, że Aleksander F. w tym samym czasie a/ kupił komputer, b/ rozpoczął intensywny kurs? Niczego, rzecz jasna nie sugeruję, ale…

A na załączonym obrazku widok z naszego okna. Zima, jak daję słowo!

środa, 20 października 2010

Małe jest piękne…



Ze Szczotką i Marcinem wybrałem się wczoraj na koncert Małych Instrumentów oraz Pierra Bastiena, francuskiego Pomysłowego Dobromira w dziedzinie konstruowania muzycznych urządzeń wszelakich.

Co ja dużo będę pisał (zresztą – jak widać po moim wirtualnym pamiętniczku – ostatnio słabo, słabiuteńko) było tak, jak śpiewał Miecio Szcześniak w „Kingsajz”: Małe jest piękne! Zresztą niech Państwo przekona się samo.

PS. Spieszę dodać, że na koncert wybrałem się ultranowoczesnym pojazdem mechanicznym drogą zakupu nabytym przez Marcina. Pojazd taki, że jak pisnąłem tylko, że zimno nieco, kolega M. włączył w moim przepastnym foteliku grzałki, kaloryfery, piekarniki i cholera wie co tam jeszcze. Pisnąłem ponownie. Tym razem lekko przypalony. Czego to ludzie nie wymyślą, panie!

środa, 29 września 2010

Dla dzieci o mocnych nerwach



Artur Andrus, jeden z moich ulubionych rozśmieszaczy, zapytał kiedyś swoich radiosłuchaczy o to, czym (albo kim) byli straszeni w dzieciństwie.

Tata TatyOliwki miał w zwyczaju straszyć mnie i moją siostrę… siedzibą PZPR. Ilekroć przechodziliśmy w okolicach białego domku (a wracając z przedszkola przechodziliśmy pięć dni w tygodniu), papcio kazał nam chować cukierki. Owego żarciku (dziś piszę „żarcik”, ale wtedy to był przeca koszmar, starach i rozpacz) szczególnie nie lubiła nasza mama, która obawiała się, że historię o „smutnych panach zabierających słodkości” zaniesiemy do naszej placówki wychowawczej. Czy zanieśliśmy? Tatko za karatami nie był, więc chyba jednak nie.

Panna Oliwka – póki co – straszona nie jest. Pomysłów nam brak, czy jak?

A u Andrusa Artura bardzo spodobała mi się historia pewnej pani z Bydgoszczy („Do Bydgoszczy będę jeździł!"), której mama starszyła ją i jej siostry mówiąc „idzie grupa VOX”…

Ratunku!

czwartek, 23 września 2010

Łza w oku, a w zasadzie dwóch

Tak, wiem zaniedbuję okropnie swój internetowy kajecik. Na ale dziś nie o tym.
W tygodniku „Przekrój” znalazłem właśnie zdjęcia kina „Helios”. To właśnie tu spędziłem 8 pięknych lat swojego życia. Któż zliczy dziś wszystkie obejrzane filmy, przedarte bilety, no i romantyczne wieczory na dachu rzeczonego przybytku? O innych historiach (jak zawsze – mrożących krew w żyłach) może innym razem…

Niech Państwo cieszy się razem ze mną:
http://www.przekroj.pl/galerie_fotogalerie_galeria.html?galg_id=1478

piątek, 13 sierpnia 2010

Szczęśliwa Siódemka


Na załączonym obrazku panna Oliwa radosnym krokiem wkracza w czwartą wiosnę swojego życia. To było trzy lata temu. Znaczy się dziś, 13 sierpnia Oliwa świętuje swoje siódme urodziny! Jak ten czas zapie…, pędzi, och jak pędzi.

Oliwa w Polsce, my w mieście Londyn. Jakoś pusto, jakoś smutno, jakoś trochę nijako. Inna sprawa, że babcia Krysia, jak to babcia Krysia, przygotowała na dzisiaj moc atrakcji wszelakich. Będzie impreza, będzie spora załoga grudziądzkich kumpli i kumpelek, będą tańce, hulanki, swawole.

3 września (dopiero!) Oliwa wraca nad Tamizę. Wtedy zostanie należycie uściskana i radośnie podrzucana. Dziś tylko przez telefon. Życie.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Dźwięki na przebudzenie piszącego



Żyję, mam się dobrze, pracuję. Patrząc jednak na pajęczyny, którymi obrósł mój wirtualny kajecik, należałoby także dodać, że leniuchuję. Siły blogowe mnie jakoś ostatnio opuściły i choć dzieje się doprawdy wiele, z dzieleniem się jakoś niespecjalnie mi wychodzi. Mam nadzieję, że rychło się to odmieni.

Póki co pioseneczka radosna, która ostatnimi czasy nie opuszcza mnie ani przez chwilę. Stornoway z miasta Oxford i „Zorbing”. Smacznego!

czwartek, 13 maja 2010

Z domowego kurnika





Panna Oliwka wystąpiła właśnie na deskach szkolnego teatru. Megaprodukcja „Mała czerwona kura” wzbudziła niekłamany zachwyt recenzentów wpływowych magazynów. Publiczność szalała, nieletni kawalerowie wzdychali, TataOliwki pierś dumnie prężył.

Telefony dosłownie się urywają. Dzwonią dyrektorzy teatrów, przedstawiciele uznanych impresariatów, agenci z East Endu. Oliwa, jako Mała czerwona kura dała z siebie dosłownie wszystko. Ziarnka dziobała, kuperkiem kręciła, pazurkiem radośnie skrobała. Bravo bravissimo!

No co ja, biedy miś, mogę? Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić! Znaczy z niej. W roli koguta czuję się wybornie…

poniedziałek, 10 maja 2010

Dźwięki na dobrą noc



Swoje 50 urodziny świętuje dzisiaj pan Paul Hewson, znany nam jako Bono. W naszej kuchni muzycznych smakołyków pieśń, którą z pewnością zapamiętam do końca życia. A wszystko za sprawą klasy I b, znaczy się klasy, w której w zamierzchłej przeszłości TataOliwki naukę pobierał (a przynajmniej pobierać próbował).

Otóż klasa I b razu pewnego wystawiła własną wersję utworu „Numb” zespołu U2 właśnie. Wersja bardzo podobna, do tej, którą Szanowne Państwo za chwilę tu zobaczy. Mała różnica jest jednak taka, że 17 lat temu w auli I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego po pysku dostałem ja, nie The Edge. Sto lat!

Pyszny początek!




No i stało! Oliwkowa Wytwórnia Fotografii Ślubnej wykonała zlecenie nr 1. Od soboty, 8 maja już nic nie będzie takie same (takie samo?).

Powiem tak: nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego początku. Fantastyczna Para Młoda, sympatyczni goście, wyborny didżej, co to pił więcej niż Smok Wawelski i grał tak, że nóżki same na parkiet niosły. A jeśli do tego dorzucimy jeszcze pewne ponętne dziewcze, które mojego fotograficznego partnera uwodziła dość bezpośrednio („Ooo, jaki masz ładny obiektyw”, „A może jedno zdjęcie bez tej bluzeczki?”), wyborne jedzenie (mama Panny Młodej: „No zostawcie już te aparaty i zabierajcie się do jedzenia”; John, Pan Młody: „Starczy, starczy. Tam jest bar”; Katharine, Panna Młoda: „Co by Wam tu jeszcze przynieść?”) i pewnego wujka, przy którym John Travolta w „Gorączce Sobotniej Nocy” to początkujący fordanser, mamy częściowy obraz tego, jak było.

Ach, gdyby wszyscy klienci Oliwkowej Wytwórni Fotografii Ślubnej byli tacy, jak Katherine i John…

No to, do pracy. Trzeba wybrać najlepsze fotki i przygotować album.

środa, 5 maja 2010

Śniadanie na trawie




















W mieście Londyn świeci słońce. Nie oznacza to jednak, że jest ciepło, bo nie jest. A jeszcze tak niedawno pogoda była więcej niż wyborna. Zwłaszcza wtedy, kiedy wesołą kompaniją wybraliśmy się na radosne piknikowanie.

Na małą chwilę wpadł nad Tamizę nawet nasz ukochany Radzias. Przyleciał na koncert niemieckich elektroników, co to dźwięki wydają zasadniczo zagadkowe. No i przy tak zwanej okazji wpadł w swoim wystrzałowym obuwiu na naszą lokalną górkę, co by piwka zimnego się napić i powspominać jak to drzewiej bywało.

Sekcja sportowa – bo i taka w naszej rodzinie występuje – ubrana w kostiumy drużyn wszelakich uganiała się za taką okrągłą kulką wydając przy tym radosne okrzyki (sekcja nie kulka). Biegali, sapali, o napoje regenerujące upraszali się bezustannie. Że niby sport, to zdrowie? Nie z TatąOliwki takie numery!

środa, 28 kwietnia 2010

Narzeczona para…







...Jacek i Barbara! – darłem się jako pacholę przed laty wielu. Nigdy mi wówczas do głowy nie przyszło (bo i jak przyjść mogło?), że dwadzieściakilka lat później będę takie właśnie pary obfotografowywał, i to obfotografowywał w kraju zasadniczo innym.

Młodzi, piękni i zdolni, czyli nieokiełznany duet GreenOliveWedding szykuje się właśnie do swojego pierwszego ślubu (żeby nie było – nie naszego wspólnego, bo te mamy już przeca za sobą). Na dobry początek Katherine i John.

W naszej skromnej wytwórni fotografii ślubnej proponujemy bezpłatną sesję narzeczeńską. Jest czas by się nieco lepiej poznać, by pokazać jak pracujemy (albo przynajmniej jak pracować próbujemy), no i po trzecie, by zakochani (chcę wierzyć, że tylko tacy będą do nas trafiać) zobaczyli, że fajne z nas chłopaki.

Wybraliśmy się więc na spacer i oto garść tego, cośmy na tym spacerze upolowali.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Zmiany, zmiany, zmiany…



Nowe mieszkanko, nowy widok z okna, nowe kolory (Oliwki pokój fioletowy, przedpokój pomarańczowy, nasz zielony), nowy dostawca Internetu (w końcu!), nowy aparat (jeszcze w drodze), nowe ubytki w zębach…

piątek, 16 kwietnia 2010