Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 25 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Pod koniec marca w sklepach ukaże się 9 album PJ Harvey. A ja od kilku dni nucę sobie i nucę utwór tej pani sprzed lat dziewięciu. Pieśń zwie się „This is love” i pochodzi z krążka „Stories from the City, Stories from the Sea”. Rok 2000. Smacznego!

W nas cała nadzieja...




To dopiero początek roku, ale już znalazłem mocnego kandydata do mojego prywatnego rankingu „Emigracyjna Głupota Roku 2009”. Nominacja trafia dziś do portalu Onet.eu za artykuł „Chcemy polskiej rewolucji na Wyspach”.

Na stronie startowej wielki napis „Wyspy do poprawy”. Kto chce poprawiać? Oczywiście Polacy.

Autor tekstu zebrał niezadowolonych emigrantów, by wspólnymi siłami („Kupą mości panowie, kupą!) naprężyć mięśnie, paluszkiem pogrozić i nóżką z niezadowolenia tupnąć. Onet.eu przekonuje, że gospodarze tego kraju to chamy jakich mało. Na szczęście przyjechaliśmy my, Polacy. W nas cała nadzieja i przyszłość dla tej upadłej krainy.

„Co do poprawy, co do zmiany, czego Brytyjczycy mogliby się od nas nauczyć?. Pracowitości, dbania o rodzinę, oszczędności i większej higieny, zwłaszcza miejsc publicznych. Tego waszym zdaniem mieszkańcy Wysp mogliby się nauczyć od Polaków. Problem jednak w tym, że Brytyjczycy wcale nie garną się do nauki” – informuje ze smutkiem Onet.eu.

Skandal! My, kryształowi i pod każdym względem wyjątkowi Polacy niesiemy kaganek oświaty, a oni bezczelnie odwracają się plecami! I to we własnym kraju! To się nie mieści w głowie!

Onet.eu przekonuje, że „lista życzeń” skierowanych do mieszkańców Wielkiej Brytanii, jest naprawdę długa. „Zacznijmy od rodziny. – Jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie i relacje rodzinne to są to pola do dyskusji – uważa Joanna. – Jest tu mnóstwo starych samotnych ludzi, którymi nie zajmuje się rodzina, tylko raczej patrzą w stronę państwa, jeśli trzeba im pomocy. Bardzo wielka samotność, siedzą całymi dniami w tych małych bunkierkach, patrząc w telewizor i pięć razy na dzień karmiąc kota. Tak latami czekają na śmierć – dodaje”.

W Polsce taka sytuacja jest oczywiście nie do pomyślenia. Po pierwsze w naszym kraju w ogóle nie ma ludzi samotnych. Po drugie nie ma także małych bunkierków (Polacy, jak wszyscy wiemy, mieszkają wyłącznie w luksusowych willach). O karmieniu kotów nie ma co nawet wspominać, bo polscy emeryci mają tyle pieniędzy, że większość z nich utrzymuje prywatne ogrody zoologiczne.

Autor tekstu, ustami zniesmaczonych emigrantów przekonuje ponadto, że Brytyjczycy: „nawet nie interesują się rozwojem rodzinnym”, „raczej nie zapraszają do swoich domów”, „marnują swój czas, a przede wszystkim pieniądze”, „mają problemy z higieną”. Oczywiście to nie wszystko. Polak oczy ma dobre (przepraszam: najlepsze) to i wszystko zobaczy. A jak już zobaczy, to i powie (wiadomo: jesteśmy najbardziej szczerzy).

Brytyjczycy muszą więc zmienić (trzeba było jeszcze dopisać: bo w przeciwnym razie się obrazimy i wyjedziemy!): jedzenie („raczej niedobre i niezdrowe”), pogodę („wiosna jest w Polsce przepiękna”), służbę zdrowia („strach przed otruciem, złą diagnozą”), a także system miar („nie można tak ciągle operować w tych swoich archaicznych miarach”). Królowa Elżbieta II może odetchnąć z ulgą – Onet.eu (póki co) nie domaga się zniesienia Korony.

„Wyspy do poprawy” są wzorcowym wręcz przykładem polskiej megalomanii, a przy okazji nieudolną próbą leczenia narodowych kompleksów. Szkoda tylko, że w swojej oświeceniowej krucjacie autor zapomniał o pewnym subtelnym szczególe: większość z nas jest tu dlatego, że Brytyjczycy dali nam taką możliwość. Zaproszono nas i stworzono warunki, byśmy mogli nie tylko pracować, ale także godnie żyć. I to bez kompleksów...

***
Na załączonych obrazkach Szanowne Państwo może zapoznać się z fragmentem roślinności w niewielkim parku tuż obok mojej pracy. Kwiatki niby wiosenne, niby ładne, niby pachnące. Gdzież im tam jednak do „tych pól umajonych kwieciem rozmaitym, posrebrzanych pszenicą, pozłacanych żytem”...

wtorek, 24 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Ostatnimi czasy to mój ulubiony teledysk (no a pan techniczny zwala mnie z nóg…). „Life in Technicolor” i zespół Coldplay. Rok 2008. Smacznego!

***
I jeszcze coś z zupełnie innej beczki. Dzisiaj otrzymałem taki oto liścik od pani Moniki Dagmary M. (nazwisko do wiadomości panny Oliwy): „Ten blog który założyłeś jest beznadziejny, skończ z tymi zapiskami bo czytać tego nie można – dziwię się z czego to wyróżnienie. Córka paskudna jak czarna listopadowa noc mogłaby w horrorze występować, chętnie zobaczyłabym żonę – albo lepiej nie bo będę miała straszne sny w nocy. Pozdrawiam rodzinę Adamsów”.

No to od dzisiaj śpię przy zapalonym świetle…

Urządzenia mechaniczne



W ostatnim numerze tygodnika „Cooltura” (bezpłatne pisemko, w którym artykuły są dodatkiem do reklam) znalazłem takie oto ogłoszenie: W miarę przyzwoity pan z własnym dostępem do urządzeń mechanicznych pozna panią w średnim wieku…

No i kto mówił, że na emigracji nie może być wesoło?

***
Na załączonych obrazkach: dżentelmenów dwóch przed pubem (a gdzieżby indziej!). Obrazki wykonane tuż po wyjściu z Loży Masońskiej na Covent Garden (Ogromny gmach Freemasons' Hall mieści m.in. muzeum i świątynię z 1700 miejscami siedzącymi).

Czy któryś z nich może być autorem przywołanego anonsu? Jak najbardziej. Są przyzwoici (ale tylko w miarę), no i mają dostęp do urządzeń...

poniedziałek, 23 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Zasłuchuję się ostatnio ostatnią płytą Motion Trio. Akordeonowe trio pochodzi z miasta Kraków i niebawem zagra koncert w mieście Londyn. 8 kwietnia w Barbican Centre panowie zagrają wspólnie z Michaelem Nymanem (fortepian) i jego zespołem W repertuarze znajdą się m.in. utwory do filmów Petera Greenaway'a oraz kompozycja napisana specjalnie na tę okazję, w premierowym wykonaniu Motion Trio i Michael Nyman Band. Już nie mogę się doczekać!

A w oczekiwaniu na ów koncert nasza kuchnia muzycznych uniesień serwuje dzisiaj posiłek regeneracyjny, czyli Motion Trio i Bobby McFerrin. Rok 2002. Smacznego!

Home Sweet Home


No i wróciły. Wypoczęte, radosne, i powiedzmy to otwarcie: wielce stęsknione (oczywiście…). No to może tyle na dzisiaj ja. Szanowne Państwo pewnie zrozumie…

PS. Wraz z dziewczętami przyjechała również słusznej wagi statuetka z blogowej Gali (już stoi na półce z filmami) oraz dwa dyplomy (już leżą w koszu, bo: a/ brzydkie, b/ z błędami napisane). Najbardziej ucieszyłem się jednak z prezentu od naszych warszawskich Druhów – Ciotki Niny i Wuja Jarka…

Na załączonym obrazku modelka O. prezentuje rzeczony podarek ze stolicy: eleganckie odzienie wierzchnie skrojone z pierwszorzędnej tkaniny. Odzienie skrojone na miarę, ale na miarę nieco innego modela...

piątek, 20 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Śpiewający Pączek raz! Znaczy się piosenka z przywołanego tu dzisiaj filmu „Piętro wyżej”. Młody pan Pączek, czyli Eugeniusz Bodo w przedwojennym szlagierze „Umówiłem się z nią na dziewiątą”. Rok 1937. Smacznego!

A TataOliwki umówił się na 17.00. Jutro na lotnisku. Huuurrrraaa….

Twardy czwartek


Wczoraj był czwartek, do tego tłusty. Niestety nie wszędzie. U nas na ten przykład czwartek był twardy.

Widomo – ostatni czwartek karnawału jest czwartkiem rozpusty i pączkowego obżarstwa. Udała się więc moja szefowa do polskiego sklepu aby tradycji stało się zadość. Okazało się jednak, że tegoroczne pączki przybyły do miasta Londyn z bardzo daleka (dziwne, bo przecież nad Tamizą z powodzeniem działa kilka polskich piekarni). A skoro z daleka, to i długo w podróży były. No, a jeśli podróż długa, to nie tłuste, a twarde właśnie.

Nie daliśmy się jednak twardym pączkom tak łatwo. Hyc, na chwilę do mikrofalówki i pączek już nie dwutygodniowy, a zaledwie trzydniowy. Pychota! Marmolada pyski nam parzyła, ale na całe szczęście pod ręką było zacne wino więc bąbli na wargach uniknąć się dało.

Tak, to są właśnie te chwile kiedy człowiek chciałby usiąść w jakieś grudziądzkiej cukierni i świeżym, dopiero co z pieca wyjętym, pączkiem się delektować. Cóż, nie można mieć wszystkiego…

A gdyby ktoś zapytał, dlaczego to zachciało mi się pączków z polskiego sklepu nie zaś z angielskiego spieszę donieść, że za oponkami obtaczanymi w cukrze zbytnio nie przepadam. Co ja piszę?! No zwyczajnie tego angielskiego paskudztwa nie znoszę!

***
A pączki to jakoś zawsze kojarzą mi się z uroczą przedwojenną komedią pomyłek „Piętro wyżej”. W jednej kamienicy dwa Pączki sobie żyły. Pączek młody, czyli Eugeniusz Bodo był spikerem radiowym, pączek stary (Hipolit Pączek) był zaś właścicielem owej kamienicy. Oba Pączki za sobą zbytnio nie przepadały, ale jak to w uroczych filmach bywa – tylko do czasu…

***
Na załączonym obrazku Szanowne Państwo może podziwiać twarde pączki z miasta Londyn. Ze świeżymi pączkami z miasta Grudziądz – poza nazwą – nic wspólnego jednak nie mają. A szkoda.

A obrazek wykonany świeżo nabytym aparatem kieszonkowym. Świeżo nabyty aparat kieszonkowy już od soboty przejdzie w ręce małżonki osobistej, która – mam nadzieję – czasami też da staremu popstrykać...

środa, 18 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Do szczęścia potrzeba tak niewiele. Prawda? Jednoręki Bandyta zapodał był właśnie fiński kwartet „Loituma”. I to właśnie, proszę Szanownego Państwa, w muzyce lubię najbardziej... „Ievan Polkka”, rok 1995. Smacznego!

Lis, lis szczury gryzł…


W mieście Londyn żyje podobno 10 tysięcy lisów. Jednego z nich spotkaliśmy właśnie w ogródku naszych sympatycznych sąsiadów.

Tak naprawdę myśleliśmy, że pan lis zrobił sobie poobiednią sjestę. Okazało się jednak, że to nie leniuchowanie, a jakieś choróbsko (podejrzewamy posiłek ze szczura tudzież posiłek z trutki na szczura).

Koniec końców, sąsiadka Lucy zadzwoniła do RSPCA (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals – Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Zwierząt) z prośbą o pomoc. Przyjechali więc panowie, lisa w kocyk zawinęli i na rekonwalescencję zabrali. Do usłyszenia zatem panie lisie! Bo trzeba Państwu wiedzieć, że ulubionym zajęciem pana lisa (tego czy tamtego) jest koncertowanie pod naszymi oknami. A owo wycie (znaczy śpiewanie) najlepiej wychodzi mu/im grubo po północy…

wtorek, 17 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Koledzy sympatyczni prawie porcięta wczoraj pomoczyli, kiedy włączyłem im to, co serwuję dzisiaj w naszej kuchni muzycznych uniesień. Śmiechów i żartów nie było końca, bo: a/ koleżeństwo stwierdziło, że muzyka jest beznadziejna; b/ ośmieliłem się powiedzieć, że te dźwięki to całkiem przyjemne rockabilly (inna sprawa, że użyłem uroczego słówka „rockabillyty” – szydercom i prześmiewcom bardziej wyłożyć się już nie mogłem…).

No dobrze. Zespół nazywa się Glasvegas i pochodzi z miasta Glasgow. Kilka miesięcy temu grupa wydała swój debiutancki album, który podoba mi się bardzo, a w zasadzie coraz bardziej. No to może „Daddy's Gone”. Rok 2008. Smacznego!

Przyjęcie walentynkowe (?)










W minioną sobotę obchodzony był – tu i ówdzie – Międzynarodowy Dzień Zakochania tudzież Zakochanych. Z Polski przyleciały do nas na tę okoliczność dwie dorodne walentynki: Jędrzej vel Duża Broda (czyli brat Wuja Dancia) oraz Michał vel Jednoręki Bandyta (brat nas wszystkich).

Jak było? Grubo było! (Historyjka: sześcioletnia Maja gra w domino ze swoim tatą, Jędrzejem właśnie. Duża Broda wykłada kostkę, a Maja na to: „Ooo, grubo”…). Na wieczorne witanie gości przybyło towarzystwo wesołe, i jak się szybko okazało – także i nieco spragnione. Spragnione zarówno najnowszych wieści z Kraju, jak i odrobiny gorzkiej żołądkowej, whisky, ginu, wina i piwa (wedle smaku, wedle upodobania, wedle organizmu wytrzymałości).

Nasze dorodne walentynki zostają do soboty. W sobotę wylecą, przyleci zaś małżonka osobista z Oliwą. Ach, cóż za przypadek...

***
Podczas walentynkowego biesiadowania obrazki – w myśl hasła: Zakochani Do Aparatów! – wykonywali Szczotka, Ciotka Ola oraz TataOliwki (Pozostali też chyba zakochani, ale co z tego – aparat był jeden więc się nie dopchali...).

poniedziałek, 16 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



W naszej kuchni muzycznych smakołyków pora na houskový knedlík, czyli dźwięki z miasta Praga. Zespół nazywa się Please The Trees i gra o tak właśnie. Smacznego!

Pan złota rączka





Czasu oszukać się nie da. Płynie sobie i płynie, a im bardziej płynie tym bardziej w kościach strzyka. Prawda Ciociu Olu?

W najbliższą środę, Ciotka Ola świętować będzie swoje urodziny. Powiedzmy wprost: Ciotka Ola jest starsza od TatyOliwki o całe 185 dni (a jak wszyscy doskonale wiemy 185 dni to jest szmat czasu). TataOliwki młody, rześki, gibki; Ciotka Ola – już raczej nie. Na tyle nie, że do naszego domu coraz częściej zagląda Sebastian.

Sebastian, proszę Szanownego Państwa, zagląda do nas w towarzystwie podręcznego stołu. Znaczy się z narzędziem pracy zagląda, bo Sebastian jest – uwaga: trudne słowo – fizjoterapeutą. Krótko mówiąc, kolega potrafi zrobić tak, że przywołane tu 185 dni nie znaczą już nic (lub prawie nic). Masuje, kremem naciera, ugniata, wygniata, prostuje i wygina. Ciotka zaś, a to syczy, a to śmiechem się zanosi. A po 40 minutach ze stołu zeskakuje już całkiem inna Ciotka. Ciotunia zasadniczo zeskakuje.

Nasz sympatyczny kolega przez całe trzy lata uczył się tych wszystkich sztuczek w szkole w mieście Wrocław. Teraz zaś w mieście Londyn ową wiedzę i umiejętności wykorzystuje najlepiej jak potrafi. Robi więc to co umie, to co lubi, to czego się w Polsce nauczył. Okazuje się, że czasami Sebastian trafia tu do ludzi, którzy skorzystali z usług masażystów-samouków (Sebastian żartuje, że to absolwenci kursów korespondencyjnych…). Wpada więc taki mistrzunio do człowieka, by przez kwadransik kostki wydawały charakterystyczne „chrup, chrup”. Mistrzunio wypada, a delikwent z jeszcze większym bólem ląduje w łóżku i stęka, stęka, stęka (Danuta Stenka?). No i kiedy stękania ma już dość dzwoni na ten przykład po Sebastiana, który przyjeżdża i „naprawia” to, co mistrzunio spartolił (ważna informacja: masażysta i pracownik masarni to jednak nie to samo…).

Matysia obserwowała mamę, Danek obserwował Sebastiana, Ciotka Ola obserwowała podręczny stolik, a TataOliwki zachodził w głowę, czy za 185 dni też będzie musiał oddać się w ręce Sebastiana… Chrup, chrup.

piątek, 13 lutego 2009

Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić!

No i stało się. „Londyn – miasto w Anglii” otrzymał Wyróżnienie Główne w konkursie Blog Roku 2008. Znaczy się: Oni chyba wszyscy poszaleli! Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić! Tu mnie Janek do filmu namówił... ten mnie do Londynu ciągnie... Przecież ja nie mam do tego głowy. Oszaleli...

Wczoraj porą wieczorową telefonowała małżonka osobista, która – jak na małżonkę osobistą przystało – reprezentowała nas na wielce uroczystej Gali. Po ogłoszeniu werdyktu piszczała do słuchawki, śmiała się w głos, w dłonie klaskała. A w owym piszczeniu dzielnie towarzyszyła jej Ciotka Nina. Dziewczyny bawiły się pysznie i – znając życie – uwodziły urody cudnej Oliviera Janika co to blogową uroczystość prowadził. Żona wróci, żona się wytłumaczy…

Póki co, raduję się z wyróżnienia i co tu ukrywać – z nagrody też się raduję! Bo okazało się, że londyńskie opowieści nagrodzono wycieczką do Turcji. Dziękujemy!

***
Trzy lata temu Fatih Akin (niemiecki reżyser tureckiego pochodzenia; autor m.in. znakomitego filmu „Głową w mur”) nakręcił dokumentalną opowieść o muzyce w Istambule „Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul” (polski tytuł – „Życie jest muzyką”). No i kiedy ten film zobaczyłem, to nad Bosfor pojechać zapragnąłem. A teraz, proszę bardzo – marzenie chyba się spełni (chyba, bo jeszcze nie wiem, czy nagroda obejmuje także to miasto; oby!).

No to muzycznie zapraszam do Istambułu. Pan nazywa się Mercan Dede i po raz pierwszy usłyszałem go właśnie w filmie Akina. Smacznego!

***
Onet podesłał mi właśnie urody cudnej belkę, którą muszę (regulaminowy przepis) zamieścić na stronie. Zamieszczam więc z dumą i radością niekłamaną… A co?:)

środa, 11 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Kiedy ten zespół pojawił się przed dwoma laty na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym „Malta” w Poznaniu napisano, że to „to amerykańskie spojrzenie na wschód Europy, nostalgiczna podróż pulsująca tętnem bałkańskiej muzyki”. Nic dodać, nic ująć. Zespół nazywa się Beirut, a na jego czele stoi piekielnie uzdolniony młodzieniec Zach Condon, który śpiewa tak, że uszu oderwać nie mogę. W naszej kuchni muzycznych niespodzianek serwujemy dzisiaj „Elephant Gun”. Rok 2007. Smacznego!

Język


W szkole podstawowej uczyłem się języka rosyjskiego. W szkole średniej: francuskiego, łaciny, i dalej rosyjskiego. Na język angielski miejsca już nie było. Teraz trzeba zaległości nadrabiać i nadrabiać.

Z Oliwką sprawa wygląda zupełnie inaczej. Przez dwa semestry chodziła tu do przedszkola. Potem, w wieku 4 lat, zaczęła się szkoła: najpierw odpowiednik naszej zerówki (Reception Class), teraz zaś klasa I. Lekcje rozpoczynają się o godz. 9.00 kończą zaś o 15.30. Jeśli do tego dorzucimy następne 1,5 godziny w świetlicy (kiedy mama w pracy, a tata w szkole), to okazuje się, że nawet 8 godzin dziennie Oliwa mówi wyłącznie w języku angielskim. Co z tego wynika? Ano to, że TataOliwki kompleksów nabawić się może…

Weźmy na ten przykład ostatnią niedzielę (niedziela to jest taki dzień, kiedy spotykam się z przesympatyczną Vanessą na dwugodzinne konwersacje; spotkania tym przyjemniejsze, że pierwszą godzinę siedzimy w kawiarence, na drugą zaś przenosimy się do pobliskiego pubu na białe wino; i jak tu nie lubić nauki?). Zatem ostatnio towarzyszyła mi Oliwa.

W kawiarence taka jakaś nieśmiała, taka jakaś cichutka. No a w pubie prawie mi do głosu dojść nie dała! Jak się dziewczę rozkręciło, to przestać w ogóle nie chciała. A potem dołączył do nas jeszcze Ben, mąż Vanessy, który został zmuszony do rysowania księżniczek. Oliwa mówiła i mówiła. Vanessa i Ben wrażenia nie ukrywali, a TataOliwki robił co mógł, by nadążyć i zadyszki większej się nie nabawić…

***
Oliwa zaczyna właśnie dwutygodniowe ferie. A skoro ferie to i obowiązkowa wizyta w nadwiślańskiej krainie, znaczy się w krainie Babci i Babci oraz Dziadka i Dziadka. Popołudniową porą frunie więc dziś małżonka osobista i frunie też panna Oliwka. TataOliwki zostaje zaś na posterunku. Co robił będę? No, smucił się będę. W piątek na ten przykład w towarzystwie owego smutku udam się do lokalu gastronomicznego na połączony urodzinowy dancing Vanessy i Marka (Szanowne Państwo już go poznało; to mój były nauczyciel z Australii). Jak się smucić, to się smucić…

A tak na poważnie: dobrze jest czasem pobyć samemu. Małżonka osobista podziela ów pogląd w całej tak zwanej rozciągłości...

***
Na załączonym obrazku: niedzielne nauki pobieranie. Oliwa mówi, Vanessa słucha, TataOliwki na wino spoziera.

wtorek, 10 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



W naszej kuchni muzycznych uniesień będzie dzisiaj szybko, będzie głośno, będzie punkowo! A wszystko za sprawą Bartasa (tak, tego samego co na dzisiejszym obrazku z Matysią siedzi) i pozostałych młodzieńców tworzących zespół pieśni i tańca „Biała Gorączka”. Orkiestra pochodzi z naszego ukochanego Grudziądza i na koncertach gra tak, że człowiek z kapci sam wyskakuje. Ekipa „Londynstanu” nie tylko lubi warstwę słowno-muzyczną „Białej Gorączki”, nie tylko lubi oprawę ich energetycznych występów, ale lubi także (oj lubi!) panów muzyków i panów piosenkarzy występujących w rzeczonej orkiestrze.

„Biała Gorączka” w wiązance piosenek skocznych, piosenek ładnych, piosenek bardzo popularnych. Kto zna kroki, może nawet i zatańczyć... Smacznego!

Leniowatość







Nocne Polaków rozmowy przeciągnęły się znacząco. Tak bardzo znacząco, że Wuj Tygrys został do soboty.

Wiadomo nie od dziś: Stary Tygrys mocno śpi (lala la la la). Zwłaszcza mocno śpi po wyczerpujących i jakże ważkich dysputach połączonych na dodatek z wielokrotnym podnoszeniem szklaneczki. Ot, życie. Kiedy więc nasz Wuj przewracał się na drugi bok, TataOliwki wraz z Oliwką wyruszyli do kina. Tym razem na „Madagaskar 2” (małżonka osobista w kinowej wyprawie kolejny raz nam nie towarzyszyła, bo kolejny raz musiała jechać do pracy, niestety).

Zabawa była pyszna! Oliwa bowiem, jak na wegetariańskie dziewczę przystało, za zwierzakami przepada wszystkimi (no może z wyjątkiem much; muchy – nie wiedzieć dlaczego – bardzo O. denerwują). Lew Alex, Zebra Marty, Żyrafa Melman, no i zgrabniutka Hipopotamica Gloria – oto ulubiona (przynajmniej na teraz) kompania panny Oliwki. Moimi faworytami (podobnie jak w części pierwszej) była jednak drużyna pingwinów. Zuchy!

Po wizycie w kinie, małe zakupy. Zakupy warte odnotowania z uwagi na to, że Oliwka pomagała młodemu Hindusowi… układać na półkach makaron. Praca została doceniona i pochwalona przez sprzedawcę na tyle wylewnie, że po wyjściu ze sklepu córka oświadczyła co następuje: „Pan Hindus chyba mnie polubił. Zresztą chyba wszyscy lubią Oliwkę”. Koniec cytatu…

Po powrocie do domu: niespodzianka. Wuj Tygrys ugościł nas leniwymi pierogami! I to jakimi! (proszę trzymać się mocno). Ugotowane leniwce wrzucił na rozgrzane masło. Na drugiej patelni smażył w tym czasie jabłka w cukrze i cynamonie. Obsmażone pierogi – hyc na talerz. Na to jabłka z cynamonem. Całość oprószył jeszcze cukrem waniliowym i posypał listkami świeżej mięty. Miszcz! (zainteresowanym Paniom gotów jestem – za drobną opłatą; trzeba się przecież trzymać standardów wytyczonych przez przywołaną wczoraj panią Izę – udostępnić namiary na Wuja…).

Po leniwej uczcie, niejako w ramach deseru, przyjechali jeszcze nasi znajomi. Z Reading (również miasto w Anglii) nawiedzili nas więc Rafał, Ewa, Jagoda i najmłodszy przedstawiciel „emigracji zarobkowej” – ośmiotygodniowy Nikodem. Były śmiechy, było wino, był obżarstwa ciąg dalszy. Prawdziwie leniwa sobota. Oby takich jak najwięcej! A co?

Acha, i jeszcze Bartas (rodak z Grudziądza co to w Londynie też teraz mieszka) wpadł na dwie chwile. Bo Bartas, jak to Bartas wszystko robi szybko (szybko gra na gitarze, szybko mówi, szybko wpada). Szybko więc chwycił Matysię na kolana, szybko coś poopowiadał i szybko zniknął. A Ewa tylko się śmiała. Ale już nie tak szybko…

***
Leniwa sobota w obrazkach kilku, czyli:
1. Leniwe ala Tygrys (dziewczęta piszczą, dziewczęta mdleją, o adres Wuja upraszają)
2. Wesołe jest życie Matysi (szkoda tylko, że mama pierogów dać nie chciała)
3. Wesołe jest także życie Jagody i Oliwki. Tu wesołość uchwycona podczas bajek oglądania
4. Najmłodszy znany nam obywatel Polski na Wyspach mieszkający, Nikodem.
5. Rodzice poważni, rodzice stateczni. Nikodem szczęśliwy, Jagoda wpatrzona…
6. Aparat z trudem zatrzymał szybkiego Bartasa (a panna Matysia jakby lekko zaskoczona)

poniedziałek, 9 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc




W naszej kuchni muzycznych niespodzianek kolejny męsko-damski kolektyw. Pani nazywa się Inara Georg („Bird”), pan zaś to Greg Kurstin („Bee”). Jako duet zwą się – i tu zaskoczenia być nie powinno – „The Bird and the Bee”. Całe popołudnie zasłuchuję się dzisiaj ich najnowszym albumem „Ray Guns Are Not Just the Future”. Na pierwszy rzut ucha niby pop, a jednak nie tylko. Trochę tu jazzu, trochę folku, trochę rocka. Wszystko ładnie przyprawione i elegancko podane. Ot , choćby taka pieśń, jak ta.„Polite Dance Song”. Smacznego!

My, motłoch...

Piątkowy wieczór w naszym domu był więcej niż wyborny. Wyborne towarzystwo (domownicy plus Wuj Tygrys oraz Wuj Karaś), wyborna muzyka (nie pamiętam szczegółów), wyborne trunki (a w zasadzie trunek jeden, tyle tylko, że w większej objętości), a na deser – wyborne nocne Polaków rozmowy.

Ten temat powraca jak bumerang (także i na tym blogu), a brzmi „Jak nas, emigrantów widzi polska prasa?”. No to przykład najnowszy. Ciotka Ola kupiła właśnie ostatni numer miesięcznika „Twój Styl”. A tam m.in. tekst „To nie moja Wyspa”, w którym cztery Polki opowiadają o swoim życiu w Anglii, i o swoim powrocie na ojczyzny łono. Jednej z Pań, Izie, pobyt w Londynie nie wyszedł na zdrowie, oj nie wyszedł. Jej stylowa opowieść z jednej strony podniosła nam nieco ciśnienie, z drugiej zaś szczerze rozbawiła.

„To nie dla ciebie. Na Wyspy jedzie motłoch” – oto jak brat naszej bohaterki przestrzegał ją przed wyjazdem do Anglii. Dalej jest jeszcze lepiej. „Na emigracji dawali radę tylko ci, którzy wyzbyli się skrupułów, robili wszystko, by odłożyć kolejnego funta. Co rano czekali w 20-osobowej kolejce do łazienki w najtańszym mieszkaniu. (…) Poznane w knajpie Polki, gdy usłyszały, że pracuję fizycznie, zaraz się pożegnały. Nie obchodziło ich, jaka jestem. One trafiły lepiej…”. Dalej jest jeszcze o spaniu tłumnie w jednym pokoju na piętrowych łóżkach i tradycyjnym zadzieraniu nosa przez emigrantów. Wystarczy.

Ola (8 lat w Londynie), Daniel (6 lat), Wuj Tygrys (5 lat), Wuj Karaś (5 lat), TataOliwki (4 lata i 20 dni; wyznanie skazańca?...), Sylwia (2 lata i 9 miesięcy) zgodnie stwierdziliśmy, że pani Iza ma poważne problemy. Z samą sobą. Opowieści o piętrowych łóżkach i 20 osobach w jednym domu idealnie pasują do „Super Expressu” czy innego „Faktu”. Dziwne, że i „Twój Styl” zniża się do takiego stylu.

Każdy z nas spotkał tu mnóstwo Polaków. Jednym powodzi się lepiej, innym trochę mniej. Jedynym jednak miejscem, gdzie spotykamy zjawisko tzw. „piętrowych łóżek” są… polskie gazety (piszę o zjawisku, bo rzecz nie dotyczy przecież tylko łóżek; wyobraźnia niektórych polskich dziennikarzy w temacie „życie na emigracji” nie zna bowiem granic...).

Wychylaliśmy kolejne szklaneczki ginu z tonikiem i coraz bardzie współczuliśmy pani Izie (a przy okazji autorce tekstu, pani Agnieszce). Nie sądziliśmy, że w jednym człowieku może nagromadzić się tyle goryczy, tyle żółci, tyle pretensji do świata. Własne niepowodzenia pani Iza ubrała w mrożącą krew w żyłach opowieść o motłochu, który nie dość, że choruje na funcicę, to i kłody z lubością pod nogi bliźniemu podrzuca. „Twój Styl” zdemaskował nas stylowo. Brawo!

***
W ostatnim czasie pojawiły się na „Londynstanie” dwa komentarze, które wpisują się w naszą nocą dyskusję. Oto ich fragmenty:

Agata: Niestety nie mogę przestać czytać polskiej prasy internetowej – jakiś nałóg samookaleczający chyba, ciśnienie mam za niskie, czy co? – która przedstawia życie w kraju, który stał się moim domem jako pasmo horroru...

Akustyk: A jak Wy chcecie ten konkurs na blog roku wygrać, jak w czorta nie pasujecie do jedynej słusznej wizji emigranta? Zero zgryzoty, tragedii rodzinnych, biedy, tęsknoty za porzuconą ojczyzną, niezrozumienia z autochtonami, odejmowania sobie od ust, (za przeproszeniem – córce oczy proszę zasłonić!) prostytucji wymuszonej, ...Tak to się nie da. Widz lubi oglądać to co juz widział – przez reminiscencje. A widział już, w każdej z polskich gazet, że w UK to nieszczęścia, łzy i bieda…

***
Chciałem Szanownemu Państwu załączyć fotografię z piątkowego dyskutowania. Ale nie załączę, bo aparat mi wyrwali, w pysk strzelili, gin cały wypili… Pani Iza jednak się nie myliła…

piątek, 6 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Wczoraj zabrakło „Dźwięków na dobrą noc”, bo – jak zaanonsowałem nieco wcześniej – udałem się z małżonką osobistą na koncert pani Fridy Hyvönen. Fantastyczna, kameralna sala (dawna sala taneczna, zbudowana w pierwszych latach XX wieku) no i urody cudnej występ. Pani Fridzie co to była grała na fortepianie, towarzyszyły jeszcze dwie urocze Szwedki: jedna szarpała bas, który czasami wymieniała na wiolonczelę, druga zaś z gracją waliła w bębny. Trio, co tu ukrywać, miłe jednak nie tylko dla oka. Panie grały i śpiewały (wszystkie trzy) tak, że TacieOliwki uśmiech z facjaty w ogóle nie znikał. No, a jeśli do tego wszystkiego dodamy informację, że podczas występu małżonka osobista tuliła się i słowa do ucha miłe szeptała, no to Szanowne Państwo ma już pełen obraz pysznego wieczoru...

Na koniec dobrego tygodnia dwa łyki dobrej muzyki:). Skandynawskiej wędrówki ciąg dalszy, czyli norweski duet Kings of Convenience w ulubionej pieśni panny Oliwy – „I'd Rather Dance with You”. Ulubionej ze względu na teledysk (czas jakiś temu dzieci w szkole miały powiedzieć, kim chcą zostać w przyszłości; Oliwka chce zostać baletnicą...). Rok 2004. Smacznego!

Motyla noga

Lektor (w telewizorze): 10:0 dla Gwardii. A oto streszczenie poprzednich odcinków. Porucznik MO – Lech Ryś sprawuje społecznie dyskretną opiekę nad gromadką urwisów, sprowadzając ich na dobrą drogę. Dzięki trafnym poradom, zyskuje u urwisów przydomek Wujek Dobra Rada. Oto nowy orzech dla porucznika – Tomek używa brzydkich wyrazów. Kolejny odcinek nosi tytuł „Motyla noga Tomka Mazura”.

Tomek: Ale nasypało, motyla noga! Już od kwadransa nie ma autobusu! Kurcze pióro!

Dziewczynka: Nie do wiary! Jak można się tak brzydko wyrażać?!

Tomek: A co mam mówić?! Jak mi nogi zmarzły... Motyla noga...

Wujek: No cóż! Widzicie, klimat był raczej zawsze przeciwko nam, no ale to jeszcze nie powód, aby mówić brzydkie wyrazy, prawda?

Chłopiec: Właśnie! My to też mu tłumaczymy.

Wujek: Dam wam dobrą radę: kiedy następnym razem znów wyłączą wam ciepłą wodę, przestaną grzać kaloryfery, albo stanie komunikacja i wasz kolega znów zacznie mówić brzydkie wyrazy, wiecie co zróbcie wtedy?

Dzieci: Cooo?

Wujek: Udawajcie, że nie słyszycie, co do was mówi. Że nic nie słyszycie.

Dzieci: Huraaaa!

Dziewczynka: To jest wspaniała rada!

Chłopiec: Pycha!

Chłopiec II: Wyobrażam sobie jego minę!

Dziewczynka: Świetna rada Wujku. Bardzo dobra rada!

***
Niestety w życiu nie zawsze jest tak, jak w „Misiu” (Wujów Dobrych Rad jak na lekarstwo). Dziś opowieść o brzydkich wyrazach.

Dwa kroki od mojej szkoły jest włoska knajpeczka, w której pracują przesympatyczne Polki. Przez wiele tygodni wstępowałem tam każdego dnia powszedniego, by przed ciężką nauką, wzmocnić się wyborną kawą. Właściciel knajpki, pan Włoch, sprawił jednak, że lokal ów omijam już szerokim łukiem (no może nie aż tak szerokim, bo w szybkę stukam i do dziewcząt nadal macham...).

A było to tak. W oczekiwaniu na kawę umilam sobie czas tradycyjną pogawędką z rodaczkami. Nagle odzywa się pan Włoch. Łamaną polszczyzną mówi o tak właśnie: „Matka Boska pierdolona”. Pan Włoch w śmiech, TataOliwki w krzyk (niestety rady Wuja Dobrej Rady, co to radził, by udać, że się nic nie słyszy, w życie wprowadzić nie umiałem). Uniesionym głosem mówię swą szkolną angielszczyzną, że to w ogóle nie jest śmieszne, że to chamskie, obraźliwe, niekulturalne i żałosne. Kiedy pytam, dlaczego tak mówi, odpowiada (również łamaną polszczyzną): „kurwa”. Ręce opadają mi kompletnie. Pan Włoch śmieje się w najlepsze. I dodaje: „wszyscy Polacy tak mówią”. „Nie wszyscy!” – cedzę przez zęby. Moje dalsze próby wytłumaczenia sensu i znaczenia słów, których przed chwilą użył, pan Włoch kwituje kolejną „kurwą”. O żesz Ty!

Sympatyczne Polki patrzą na mnie ze zdziwieniem. Tłumaczą, że każdego dnia wysłuchują tu od polskich klientów takiego właśnie słownictwa. Polskojęzyczni konsumenci uczą pana Włocha i się cieszą. Pan Włoch również cieszy się ogromnie...

Rozbawionego pana Włocha informuję, że już więcej nic tu nie kupię, po czym opuszczam lokal gastronomiczny (krokiem, jak się zdaje, iście rycerskim; polskim, dostojnym...). Nie będę przecież zostawiał swoich pieniędzy chamowi (pamiętam co pan Majster Jasiowi mówił: „chamstwu i drobnomieszczaństwu należy się przeciwstawić siłom i godnościom osobistom”)!

O tej „przygodzie” rozmawiamy w szkole. Dlaczego aż tak wielu ludzi poznając obcokrajowca nie tylko chce się nauczyć wulgaryzmów w jego języku, ale także owego obcokrajowca chce nauczyć rzucania mięsiwem w swojej ojczystej mowie? Język polski oferuje całą gamę „brzydkich wyrazów” (z których TataOliwki korzysta – powiedzmy to otwarcie – często, chwilami: za często; nie rzucam jednak „motylimi nogami” w autobusach czy włoskich kafejkach, nie uczę również tego słownictwa mojego sympatycznego koleżeństwa w szkole, bo i po co?). Na co mi „motyle nogi” w języku hiszpańskim, włoskim tudzież koreańskim? Jaki sens jest uczenia się tylko takich słów, w dupie mając naukę całej reszty?

Po szkolnej dyskusji (w której uczestniczyli: Hiszpanka, Włoszka, Kolumbijczyk, Koreańczyk, Polak i Anglik – nauczyciel) zgodnie stwierdziliśmy: nie wiemy dlaczego tak się dzieje. Dlaczego ludzie wpychają sobie do głów egzotycznie brzmiące „motyle nogi” i nic po za tym. Znaczy się międzynarodowy konsensus osiągnęliśmy. Co na to Wuj Dobra Rada?

***
Po ogłoszeniu oficjalnego bojkotu knajpki pana Włocha odkryłem nowe, kawowe źródełko. Okazało się, że zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się prawdziwe kawowe królestwo! W życiu nie piłem lepszej kawy. Słowo! Kubek wybornej, świeżo mielonej (sprzedają ziarna na miejscu) kawy kosztuje 1 funta. Nie dość, że najtańsza to i najlepsza kawa w mieście Londyn! Znaczy się nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszyło... I tej wersji się trzymajmy!

czwartek, 5 lutego 2009

Pranie mózgów


Okazuje się, że polscy emigranci w Londynie są łakomym kąskiem dla wszelkiej maści jasnowidzów, wróżbitów, manipulatorów i sekciarzy. W wyrafinowany i często zakamuflowany sposób przedstawiciele różnych grup i sekt werbują tu nowych członków. Takie grupy wykorzystując ludzką niewiedzę, reklamują się już przed… kościołami i w polskiej prasie. Niedawno na łamach jednej z polonijnych gazet ukazał się całostronicowy artykuł reklamujący „Kurs Samokontroli Umysłu Metodą Silvy”.

„W Londynie można nauczyć się programowania własnego umysłu” – głosiło hasło reklamujące Kurs Samokontroli Umysłu. Organizatorzy zapewniali, że dzięki kursowi „zaprogramujemy nasz umysł i nastawimy go na osiągnięcie sukcesu”. O zagrożeniach nie wspomniano ani słowem. A te, jak się okazuje, są bardzo realne.

W Internecie znalazłem kilka artykułów opublikowanych w polskiej prasie w ciągu ostatnich kilku lat, które pokazują prawdziwe oblicze Metody Silvy. Okazuje się, że sprawą „Samokontroli Umysłu” zajmują się już Dominikańskie Ośrodki Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach.

"Kurs Samokontroli Umysłu Metodą Silvy” nie jest jednak pierwszą tego typu ofertą dla zagubionych emigrantów. Zagubionych, bo często wielu z nas żyje tu z dala od rodziny, z dala od najbliższych. Niektórzy pochłonięci są wyłącznie pracą; z ogromnym pragnieniem osiągnięcia sukcesu są łakomym kąskiem właśnie dla organizatorów tego typu spotkań.

Czas jakiś temu w temu w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie odbyło się „seminarium” zatytułowane „Aniołowie są wśród nas”. Organizatorka tamtego spotkania zapewniała: „Za moim pośrednictwem możesz skontaktować się ze swoimi Opiekunami Duchowymi. Jestem przekaźnikiem energii, jaką emanują Aniołowie, Niebiańscy Doradcy, Przewodnicy Duchowi”.

„Posługuję się rysunkiem i pismem automatycznym, to znaczy, że podczas sesji ruchami mojej ręki sterują Istoty Duchowe” – pisze na swojej stronie internetowej pani Wioletta, które owe spotkanie zorganizowała. Z rozdawanych ulotek dowiedziałem się, że prowadząca jest terapeutką duszy, jasnowidzem i szamanką. Żeby było jeszcze dowcipniej pani Wioletta chwali się ukończeniem Intercollegu Ezoterycznego w Moskwie (czy można się tam rozwinąć duchowo do poziomu drewnianych matrioszek?). Mniejsza jednak o moskiewską edukację. Tu rzecz rozgrywa się o nasze – jak mówi pani Wioletta – „jestestwo”.

„Inicjacje Anielskie otworzą Cię na kontakty z Twymi Aniołami oraz Radą Galaktycznych Opiekunów” – zachęcała na ulotkach pani szamanka. Wszystko w cenie „seminarium”! Anioł plus ktoś z odległej galaktyki gratis! Ale to nie wszystko. Było więcej „atrakcji”. „Oczyszczanie matrycy duszy”, „inwokacje mistrzów Białego Bractwa”, „zmiana programów życia”, „transformacja negatywnej karmy”. Program wyjątkowo obfity. Stężenie głupot i niedorzeczności na niewielkich rozmiarów ulotce przekroczyło granice mojej odporności. Prawdziwą kopalnią absurdów jest jednak internetowa strona „terapeutki duszy”.

Dział „anielski” to nie tylko cytaty ze św. Tomasza z Akwinu, ale także opowieści o... elfach i krasnoludach! „Anioł jest naszą ‘Istotą Opiekuńczą’ i z przyjemnością rozwiąże każdy problem. Wystarczy jedynie wziąć książkę, „którą uznajesz za pełną mądrości i światła. Może być to Biblia lub inna święta księga, ale równie dobrze zbiór baśni, czy inspirująca powieść. Gdy już masz książkę, poproś swego Anioła Stróża, aby odpowiedział na twe pytanie. Po chwili skupienia otwórz książkę na chybił trafił i zacznij czytać w miejscu, na które padnie Twój wzrok. Odpowiedź na twoje pytanie powinna zawierać się w pierwszych linijkach tekstu. Po odłożeniu książki podziękuj Aniołowi.” Prawda, że proste?

No i jest jeszcze pan Antoni, co to Londyn upodobał sobie szczególnie (przyjeżdża tu wyjątkowo często). Antoś to zuch nad zuchy, bo nie tylko „uzdrawia na odległość”, ale także uczy „komunikować się z bliskimi osobami znajdującymi się nawet w innym kraju” (wydaje się, że to propozycja idealna dla tych, którzy chcieliby zaoszczędzić nieco na rachunkach telefonicznych…). Strona Antoniego nie pozostawia jednak żadnych złudzeń: Antoni jest – nie bójmy się tego słowa – wariatem, w dodatku niebezpiecznym. Kto o zdrowych zmysłach oferuje bowiem: „uzdrawianie na poziomie subtelnym” czy „podróżowanie ze swoim ciałem astralnym w dowolne miejsce na świecie, a także podróżowanie w przyszłości i przeszłości”. Częstotliwość przyjazdu pana Antoniego nad Tamizę wskazuje niestety na to, że są chętni by płacić za jego „nauki”.

Wszystkie przywołane „kursy” (a jest ich pewnie znacznie więcej) odbywają się, a jakże by inaczej!, za opłatą. Strata kilkudziesięciu, a nawet kilkuset funtów jest jednak niczym w porównaniu z spustoszeniem, jakie tego typu „zajęcia” mogą wywołać w umyśle każdego człowieka.

Sekty w obecnych czasach zmieniają sposób swojego działania – mówią ci, którzy zawodowo pomagają ofiarom sekciarzy. Pod przykrywką różnego rodzaju kursów o „rozwoju świadomości”, „kontroli umysłu” czy wpływie „kosmicznej energii” na osobowość, sekty aktywnie werbują kolejnych członków. Także wśród Polaków w Londynie.

Organizatorzy tego typu spotkań, by uwiarygodnić swoje działania ogłaszają się nie tylko na łamach „Dziennika Polskiego” (szanowanej – tylko jednak w kręgu starszego pokolenia emigracji – gazety; „DP” wydawany jest od ponad 60 lat), ale także, o zgrozo!, rozdają swoje ulotki (jestem przekonany, że bez wiedzy i zgody księży) pod... polskimi parafiami w Londynie (sam otrzymałem taką ulotkę przed polskim kościołem na Ealingu).

Czy tego typu spotkania nadal będą przyciągały zagubionych Polaków?...

***
Po długich namowach pan Antoni zgodził się w końcu, abym zrobił mu zdjęcie. No to zrobiłem. Inni „nauczyciele” są chwilowo w podróży. Astralnej…

środa, 4 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Skandynawskiej wędrówki ciąg dalszy. Dzisiaj zapraszam do mroźnej Finlandii. Zespół nazywa się „Paavoharju”. W roku ubiegłym grupa nagrała swój drugi – zbierający bardzo pozytywne recenzje – album zatytułowany „Laulu Laakson Kukista”. My jednak sięgamy do ich debiutanckiego krążka „Yhä hämärää” (2005) by zaserwować utwór „Valo tihkuu kaiken läpi”. Nie wiem jak Szanowne Państwo, ale ja nie rozumiem nic a nic... Ale od pieśni i tak oderwać się nie mogę. Smacznego!

Polak uratuje (pierwiastkiem)...


Przez trzy dni bawił w Londynie arcybiskup Józef Życiński. Wybrałem się na jeden z otwartych wykładów: „Chrześcijaństwo w obliczu wyzwań współczesnej kultury”.

Pytanie młodej pani: Pracuję z samymi Brytyjczykami. Jak wszyscy wiemy Brytyjczycy to bardzo sekularyzowany naród. Co mamy robić my, Polacy, by się przed tym uchronić? Czy my, Polacy, mamy w sobie jakiś pierwiastek, który nam w tym pomoże?

Odpowiedź arcybiskupa (fragment): Nie wpadajmy w megalomanię. My, Polacy, mamy pokusę pielęgnowania przeświadczenia o własnej wyjątkowości…

Zdziwienie młodej pani. Życzliwy uśmiech metropolity lubelskiego. Złośliwy rechot TatyOliwki. Kurtyna.

***
Zimowa aura sprawiła, że szkoła Oliwki wczoraj również zamknięta była. Cóż to oznacza? Poza smutkiem pilnej uczennicy także i smutek pilnego pracownika (czyt. TatyOliwki), który o kolejny dzień wolnego zmuszony był poprosić (dostał). Leniuchowanie, spacerowanie, gotowanie, pisanie, oglądanie, słuchanie, leniuchowanie. Tak, z tyloma czynnościami musieliśmy dać sobie radę pod nieobecność małżonki osobistej, która do pracy jednak udać się musiała (dla zainteresowanych: daliśmy radę!).

***
Wczoraj w samo południe Szacowne Jury ogłosiło swoich wybrańców w wyścigu pt. „Blog Roku 2008”. Krótko mówiąc: ścigamy się dalej! Zdyszani, zmachani, ale za to jakże szczęśliwi! Dziękujemy! A Oliwa, gdy przekazałem jej tę jakże radosną nowinę, rzekła tylko: Tata, co dostałeś? Materialistka! (po mamusi, rzecz jasna). Ale za to jaka kochana…

***
Na załączonym obrazku: Wuj Tygrys prosi arcybiskupa o:
a/ radę
b/ rozgrzeszenie
c/ 20 funtów na butelkę whisky


Odpowiedzi prosi się o przekazywanie do najbliższej parafii. Nagrody czekają!

wtorek, 3 lutego 2009

Dźwięki na dobrą noc



Ostatnimi czasy coraz bardziej ciągnie mnie na północ Europy (czyżby to zimowa aura w mieście Londyn sprawiła?) Właśnie odkrywam Skandynawię. Z radością niekłamaną odkrywam i dzielę się z Szanownym Państwem. Dziś moja rówieśniczka ze Szwecji – Frida Hyvonen. Do tej pory pani Frida wydała trzy albumy. Obecnie zasłuchuję się w tym pierwszym – „Until Death Comes”. Owemu zasłuchaniu towarzyszy również radosna wieść: w czwartek pędzimy wespół z małżonką osobistą na koncert pani Fridy:) Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że sympatyczna Szwedka do Londynu na jeden występ przyjeżdża. Bilety tanie jak barszczyk czerwony więc grzechem byłoby nie skorzystać. No to skorzystaliśmy. „I driver my friend” ze wspomnianej tu debiutanckiej płyty. Rok 2005. Smacznego!

Bałwany i bałwany
























Narzekaliśmy, żartowaliśmy, wybrzydzaliśmy. A tu, proszę, taka niespodzianka. Zasypało nas kompletnie!

Londyn – miasto w Anglii stanęło wczoraj dęba. Ponad 10-centymetrowwa warstwa śniegu (znaczy się największe opady od 20 lat) sprawiła, że od rana nie jeździły ani autobusy, ani metro. A skoro nie jeździły, to i do pracy, niestety (…), dotrzeć nie mogliśmy (ino Wuj Dancio zaspy postanowił przemierzać i do pracy jednak wyruszył; pieszo, bo rowerek – jak widać na jednym z obrazków – nieco przyprószyło). Żeby było smutniej to i Oliwy szkołę na cztery spusty zamknięto. Katastrofa!

Pogrążeni w smutku wybraliśmy się więc do pobliskiego parku (po drodze wstąpiłem jeszcze na cmentarz, co to go mamy za murem). Potem dotarli jeszcze do nas Wuj Karaś z Wiolą (szkoły, w których pracują również zamknęli) i Oliverem (patrz: szkoła Oliwy). Wiadomo: w kupie smucić się łatwiej. Takich jak my, smutasów, okazało się być w parku więcej niż dużo. Pozamykane szkoły, biura, banki i sklepy (nie wszystkie, rzecz jasna, ale spora ich część) sprawiły, że naród na śnieg wyległ. A wyległ tym bardziej ochoczo, że nie każda zima jest tu taka łaskawa.

Było więc i rzucanie śnieżkami i konstruowanie pana Bałwana (na załączonych obrazkach to ten maluch z marchewką,). No i smutek jakość był nawet znikł…

Niestety w drodze powrotnej nastąpiło niespodziewane spotkanie z grupą nastoletnich troglodytów, dla których każda okazja jest dobra do zadymki. I kiedy już w ten mroźny dzień zaczęło się robić gorąco (oznaka gorąca się robienia: TataOliwki chowa do plecaka aparat i oddaje go małżonce osobistej; małżonka osobista piekli się już nie tylko na agresywnych troglodytów, ale także na TatęOliwki) jeden z żywych bałwanów podchodzi i przeprasza. I kiedy wydaje się, że to finał, troglodyci atakują inną grupę. Ktoś rzuca śniegiem, ktoś klepie kogoś po buzi. Wiola dzwoni na policję. Bałwany pierzchają. TataOliwki gotuje się i klnie nie tylko w myślach. Na szczęście nikomu nic złego się nie stało. Wszyscy cali, wszyscy zdrowi (umówmy się: TataOliwki Chuckiem Norrisem nie jest, oj nie jest. Nie znoszę chamstwa, ale równie mocno nie znoszę obojętności; brak reakcji na chamstwo sprawia, że cham czuje się nie tylko bezkarny, ale i bardziej silny; nie można więc odwracać głowy w drugą stronę, po prostu nie można…).

Po tym jakże niemiłym spotkaniu wstąpiliśmy jeszcze do sklepu po wino do grzańca. Trzeba było się bowiem nie tylko rozgrzać, ale i uspokoić. Dwie butelki w połączeniu z cynamonem, gałką muszkatołową, goździkami, miodem i pomarańczami spełniły pokładane nadzieje. Lepiej przecież cieszyć się i wspominać śnieżne bałwany, niż te drugie. Tak, to był naprawdę uroczy dzień. Raz, dwa, trzy… i wydech. Tak, to był naprawdę uroczy dzień. Kropka.