Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 28 lutego 2010

O wyższości komentatorów radiowych…



… czyli dwa złote medale w Vancouver (pierwszy dla pani Justyny, drugi dla pana Tomka).

środa, 24 lutego 2010

Rycerzyk



Nożyce plus fryzjerskie umiejętności Ciotki Oli (o sprawnych i nietrzęsących się dłoniach nie ma co nawet wspominać) sprawiły, że Matysia ma nową ksywkę: Rycerzyk.

wtorek, 23 lutego 2010

Dźwięki na dobrą noc



Nasza kuchnia muzycznych rarytasów, w zaistniałej sytuacji nic innego zaserwować nie mogła… Smacznego!

Wesołe jest życie...







Powiedzmy to wprost: Ciotka Ola dzierlatką już nie jest. Ruchy jakby wolniejsze i mniej pewne. Czasami skrzyknie coś w kości, czasami o czymś zapomni. No cóż, natury oszukać się nie da.

Lekko przygarbieni, markotni i zgorzkniali zasiedliśmy więc przy domowym stole, by przy ziołowych naparach zadumać się nad kolejną rocznicą urodzin Cioteczki. Była muzyka z patefonu, były inhalacje, były lekkostrawne jarzyny.

No a potem Cioteczka natarła się amolem i zasnęła w wiklinowym fotelu. Życie…

piątek, 19 lutego 2010

Mała dama tańczy sama






Nadworny fotograf panny Oliwy tym razem nie dostąpił zaszczytu uwiecznienia szalonych tańców. Była bajkowa suknia, były i wytworne pantofelki (nic to, że siedemnaście numerów za duże), była i sala taneczna (zaadaptowana w opustoszałych apartamentach Wuja Tygrysa). Niestety taniec odbył się za zamkniętymi drzwiami. Nadworny fotograf uzyskał pozwolenie jedynie na wykonanie kilku obrazków i to przed oficjalnym rozpoczęciem pląsów. Z jakiej okazji ów kostium i owe tańcowanie? – zapyta z pewnością zaciekawione Państwo. A gdybym ja to tylko wiedział.

Jak mawiał poeta (tudzież inny człek wrażliwy): „Gdyby kobieta przestała być zagadką, świat stałby się nudny”…

czwartek, 18 lutego 2010

Mistrz Mizayaki



Filmy z japońskiego studia Ghibli zajmują poczesne miejsce na naszej domowej półce z filmami DVD. Co tu dużo mówić, uwielbiamy Pana Hayao Miyazakiego i jego wesołych kompanów. Z rozdziawioną paszczą oglądamy po raz kolejny „Spirited Away” tudzież „Ruchomy zamek Hauru”. Dzisiaj zaś wybraliśmy się z panną Oliwą do kina na ostatni film naszego mistrza „Ponyo”. Czy ja już wspominałem, że Pan Hayao Miyazaki to nasz mistrz nad mistrzami?

środa, 17 lutego 2010

Dźwięki na dobrą noc



W naszym mlecznym barze serwujemy dzisiaj leniwe pierogi. Pani Victoria Legrand wespół z Panem Alexem Scally tworzą duet doprawdy smakowity. Nazywają się Beach House i trzy tygodnie temu wydali właśnie swój trzeci album. My jednak serwujemy pieśń „Master of None” z debiutanckiej płyty z roku 2006. Smacznego!

Pierogi raz!






Zupa z chlebem za 3 funty, tyle samo za śniadanie składające się z chleba, białego sera, pomidora, ogórka, gotowanego jajka i sałatki jarzynowej. W menu znajdziemy jeszcze m.in. pierogi, placki ziemniaczane jajecznicę, kompot i kefir. Brzmi trochę znajomo? Tak, zgadli Państwo – to najprawdziwszy bar mleczny.

Pisarz Leopold Tyrmand wyznał kiedyś, że w Polsce podobają mu się dwie rzeczy: zespół Mazowsze i bary mleczne. Mazowsze nadal z powodzeniem występuje na całym niemalże świecie. Co dzieje się z barami mlecznymi? Parafrazując słowa innego znanego pisarza można śmiało powiedzieć, że pogłoski o ich śmierci były mocno przesadzone.


Dziewiętnastowieczne pierogi

Nie ma wątpliwości, że bary mleczne to wynalazek jak najbardziej polski. Wbrew powszechnemu przekonaniu pierwszy tego typu bar powstał nie w czasach Polski Ludowej, a znacznie wcześniej, bo już w XIX wieku. W 1896 roku Stanisław Dłużewski, zamożny hodowca bydła mlecznego otworzył w Warszawie pierwszą jadłodajnię serwującą dania jarskie na bazie mleka, jajek i mąki. Popularność nowego miejsca zaskoczyła nie tylko właściciela baru. Jak grzyby po deszczu zaczęto więc otwierać kolejne tego typu placówki; najpierw w Warszawie, po roku 1918 już w całym odrodzonym kraju.

Prawdziwy rozkwit tanich, samoobsługowych barów nastąpił jednak już w zupełnie innej Polsce. W połowie lat 60. ubiegłego wieku masowo otwierano pracownicze jadłodajnie. W tamtych czasach mięso uchodziło wręcz za towar luksusowy, nikogo więc nie dziwił taki, a nie inny jadłospis. Miało być przede wszystkim tanio i tak też było. Siermiężny wystrój, niedomyte talerze i mało uprzejma obsługa nie miała w tym wypadku żadnego znaczenia. Najważniejsze, że za niewielkie pieniądze można było zjeść smaczne, wręcz domowe posiłki. Peerelowska Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Społem” niemal każdego dnia otwierała kolejny bar mleczny. Dość powiedzieć, że w okresie PRL-u funkcjonowało ich prawie 40 tysięcy! I choć pod zdecydowanej większości tych jadłodajni nie ma już dziś nawet śladu, bary mleczne istnieją nadal. Jak się okazuje, nie tylko w Polsce.

Miłość od pierwszego wejrzenia
„Uwielbiam polskie jedzenie!” – z wyraźnym entuzjazmem w głosie mówi Ian. Ten ciągle uśmiechnięty Kanadyjczyk, wspólnie z żoną Pauliną oraz dwójką jej polskich przyjaciół – Anią i Tomkiem otworzył na początku tego roku w Londynie najprawdziwszy bar mleczny.

Centrum handlowe na Elephant and Castle swoim wyglądem w niczym nie ustępuje budowlom socrealizmu – jest równie surowe i równie brzydkie. Można by pomyśleć: wymarzone miejsce na peerelowski bar mleczny I tak właśnie się stało. Z tą jednak różnicą, że wewnątrz baru jest czysto i przytulnie. W odróżnieniu od tego co pamiętamy z „Misia” Stanisława Barei, obsługa jest też miła i sympatyczna. Nie ma się jednak czemu dziwić, nazwa przecież zobowiązuje. No bo jak tu być nieuprzejmym w barze „Mamuśka”?

„Poznaliśmy się 5 lat temu tu, w Londynie” – zaczyna swoją opowieść Paulina. „Z czasem zaczęłam zabierać Iana do Polski. Był zachwycony. Zwłaszcza polskim jedzeniem” – mówi współwłaścicielka baru.

Podczas jednej z kolejnych wizyt brat Pauliny postanowił pokazać swojemu przyszłemu szwagrowi coś, czego ten z pewnością jeszcze nigdy nie widział. Zabrał więc kanadyjskiego gościa do… baru mlecznego w Kaliszu. I choć nie jest to ckliwa opowieść rodem z Harlekina, śmiało można powiedzieć, że Ian… zakochał się od pierwszego wejrzenia.

„Wszystko było takie pyszne i takie tanie” – z rozrzewnieniem wspomina tamtą wizytę. Po powrocie do Londynu, Paulina jeszcze długo opowiadała zachwyconemu narzeczonemu o latach świetności polskich barów: że były dosłownie wszędzie, że ludzie stali w kolejkach, że za zaledwie kilka złotych można było zjeść pyszny obiad. I to z kompotem! Ian słuchał i myślał. No i jak na konsultanta poważnej amerykańskiej firmy przystało – liczył i kalkulował. W końcu zapytał: „A dlaczego nie otworzymy takiego baru tu, w Londynie?”.

Zrób to sam
Trudno dziś zliczyć wszystkie wielogodzinne narady; Ania, Tomek, Paulina i Ian chcieli wszystko dokładnie zaplanować i omówić. Jedno było jednak pewne od samego początku: jakość. „Bardzo zależało mi na tym, aby serwowane przez nas dania były przygotowywane na miejscu” – przyznaje Ian. „Tajemnica jakości polskiego jedzenia kryje się, według mnie, właśnie w składnikach: prostych i świeżych. Takie połączenie zawsze daje świetne efekty” – z uśmiechem przyznaje chyba pierwszy na świecie współwłaściciel baru mlecznego z kanadyjskim paszportem.

W końcu zapadła decyzja: otwieramy! Własnymi siłami remontowali pomieszczenie położone w centrum handlowym na Elephant and Castle. W dzień załatwianie wszystkich pozwoleń i formalności, w nocy zaś malowanie ścian. Z pozostawionych przez poprzednich właścicieli lokalu półek skonstruowali sporych rozmiarów bar. „Szkoda nam było wyrzucać tyle dobrego drewna” – mówi Paulina. I dodaje: „Stoły w naszym barze zdobyliśmy poprzez stronę internetową, na której właściciele niepotrzebnych już mebli oferują je za darmo. Wystarczy tylko je odebrać”. To proekologiczne myślenie właścicieli baru ma swoje odzwierciedlenie także w pojemnikach na dania na wynos – zamiast z plastiku są papierowe.

Przygotowaniem menu zajęła się Ania, kucharz z zawodu. Było wiele propozycji, z wielu smakołyków trzeba było zrezygnować. „Jest tyle polskich potraw, że postanowiliśmy zmieniać menu trzy razy w roku. Cały czas słuchamy opinii naszych klientów, którzy podpowiadają nam, co chcieliby znaleźć w naszym jadłospisie” – podkreśla Paulina.

Nie ma jak u mamuśki
Na wielkich stołach leżą „instrukcje obsługi”. Bar, jak na bar mleczny przystało, jest samoobsługowy. Prosi się wiec klientów o to, by sami zamawiali i sami odnosili naczynia. Polacy się temu nie dziwią, znają to przecież z przeszłości. Dla anglojęzycznych klientów też nie stanowi to żadnego problemu.

„Nazwy wszystkich potraw konsekwentnie zostawiliśmy w języku polskim” – mówi Ian. „W języku angielskim podajemy jedynie składniki. To najprawdziwszy polski bar tyle, że na angielskiej ziemi” – śmieje się Kanadyjski współwłaściciel. Prawdziwa multikulturowość.

Podczas naszej rozmowy w głosie Iana nieustannie słyszę entuzjazm. Dla swojego baru mlecznego pozostawił dobrą posadę w amerykańskiej firmie. Teraz wspólnie z żoną i przyjaciółmi planują kolejne zmiany. „W południowo-wschodnim Londynie polskich barów czy klubów jest doprawdy niewiele” – mówi Paulina. „W niedalekiej przyszłości chcemy organizować tu pokazy filmów, polskie spotkania, wystawy. Mamy sporo miejsca i chcemy je wykorzystać jak najlepiej” – przyznaje.

Na zakończenie naszego spotkania Ian zdradza jak narodził się pomysł na nazwę baru. „Przed pierwszym spotkaniem z moją przyszłą teściową byłem nieco zdenerwowany. Tuż przed wejściem do mieszkania przypomniał mi się pewien polski film, który kiedyś włączyła mi Paulina. W tym filmie mały chłopiec zwracał się do swojej mamy słowem, które bardzo mi się spodobało. Mówił do niej „mamuśka”. No i na widok mamy Pauliny zamiast się ukłonić i powiedzieć „dzień dobry”, wypaliłem „mamuśka!” – wspomina wyraźnie rozbawiony.

Przyszłej teściowej to jakże niespodziewane powitanie bardzo się spodobało. Zrewanżowała się pysznym domowym jedzeniem. Takim samym, jakie swoim klientom serwuje dziś Ian.

piątek, 12 lutego 2010

Z wizytą u jaskiniowców

Jestem bogatszy o trzy funty, w dodatku szterlingi. Odwiedziła mnie właśnie sympatyczna pani z Ofcom (ot, taka organizacja zajmująca się regulacją brytyjskiego rynku mediów) i zachęciła do wypełnienia ankiety. Czasu mam pod tak zwanym dostatkiem, więc czemu nie?

Pani pytała o szybkość Internetu i o to czy jestem zadowolony z naszego dostawcy (nie jestem!); ciekawiło ją również do wykorzystuję Sieć (co Pan tam oglądasz, Panie Polak?). Potem przyszła pora na pytania odnośnie telefonu komórkowego oraz TV. Na pytanie „Ile posiadasz Pan telewizorów?”, zgodnie z prawdą odpowiedziałem „żadnego”. Pani minę zrobiła dość zabawną. „Jak to?” – ona. „A tak to” – ja na to. „No, ale widzę, że masz Pan dziecko” – pani ankieterka dziwowała się nadal. „Ano mam” – pierś dumnie wyprężyłem. „No i co? Nudzi się biedaczka” – stwierdziła raczej niż zapytała. „Ano chyba się nie nudzi” – z piersią lekko opadłą ja na to. „Muszę to powiedzieć moim dzieciom, ale i tak chyba nie uwierzą” – zakończyła naszą dysputę wyraźnie zadowolona.

A jak z domu wychodziła (uprzednio wynagradzając mnie niespodziewaną kwotą, którą zaanonsowałem na wstępie) minę miała, moim zdaniem, taką: „Jaskiniowcy, kurwa, czy jak?!”…

wtorek, 9 lutego 2010

Dźwięki na dobrą noc



Skoro obrazki w stylu retro, to i dźwięki jakby również. Powiem krótko: uwielbiam ten utwór. W czasach już dość odległych pani Magda z miasta Łodzi, co to przyjaźniła się z siostrą moją, wykonywała do tej pieśni pląsy takie, że sama Kate Bush mogłaby nabawić się niejakich kompleksów. No właśnie – Kate Bush i „Wuthering Heights” z jej debiutanckiego albumu „The Kick Inside”. Rok 1978. Smacznego!

Retro czy jakoś tak






Każdego dnia oglądam dziesiątki zdjęć. Szperam po fotograficznych stronach, blogach, forach. Z tego podglądania rodzi się właśnie coraz większy zachwyt nad fotografią w stylu, jak to się ładnie dziś nazywa, vintage. Dużo żółcieni, pomarańczy, ciepła i słońca. Wszystko takie lekko senne, zamglone, kojarzące się po trosze z bajkami z dzieciństwa.

Siedzę więc i dłubię w mym podręcznym komputerku. Czytam, oglądam i cały czas, mam nadzieję, uczę się pilnie. No to może jakieś obrazki? Jak śpiewał klasyk: Taka jest moje koncepcja, tak ja to widzę…

A znak wodny, nie bójmy się tego stwierdzenia – urody cudnej, stworzył niezastąpiony Karaś. Dzięki serdeczne!

sobota, 6 lutego 2010

Oliwki dwie






czwartek, 4 lutego 2010

Mówią, że grypa…


Od kilku godzin małżonka osobista śpi smacznie pod dwoma kocami. Ciotka Ola mówi, że to grypa żołądkowa. TataOliwki ma zaś swoją teorię.

No to może tyle ja.

środa, 3 lutego 2010

Kino na dobry dzień



W naszym kąciku kinematograficznym dziś angielski film z roku 2008 pt. „This Way Up”. Dwóch dżentelmenów, Adam Foulkes i Alan Smith zrealizowali animację, która dla miłośników czarnego humoru, może okazać się jakże miłą niespodzianką. Miłośnicy Marcina Dańca tudzież Tadeusza Drozdy mogą czuć pewien niedosyt lub nawet i niesmak, za które to odczucia z góry serdecznie przepraszam…

wtorek, 2 lutego 2010

Dźwięki na dobrą noc



Drogą zakupu nabyłem w pobliskim czariciaku (znaczy się w Charity Shop, znaczy się ponglisz dopadł i mnie) debiutancki album Portishead. Za całe dwa funty znowu mogę delektować się, co tu dużo mówić, jedną z najlepszych płyt lat 90-tych! Jak Szanowne Państwo już wie słabość do śpiewających pań mam znaczną. Śpiewająca Beth Gibbons ową słabość nie tylko potwierdza, ale także wzmacnia i potęguje. „Sour Times” z płyty „Dummy”. Rok 1994. Smacznego!

Panowie Samochodzikowie










Otoczony aurą tajemniczości zakon Templariuszy co rusz jest wdzięcznym tematem kolejnych książek i filmów. Czterdzieści lat temu skarbu Zakonu poszukiwał nasz rodzimy Pan Samochodzik. Trzy lata temu na ekranach kin gościła zaś wielka europejska koprodukcja (film wyprodukowali Duńczycy, Finowie, Norwedzy, Szwedzi i Niemcy) zatytułowana „Templariusze. Miłość i krew”. Nie sposób również nie wspomnieć o „Kodzie Leonarda da Vinci”, w którym Templariuszy ukazano jako strażników tajemnej wiedzy. Niezwykle ważnym elementem tego ostatniego filmu (a wcześniej książki Dana Browna na podstawie której powstał) jest kościół Templariuszy w Londynie.

Historia Templariuszy fascynuje nie tylko historyków. Mimo upływu lat w opowieściach o Zakonie Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona fikcja nadal miesza się z prawdą. Dzięki licznym książkom i filmom opowiadającym o legendarnych skarbach czy tajemnej wiedzy, Templariusze pobudzają wyobraźnię kolejnych pokoleń. Pobudziły także i nas, Sachochodzików dwóch.

Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona powstał około 1118 roku. Znakiem Templariuszy był czerwony krzyż na białym tle, symbolem zaś dwóch rycerzy dosiadających jednego konia (oznaczało to pokorę i ubóstwo). Zakon został założony przez dziewięciu szlachciców z Szampanii we Francji. Przybyli oni do zdobytej przez krzyżowców Jerozolimy pod wodzą swego pierwszego Wielkiego Mistrza, Hugo de Payens.

Templariusze za główny cel postawili sobie obronę Ziemi Świętej, a konkretniej Świątyni Salomona w Jerozolimie (Templum Salomonis – stąd ich nazwa „Templariusze”) oraz ochronę pielgrzymów w podróży z Europy. W krótkim czasie Zakon stworzył wyjątkowo wydajną, zdyscyplinowaną i doskonale wyposażoną armię. Liczne zwycięstwa nad muzułmańskimi wojskami sprawiły, że Templariusze cieszyli się nie tylko powszechnym szacunkiem, ale przez długi czas zyskali także miano niezwyciężonych.

Po upadku Królestwa Jerozolimskiego (1291r.) Templariusze wrócili do Francji. Z Ziemi Świętej przywieźli kosztowności, o których legendy krążą do dziś. Skarby Zakonu stały się nie tylko obiektem pożądania, ale także przyczyniły się do ich zguby i upadku. Król Francji, Filip Piękny, postanowił uwolnić się od wielkich długów jakie zaciągnął u Templariuszy. 13 października 1307 roku (był to piątek; właśnie od tamtych wydarzeń piątek 13 uważany jest za wyjątkowo pechowy dzień) uwięził członków Zakonu we Francji, zarzucając im herezje, świętokradztwo, czary, konszachty z diabłem, a nawet akty homoseksualne. Lista zarzutów była tak długa, że król Francji z łatwością przekonał ówczesnego papieża Klemensa V do rozwiązania Zakonu. Zamki Zakonu zostały skonfiskowane (przejęte głównie przez zakon joannitów), wielu Templariuszy poniosło śmierć na stosie, w tym Wielki Mistrz Jakub de Molay oraz 54 innych dostojników zakonnych. Po blisko dwóch wiekach świetności, potężny, wpływowy i bardzo bogaty zakon zniknął z mapy ówczesnej Europy.

Początki angielskiej prowincji Zakonu Templariuszy związane są z pobytem pierwszego mistrza Zakonu Hugo de Payns na dworze króla Henryka I. Ośrodkiem nowo założonej prowincji stało się Holborn Bars, gdzie Templariusze założyli dom macierzysty, określany mianem Starej Świątyni. Do rozwoju potęgi angielskich Templariuszy przyczynił się w sposób szczególny trzeci mistrz prowincjonalny Ryszard Hastings, który doprowadził do zakupu rozległych terenów pomiędzy Tamizą, a dzisiejszą Fleet Street, gdzie założył kolejny dom macierzysty – tzw. Nową Świątynię..

W obrębie nowego domu macierzystego Templariusze wznieśli zachowany do dnia dzisiejszego kościół pod wezwaniem Mariackim, konsekrowany w 1185 roku przez patriarchę jerozolimskiego Herakliusza, w obecności króla Henryka II. Kościół podzielony jest na dwie części, z których kolista była zaprojektowana na podobieństwo rotundy Grobu Pańskiego w Jerozolimie

Kościół, który przez wiele wieków opierał się historycznym zawirowaniom szczęśliwie przetrwał do naszych czasów. Dziewiętnastowieczne modyfikacje nie zatraciły jego pierwotnego charakteru. Dopiero bombardowania w maju 1941 roku spowodowały poważne zniszczenia, co wymusiło wprowadzenie betonowych stropów i usunięcie charakterystycznego, stożkowatego dachu rotundy. Po wojnie kościół został pieczołowicie odbudowany, zachowując swój pierwotny kształt i charakter.

PS. Skarbów żadnych nie znaleźliśmy. Może następnym razem?