Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 17 lutego 2010

Pierogi raz!






Zupa z chlebem za 3 funty, tyle samo za śniadanie składające się z chleba, białego sera, pomidora, ogórka, gotowanego jajka i sałatki jarzynowej. W menu znajdziemy jeszcze m.in. pierogi, placki ziemniaczane jajecznicę, kompot i kefir. Brzmi trochę znajomo? Tak, zgadli Państwo – to najprawdziwszy bar mleczny.

Pisarz Leopold Tyrmand wyznał kiedyś, że w Polsce podobają mu się dwie rzeczy: zespół Mazowsze i bary mleczne. Mazowsze nadal z powodzeniem występuje na całym niemalże świecie. Co dzieje się z barami mlecznymi? Parafrazując słowa innego znanego pisarza można śmiało powiedzieć, że pogłoski o ich śmierci były mocno przesadzone.


Dziewiętnastowieczne pierogi

Nie ma wątpliwości, że bary mleczne to wynalazek jak najbardziej polski. Wbrew powszechnemu przekonaniu pierwszy tego typu bar powstał nie w czasach Polski Ludowej, a znacznie wcześniej, bo już w XIX wieku. W 1896 roku Stanisław Dłużewski, zamożny hodowca bydła mlecznego otworzył w Warszawie pierwszą jadłodajnię serwującą dania jarskie na bazie mleka, jajek i mąki. Popularność nowego miejsca zaskoczyła nie tylko właściciela baru. Jak grzyby po deszczu zaczęto więc otwierać kolejne tego typu placówki; najpierw w Warszawie, po roku 1918 już w całym odrodzonym kraju.

Prawdziwy rozkwit tanich, samoobsługowych barów nastąpił jednak już w zupełnie innej Polsce. W połowie lat 60. ubiegłego wieku masowo otwierano pracownicze jadłodajnie. W tamtych czasach mięso uchodziło wręcz za towar luksusowy, nikogo więc nie dziwił taki, a nie inny jadłospis. Miało być przede wszystkim tanio i tak też było. Siermiężny wystrój, niedomyte talerze i mało uprzejma obsługa nie miała w tym wypadku żadnego znaczenia. Najważniejsze, że za niewielkie pieniądze można było zjeść smaczne, wręcz domowe posiłki. Peerelowska Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Społem” niemal każdego dnia otwierała kolejny bar mleczny. Dość powiedzieć, że w okresie PRL-u funkcjonowało ich prawie 40 tysięcy! I choć pod zdecydowanej większości tych jadłodajni nie ma już dziś nawet śladu, bary mleczne istnieją nadal. Jak się okazuje, nie tylko w Polsce.

Miłość od pierwszego wejrzenia
„Uwielbiam polskie jedzenie!” – z wyraźnym entuzjazmem w głosie mówi Ian. Ten ciągle uśmiechnięty Kanadyjczyk, wspólnie z żoną Pauliną oraz dwójką jej polskich przyjaciół – Anią i Tomkiem otworzył na początku tego roku w Londynie najprawdziwszy bar mleczny.

Centrum handlowe na Elephant and Castle swoim wyglądem w niczym nie ustępuje budowlom socrealizmu – jest równie surowe i równie brzydkie. Można by pomyśleć: wymarzone miejsce na peerelowski bar mleczny I tak właśnie się stało. Z tą jednak różnicą, że wewnątrz baru jest czysto i przytulnie. W odróżnieniu od tego co pamiętamy z „Misia” Stanisława Barei, obsługa jest też miła i sympatyczna. Nie ma się jednak czemu dziwić, nazwa przecież zobowiązuje. No bo jak tu być nieuprzejmym w barze „Mamuśka”?

„Poznaliśmy się 5 lat temu tu, w Londynie” – zaczyna swoją opowieść Paulina. „Z czasem zaczęłam zabierać Iana do Polski. Był zachwycony. Zwłaszcza polskim jedzeniem” – mówi współwłaścicielka baru.

Podczas jednej z kolejnych wizyt brat Pauliny postanowił pokazać swojemu przyszłemu szwagrowi coś, czego ten z pewnością jeszcze nigdy nie widział. Zabrał więc kanadyjskiego gościa do… baru mlecznego w Kaliszu. I choć nie jest to ckliwa opowieść rodem z Harlekina, śmiało można powiedzieć, że Ian… zakochał się od pierwszego wejrzenia.

„Wszystko było takie pyszne i takie tanie” – z rozrzewnieniem wspomina tamtą wizytę. Po powrocie do Londynu, Paulina jeszcze długo opowiadała zachwyconemu narzeczonemu o latach świetności polskich barów: że były dosłownie wszędzie, że ludzie stali w kolejkach, że za zaledwie kilka złotych można było zjeść pyszny obiad. I to z kompotem! Ian słuchał i myślał. No i jak na konsultanta poważnej amerykańskiej firmy przystało – liczył i kalkulował. W końcu zapytał: „A dlaczego nie otworzymy takiego baru tu, w Londynie?”.

Zrób to sam
Trudno dziś zliczyć wszystkie wielogodzinne narady; Ania, Tomek, Paulina i Ian chcieli wszystko dokładnie zaplanować i omówić. Jedno było jednak pewne od samego początku: jakość. „Bardzo zależało mi na tym, aby serwowane przez nas dania były przygotowywane na miejscu” – przyznaje Ian. „Tajemnica jakości polskiego jedzenia kryje się, według mnie, właśnie w składnikach: prostych i świeżych. Takie połączenie zawsze daje świetne efekty” – z uśmiechem przyznaje chyba pierwszy na świecie współwłaściciel baru mlecznego z kanadyjskim paszportem.

W końcu zapadła decyzja: otwieramy! Własnymi siłami remontowali pomieszczenie położone w centrum handlowym na Elephant and Castle. W dzień załatwianie wszystkich pozwoleń i formalności, w nocy zaś malowanie ścian. Z pozostawionych przez poprzednich właścicieli lokalu półek skonstruowali sporych rozmiarów bar. „Szkoda nam było wyrzucać tyle dobrego drewna” – mówi Paulina. I dodaje: „Stoły w naszym barze zdobyliśmy poprzez stronę internetową, na której właściciele niepotrzebnych już mebli oferują je za darmo. Wystarczy tylko je odebrać”. To proekologiczne myślenie właścicieli baru ma swoje odzwierciedlenie także w pojemnikach na dania na wynos – zamiast z plastiku są papierowe.

Przygotowaniem menu zajęła się Ania, kucharz z zawodu. Było wiele propozycji, z wielu smakołyków trzeba było zrezygnować. „Jest tyle polskich potraw, że postanowiliśmy zmieniać menu trzy razy w roku. Cały czas słuchamy opinii naszych klientów, którzy podpowiadają nam, co chcieliby znaleźć w naszym jadłospisie” – podkreśla Paulina.

Nie ma jak u mamuśki
Na wielkich stołach leżą „instrukcje obsługi”. Bar, jak na bar mleczny przystało, jest samoobsługowy. Prosi się wiec klientów o to, by sami zamawiali i sami odnosili naczynia. Polacy się temu nie dziwią, znają to przecież z przeszłości. Dla anglojęzycznych klientów też nie stanowi to żadnego problemu.

„Nazwy wszystkich potraw konsekwentnie zostawiliśmy w języku polskim” – mówi Ian. „W języku angielskim podajemy jedynie składniki. To najprawdziwszy polski bar tyle, że na angielskiej ziemi” – śmieje się Kanadyjski współwłaściciel. Prawdziwa multikulturowość.

Podczas naszej rozmowy w głosie Iana nieustannie słyszę entuzjazm. Dla swojego baru mlecznego pozostawił dobrą posadę w amerykańskiej firmie. Teraz wspólnie z żoną i przyjaciółmi planują kolejne zmiany. „W południowo-wschodnim Londynie polskich barów czy klubów jest doprawdy niewiele” – mówi Paulina. „W niedalekiej przyszłości chcemy organizować tu pokazy filmów, polskie spotkania, wystawy. Mamy sporo miejsca i chcemy je wykorzystać jak najlepiej” – przyznaje.

Na zakończenie naszego spotkania Ian zdradza jak narodził się pomysł na nazwę baru. „Przed pierwszym spotkaniem z moją przyszłą teściową byłem nieco zdenerwowany. Tuż przed wejściem do mieszkania przypomniał mi się pewien polski film, który kiedyś włączyła mi Paulina. W tym filmie mały chłopiec zwracał się do swojej mamy słowem, które bardzo mi się spodobało. Mówił do niej „mamuśka”. No i na widok mamy Pauliny zamiast się ukłonić i powiedzieć „dzień dobry”, wypaliłem „mamuśka!” – wspomina wyraźnie rozbawiony.

Przyszłej teściowej to jakże niespodziewane powitanie bardzo się spodobało. Zrewanżowała się pysznym domowym jedzeniem. Takim samym, jakie swoim klientom serwuje dziś Ian.

10 komentarzy:

pendragon pisze...

Rewelancja! Pomysł przedni, na pewno tam wstąpię jak tylko będę w pobliżu. Pozdrawiam

zośka pisze...

W moim rodzinnym mieście jak w tysiącu innych w Polsce baru mlecznego nie ma od lat. Za to w pobliskim Krakowie i owszem. Za każdym razem jak jesteśmy w mieście Kraka obowiązkowo zaliczamy wizytę. Niestety najbliższy lot do Krakowa dopiero w lecie. A dzisiaj przy środzie popielcowej takie odwiedziny byłaby w sam raz:)

Anonimowy pisze...

Widzę, że pani szefowa zna się na rzeczy :) Jako rodowita Kaliszanka wspominam z łezką w oku jeden szczególny, nieistniejący już bar "Smakosz". Świetne jedzenie, tanie i ten post peerelowski wystrój :)

zuzamoll pisze...

...a moj tata to nawet byl kierownikiem takiego baru mlecznego...lubilam ich surowki z marchwi :)

Anonimowy pisze...

Łza w oku ozdabia moje wspomnienie o barze mlecznym na rogu 1 Maja i Marcinkowskiego w Grudziądzu. Dziś jest tam bank.
Na pocieszenie przepis na wytrawne pierogi leniwe:
0,5 kg twarogu, niecała torebka ugotowanej i uprażonej na skwareczkach (oczywiście opcjonalnie Szanowni Niemięsożerni) kaszy gryczanej, jajko, mąka, kminek. Zagniatamy ciasto, formujemy spłaszczony wałek, kroimy, po ugotowaniu podmażamy na maśle z cebulką. Do podania same, z sosem gulaszowym, z kapustką zasmażaną, z duszoną cebulą, z kwaśną śmietaną, z żołądkową gorzką... Mógłbym tak długo.

Szymon Gurbin pisze...

No, muszę zareagować! Wśród wielu konfliktów na tym padole łez jeden z najbardziej zajadłych toczy się o to, czy leniwe pierogi są tylko z twargu i mąki, czy z twarogu, mąki i ziemniaków. Mieszenie w tę awanturę kaszy jest - tak mi się wydaje - jakąś straszną prowokacją grubymi nićmi szytą, pytanie tylko kto trzyma igłę?
Kaszę więc, w tym wypadku, odstawiamy w kąt, za to jak już zrobimy leniwe, to polecam na patelni na maśle podsmażyć pokrojone w plastry jabłka, posypać odrobinę cukrem waniliowym, cynamonem, dodać poszarpane liście świeżej mięty i smacznego! :)
Wujek Tygrys
PS. Mam nowe przygody z lądowanie w ojczyźnie, ale to przy innej okazji :)

Anonimowy pisze...

Wobec tak zdecydowanego ataku fundamentalizmu leniwopierogowego ustępuję :) Nazwijmy to zatem roboczo "kluskami gryczano-twarogowymi".
To pisałem ja, zwolennik frakcji twarogowej, na pohybel pierogowym ziemniakożercom.

Anonimowy pisze...

Bary mleczne jak najbardziej....hmmm, bylem w tej Mamusce...Jedzenie dobre i smaczne, ..natomiast wiecznie 'Usmiechniety Kanadyjczy'...nie konieczenie. Po za tym odechciewa sie jesc, kuchnia nie otynkowana, a personel zmienia sie co 2 dni...oczywiscie najnizsze stawki, kolejne miejsce gdzie wyzyskuje sie ludzi. Przysluchalem sie rozmowie jakiegos mlodego zmywacza..z barmanka...nic dziwnego ze sie personel zmienia , a i krzyki Kanadyjczyka na kuchni nie poprawiaja atmosfery

TataOliwki pisze...

A to Ci niespodzianka! Byłem w tym barze kilka razy, byli też moi znajomi (ostatnio Ciotka Ola) i nikt z nas nie spotkał się z sytuacją, którą opisujesz. Co więcej cały czas spotykam tam tych samych pracowników. Acha, udziałów w barze nie mam żadnych...:)

Anonimowy pisze...

Witam serdecznie
Mialem okazje dzisiaj popracowac tam pol shiftu .Kanadyjczyk szuka szefa z polskim doswiadczeniem w kuchni i z perfekt angielskim za 6 funtow na godzine minus tax.Ludzi oczywiscie sporo do jedzenia bo to nowe tubylcze jedzenie.Ale co problem bedzie zawsze poniewaz nikt tam nie bedzie pracowac za ta stawke.Mikrofala po wlaczeniu wylacza sie przeciazenie na lini tylko czekac jak bedzie nieszczescie.Glowny szef po bardzo dobrej szkole musi znosic fochy menadzera ktory zachlysnal sie pomyslem poprzedniej dekady.Myslac ze to on wymyslij polski bar mleczny.Jedzenie super.