Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 31 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



Krótko, skocznie i pogodnie – oto nasze dzisiejsze danie. Pani nazywa się Emiliana Torrini, lat ma tyle co TataOliwki i pochodzi ze słonecznej Islandii. W roku poprzednim wydała swój szósty album zatytułowany „Me and Armini”. Z niego to właśnie pochodzi ta jakże sympatyczna pieśń „Jungle Drum”. Rok 2008. Smacznego!

No to może nad morze

















Na dobry początek naszej holenderskiej wycieczki zapraszam nad Morze Północne (wyspa Texel). Tygodniowe leniuchowanie tak mnie było rozleniwiło, że i pisanie jakoś nie idzie…

Obrazki moi mili, obrazki…

poniedziałek, 30 marca 2009

Powrót leni



Wróciliśmy. Wypoczęci, radośni, no i rozleniwieni. Tygodniowe nicnierobienie i do góry pępkiem leżenie wykańcza przecież znacznie (jak mniemam również Szanowne Państwo doskonale zna ten stan). Krótko mówiąc Holandia urzekła nas bardzo. Wielka w tym zasługa naszych przewodników – Judyty (co to siostrą małżonki osobistej jest) oraz jej konkubenta Bartka (co to zabrał mnie w miejsca, o których nawet filozofom się nie śniło...).

Materiału fotograficznego TataOliwki posiada wiele, więc w najbliższych odcinkach naszego serialu coś tu z tej wyprawy z pewnością się pojawi. Najpierw jednak muzyczka. Belgijski bard Jacques Brel jest autorem najsłynniejszej pieśni o mieście Amsterdam (potem utwór ten wykonywali m.in. David Bowie, Ute Lemper czy nasza Katarzyna Groniec).

Do genialnego Jacquesa Brela na scenie dorzucam jeszcze tłumaczenie tej pieśni, którą popełnił Wojciech Młynarski. Smacznego!

Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat pieśni swe nucą tam.
Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią,
Jak daleki śpi fiord, zanim świt zbudzi go.

Jest port wielki jak świat, marynarze w nim mrą,
Umierają co świt, pijąc piwo i klnąc.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat nowi rodzą się tam.

Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb,
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp.
Obnażają swe kły skłonne wgryźć się w tę noc,
W tłuste podbrzusza ryb, w spasły księżyc i w los.

Do łapczywych ich łap wszystko wpada na żer,
Tłuszcz skapuje kap, kap, z rybich wątrób i serc.
Potem pijani w sztok w mrok odchodzą gdzieś,
A z bebechów ich wkrąg płynie czkawka i śmiech.

Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat tańce swe tańczą tam.
Lubią to bez dwóch zdań, lubią to bez zdań dwóch,
Gdy o brzuchy swych pań ocierają swój brzuch.

Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł,
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk.
Akordeon też już wydał ostatni dech,
I znów obrus i tłuszcz, i znów czkawka i śmiech.

Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam.
Pań tych zdrowie co noc piją w grudzień, czy w maj,
Które za złota trzos otwierają im raj.

A gin, wódka i grog, a grog, wódka i gin
Rozpalają im wzrok, skrzydeł przydają im.
Żeby na skrzydłach tych mogli wzlecieć, hen, tam,
Skąd się smarka na świat i na port Amsterdam.

piątek, 20 marca 2009

Przerwa (techniczna)



TataOliwki nie wielbłąd napić się też musi (pardon, miało być: wypocząć też musi). Skoro tak, ogłaszam tygodniową przerwę techniczną. Rodzina w komplecie pakuje dziś tobołki i jutro – jak mniemam również w komplecie – wylatuje do tulipanowej krainy. Do zobaczenia więc za dni kilka, za dni parę.

A na do widzenia zasyłam Szanownemu Państwu „Wiosenną Pieśń Radości”. No bo to już od dzisiaj wiosna przeca! Darz Bór!

A śpiewa i tańczy nieistniejący już niestety Kabaret Potem...

czwartek, 19 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



Pani jest młoda, pani jest zdolna, pani głos ma zasadniczo zniewajający. Alela Diane lat ma 26 i właśnie wydała swoją drugą płytę zatytułowaną „To Be Still”. Słucham i mdleję. Z zachwytu rzecz jasna, z zachwytu. Utwór „White As Diamond”. Rok 2009. Smacznego!

Wróżka zębuszka




Pannie Oliwie wypadł pierwszy ząb. Radości nie było końca. Zwłaszcza z wizyty wróżki zębuszki.

O istnieniu „Tooth Fairy” dowiedziałem się – a jakże by inaczej! – od panny O. Sprawa jest dość prosta. Zęby mleczne nie są wieczne (poeta?); inna sprawa, że zęby stałe też wieczne nie są. Oliwę interesują jednak te pierwsze.

W Wielkiej Brytanii (i w kilku innych krajach na zachód od Odry) występuje baśniowa bohaterka, która nagradza dzieci za utracone uzębienie. Pod poduszkę kładzie się mleczaka, którego podczas snu pacholęcia zabiera sobie wróżka zębuszka właśnie (jak nic fetyszystka...). W zamian zaś zostawia drobne prezenty tudzież drobną gotówkę. Oliwkowa wróżka zębuszka otrzymała jednak wiadomość, że jak zostawi pieniądze to może i własne ząbki stracić. Wiadomość do wróżki dotarła i kasy żadnej nie zostawiła. Zuch dziewczyna!

Oliwa szczęśliwa, bo przecież Teresie wypadły już cztery zęby, a jej do tej pory żaden. W końcu się udało! Na tablicy świetlnej: 4 do 1. Wyścig trwa, Oliwa zapowiada rychłą zmianę niekorzystnego wyniku. Wróżka fetyszystka już zaciera rączki. Małżonka osobista wraz z Ciotką Olą już wypatrują kolejnych podarków...

***
W mieście Londyn pogoda iście wiosenna. Panna Oliwa wskoczyła więc wczoraj w odzienie adekwatne do panujących warunków atmosferycznych i w przydomowym ogrodzie dumnie paradowała z: a/ żółtym kwiatkiem, b/ ubytkiem w uzębienieniu…

wtorek, 17 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



Dziś 17 dzień marca, czyli Dzień Świętego Patyka. Irlandczycy świętują, Irlandczycy tańczą i śpiewają, Irlandczycy piwo piją. No to i TataOliwki do radosnego korowodu przyłącza się chyżo. Muzycznie też nie może być inaczej. Legendarna grupa The Dubliners (łatwo ich tutaj rozpoznać: brodacze i/lub siwowłosi) wespół ze swoimi młodszymi kolegami z grupy The Pogues (łatwo ich tutaj rozpoznać: pijane młodziaki) w pieśni „The Irish Rover”. Rok 1987. Smacznego!

Rozmowa...


Nie wszyscy Polacy w mieście Londyn słuchają „Trójki”;) Skąd ta pewność? Proszę bardzo, historyjką świeżą służę.

Wsiadam do pociągu i słyszę rodaczkę krzyczącą do telefonu:
- Kurwa, ja ją pierdolę! Ja, kurwa, jej powiem, że ma wypierdalać! Już, kurwa, mam jej dość! No kurwa, suka!

Podchodzę do pani i oświadczam w mowie ojców, że – jak na wegetarianina przystało – nie mam zamiaru słuchać więcej tego rzucania mięsem. Pani robi duże oczy. Pani milczy. Pani myśli jakiejkolwiek gwałtowanie poszukuje. Pani robi jeszcze większe oczy. Pani ponownie głos odzyskuje.

Świeżo odzyskany głos kieruje jednak nie do mnie, a do kogoś po drugiej stronie słuchawki:
- Kurwa, muszę kończyć. Nie mogę teraz rozmawiać, potem ci opowiem.

Kurtyna.

***
Po wyjściu z pociągu humor szybko był powrócił. A wszystko za sprawą dużego pana z kudłatym czworonogiem na ramieniu…

poniedziałek, 16 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



A w sobotnim notowaniu LP3 na miejscu 1. Archive z utworem „Bullets” (uczciwie przyznam: też na tę pieśń głos oddałem). Rzeczony utwór pochodzi z szóstego albumu zespołu – „Controlling Crowds”, który to drogą zakupu będzie można nabyć już od piątku, 27 marca. W oczekiwaniu na płytę nasza kuchnia muzycznych rarytasów serwuje to, co zaserwować już może, czyli przywołany już tu „Bullets”. Rok 2009. Smacznego!

Raduje się serce, czyli 3 w mieście L.



















Są takie chwile, kiedy człowiekowi chce się skakać z radości do góry. No i skacze. TataOliwki skakał na ten przykład w minioną sobotę. A wszystko za sprawą radiowej Trójki.

Jak Szanowne Państwo być może wie, Trója to jedyna polska stacja, której TataOliwki słucha. .A słucha, bo lubi i ceni od lat zasadniczo wielu.

W sobotę, jak to od czasu pewnego w sobotę, kolejne notowanie Listy Przebojów Programu 3 (dokładnie 1415). Notowanie wyjątkowe, bo częściowo nadawane właśnie z miasta Londyn. Otóż w Instytucie Kultury Polskiej położonym na – nomen omen – Poland Street ulokował się redaktor Michał Nogaś (redaktor Piotr Baron zaś w centrali, czyli na Myśliwieckiej 3/5/7 w mieście Warszawa). Zatem skoro się redaktor Nogaś nad Tamizą ulokował, to i rodaków na antenę zaprosił. I tu właśnie znajdujemy źródło mojej radości

„Trójka” nadająca z Londynu przyciągnęła do IKP wiernych słuchaczy mieszkających w Wielkiej Brytanii. Byli m.in. studenci informatyki i prawa, nauczycielki, bankowcy, inżynierowie, studentka fotografii mody, architekci, wokalistka jazzowa. Słowem, ludzie nijak przystający do obrazu „emigranta-nieudacznika”, który w polskiej prasie stał się już stereotypem.

Przez trzy godziny trwania audycji opowiadali oni o swoim życiu na emigracji – o swoich zainteresowaniach, pasjach, pracy. Słuchacze w Polsce mieli więc niepowtarzalną okazję, by poznać życie Polaków, którzy mieszkają w Wielkiej Brytanii. Z tych krótkich opowieści powstał obraz jakże inny od tego kreowanego w czarno-szarych barwach przez polską prasę. Krótko mówiąc na Poland Street zawitało przesympatyczne towarzystwo, które (jak mi się zdaje) na tej jakże nieprzyjaznej ziemi nie tylko daje radę, ale także – o zgrozo! – czuje się tu całkiem dobrze. I choćby dlatego warto było notowania nr 1415 słuchać...

By było jeszcze przyjemniej spotkałem także rodaka z miasta Grudziądz, który na okoliczność trójkowego nadawania przyjechał aż miasta Bristol. Zuch chłopak!

TataOlwki zdjęcia pstrykał i do Trójki za pomocą Grzegorza z IKP wysyłał (spieszę donieść, że garść obrazków już jest na stronie LP3).

Do domu wróciłem zaopatrzony nie tylko w stos kartek z adresami mailowymi, pod które zdjęcia trójkowym rodakom wysłać muszę; przede wszystkim wróciłem w nastroju więcej niż pysznym. No bo jak tu się nie radować z trójkowej wizyty? Darz bór!

***
Na załączonych obrazkach: wyspiarscy słuchacze Trójki. Jak widać ludzie to smutni, ludzie to przygnębieni. Redaktor Nogaś – wprost przeciwnie. Uśmiechnięty, radosny i rześki (wiadomo, w odróżnieniu od pozostałych, to przecież nie „emigrant zarobkowy”…).

piątek, 13 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



No to muzycznie też będzie dzisiaj filmowo, ale trochę jakby inaczej...

Dawno, dawno temu w czasach, kiedy TataOliwki bloga jeszcze nie prowadził, (a było to w roku 1966) pan Sergio Leone nakręcił western „Dobry, Brzydki, Zły” (w Polsce znany jest ów film pod tytułem – nie wiedzieć dlaczego – także i w liczbie mnogiej „Dobrzy, Brzydcy, Źli”). Clint Eastwood młody, piękny i dobry, ale nie o nim ta opowieść. Muzykę do filmu skomponował rodak pana reżysera, znaczy się Ennio Morricone. Motyw przewodni z filmu pewnie Szanowne Państwo mniej lub bardziej świadomie nuciło nie raz i nie dwa. W naszej kuchni muzycznych niespodzianek właśnie ta melodia, ale w nieco innej aranżacji.

Czas jakiś temu Duża Broda podesłał mi owo pyszne nagranie (Bóg zapłać!). Zespół nazywa się Ukulele Orchestra of Great Britain i muzykuje już od ponad 20 lat (nagrali 8 studyjnych albumów). Jak się zaraz Szanowne Państwo przekona, Michael Palin z Latającego Cyrku Monty Pythona nie bez powodu powiedział o nich: „To najlepsze, co ma Wielka Brytania” (panie, a co z piwem, na ten przykład z browaru Samuel Smith? – Broń Boże nie mylić z browarem John Smith's!).

To małe, czterostrunowe urządzenie, na którym grają to ukelele – instrument z Wysp Hawajskich („uku” – to po tamtejszemu pchła, „lele” zaś opisuje coś skaczącego). No to może tyle ja. Muzyka! „The Good the Bad the Ugly” z koncertu w londyńskim Barbican Centre w roku 2005. Smacznego!

Filmobranie



Ucztowanie czas zacząć. Wczoraj rozpoczęła się siódma już edycja Festiwalu Polskich Filmów Kinoteka. Na dobry początek spotkanie z Małgorzatą Szumowską i jej filmem „33 sceny z życia”.

Festiwal jest jeszcze bardziej okazały niż przed rokiem. Z jednej strony seanse odbywają się w aż sześciu prestiżowych londyńskich instytucjach (Barbican, BFI Southbank, Cargo, Prince Charles Cinema, Riverside Studios, Tate Modern), z drugiej zaś owo ucztowanie zakończy się dopiero 8 kwietnia. Jak na filmożercę przystało raduję się wielce!

Krótko: „33 sceny z życia” to mądre i piękne kino. Przejmująca opowieść o śmierci, ale także – a w zasadzie przede wszystkim – o życiu. O życiu w sytuacjach granicznych; o takich chwilach, w których nikt z nas znaleźć się nie chce. No i jeszcze to zaskoczenie pod tytułem „poczucie humoru pani reżyser”. Cholera, nie spodziewałem się, że można i tak...

Kto filmu jeszcze nie widział, niech czym prędzej do kina pędzi. Naprawdę warto!

A po seansie jeszcze dyskusja z widzami. Przesympatyczne spotkanie z przesympatyczną panią Małgorzatą – autoironiczną i dowcipną, bez zadartego noska i bardzo bezpośrednią.

***
Na załączonych obrazkach: przesympatyczna pani Małgorzata Sz. z kinowym ekranem w tle (kinowy ekran Riverside Studios również bardzo sympatyczny...).

środa, 11 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc




Panów jest dwóch – Pete i Jof. W poniedziałek ukazał się właśnie ich drugi album zatytułowany „Law of the Playground”. W naszej kuchni muzycznych niespodzianek sięgnijmy jednak najpierw do pierwszego albumu duetu, płyty „The Best Party Ever” (2005). Panowie grają ładnie, panowie grają bezpretensjonalnie, panowie grają z radością niekłamaną (własną i TatyOliwki również). Utwór „Be Gentle With Me”. Smacznego!

Acha, zespół zwie się The Boy Least Likely To.

Książka

W Wielkiej Brytanii dramatycznie rośnie liczba wielokrotnych aborcji wśród nastolatek. W stosunku do 1991 roku ich ilość wzrosła o blisko 70 proc.

Angielska prasa podała niedawno, że tylko w 2007 roku 5 tys. 897 dziewcząt poniżej 20 roku życia poddało się aborcji po raz drugi, trzeci, a nawet po raz czwarty w życiu. 16 lat wcześniej było ich 2 tys. 934.

Trzeba wiedzieć, że liczba usuniętych ciąż dramatycznie wzrasta w tym kraju od roku 1967 roku, kiedy przyjęty został tzw. „Abortion Act” – jedno z najbardziej liberalnych praw aborcyjnych w Europie (aborcja jest dozwolona do 24 tygodnia życia dziecka). W sumie w roku 2007 wszystkich aborcji wykonanych w Zjednoczonym Królestwie zarejestrowano 198,499 tys.

Czytając te dane pomyślałem o pewnej książce Karin Struck, którą przeczytałem czas jakiś temu. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku była ona jedną z najpopularniejszych pisarek niemieckich. Nagradzana, zapraszana na wykłady i na łamy najpoczytniejszych pism. Do czasu.

Jesienią 1991 roku Struck opublikowała powieść „Cień Sinobrodego”, która – według autorki – „była kluczowym utworem opisującym niemieckie społeczeństwo proaborcyjne”. Kilkanaście miesięcy później na półkach pojawiła się kolejna książka pisarki. „Widzę moje dziecko we śnie” do dziś uważana jest za jedną z najważniejszych na świecie pozycji w obronie życia nienarodzonych dzieci.

Niemcy przeżyli szok. Oto hołubiona przez nich autorka, aktywna działaczka ruchów lewicowych, filar Pokolenia’68 wydaje książkę, w której stanowczo i bezpardonowo sprzeciwiła się aborcji. Konsternacja szybko przerodziła się w środowiskowy ostracyzm. Wydawcy przestali drukować jej książki, gazety rezygnowały ze współpracy. Struck złamała swoiste tabu, zmowę milczenia i przelała na papier własne przeżycia. Bardzo bolesne.

14 lipca 1975 roku pisarka dokonała aborcji. Ten tragiczny dzień diametralnie, choć nie od razu, zmienił jej życie. Przez wiele kolejnych lat Struck nie potrafiła odzyskać równowagi emocjonalnej. Kiedy uświadomiła sobie wagę swojego czynu powiedziała wprost: „Zabiłam swoje dziecko”. Od tego momentu – ku zaskoczeniu, a niekiedy i jawnemu oburzeniu swoich czytelników i wielu znajomych – stała się zagorzałą obrończynią życia i przeciwniczką aborcji. Najmocniej dała temu wyraz w „Widzę moje dziecko we śnie”.

O tej książce mówiono, że pisarka „dokonała wiwisekcji swojej duszy”. Wiwisekcji, która sprawia ból nie tylko Struck. Trudno bowiem opanować emocje, kiedy autorka przywołuje swój tytułowy sen, w którym widzi Miriam – nienarodzoną córkę.

Nie wiem, czy książka Struck ukazała się w języku angielskim (polskie wydanie pojawiło się dopiero w roku 2006; mimo ciężkiej, nowotworowej choroby Karin Struck żywo interesowała się pracami nad tłumaczeniem i redakcją polskiego tekstu; niestety pisarka nie doczekała premiery książki w naszym kraju, zmarła kilka tygodni wcześniej). Wiem jednak, że to książka bardzo ważna, zwłaszcza w kontekście przywołanych na początku danych.

***
Nigdy nie potrafiłem zrozumieć wegetarian, którzy w imię szacunku do żywych istot owych istot nie jedzą, opiekują się nimi i chronią; z drugiej zaś strony w imię tak zwanej wolności popierają prawo do aborcji… Nie rozumiem.

No to jeszcze opowieść Struck, która relacjonuje swoje spotkanie z lewicowym intelektualistą i poetą, Erichem Friedem. Idąc wiejską drogą z nieukrywaną dumą i radością ominął on leżącą na drodze biedronkę tak, by nie zadeptać bezbronnego owada. „Nie mogę pojąć, że z jednej strony ludzie otaczają taką opieką biedronki, a z drugiej bez najmniejszych skrupułów propagują (w imię emancypacji) zabijanie dziecka w łonie matki” – pisze Struck.

I trudno odmówić jej racji.

poniedziałek, 9 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



Tę płytę z każdym kolejnym przesłuchaniem lubię bardziej i bardziej. No i chyba wyszło mi tak, że to jedna z moich ulubionych polskich płyt roku 2008. Duża w tym zasługa leniwego głosu pani Basi Wrońskiej, oj duża

Utwór „Nie zgubię się w tłumie” doczekał się właśnie uroczego teledysku więc spieszę by zaserwować go w naszej kuchni muzycznych uniesień. Zespół Pustki z płyty „Koniec kryzysu”. Rok 2008. Smacznego!

Dobrze, że źle

Odnoszę wrażenie, że spora część polskiej prasy ulega gwałtownej tabloidyzacji. Sensacja wypiera informację, bylejakość bierze górę nad rzetelnością, uczciwość też jakby nie w modzie.

Prasa brukowa ma się świetnie. Nie tylko zresztą tu, na Wyspach Brytyjskich. Z opublikowanych właśnie danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy jasno wynika, że najwyższą sprzedaż spośród wszystkich polskich dzienników w 2008 r. zanotował „Fakt.”. Średnia sprzedaż tego tabloidu wyniosła… 495 063 sztuk (dla porównania średnia sprzedaż „Gazety Wyborczej” to 393 582 szt., a „Rzeczpospolitej” zaledwie 135 935 szt.).

Skąd tak wielka popularność brukowców? („Super Express” zajmuje trzecie miejsce w przywołanym tu zestawieniu ze średnią sprzedaży 203 771 szt.). Odpowiedź wydaje się prosta: tabloidy pokazują to, co chcą zobaczyć ich czytelnicy – krzykliwe tytuły, tanią sensację, plotki z życia gwiazd i gwiazdeczek, proste (by nie rzec prostackie) rozwiązania trudnych spraw. Brukowce nie tracą czasu na opisywanie rzeczywistości – one ową rzeczywistość kreują. A kreują według sprawdzonych wzorców: prosto, lekko, a nierzadko także i bezmyślnie.

Dziennikarze tabloidów wiedzą najlepiej, że dobra wiadomość, to zła wiadomość. Epatują więc swoich czytelników wszelkimi możliwymi nieszczęściami. Wystarczy zresztą spojrzeć na tytuły tego typu gazet. Weźmy chociażby brytyjskie i irlandzkie wydania polskiego „Faktu” (wyspiarskie mutacje brukowca wychodzą od września 2008 r.). „Ksenofobia na Wyspach. Alarm! Tutaj biją Polaków”, „Skandal! Znany komik obraził Polaków”, „Cham z BBC. On kpi zamiast nas przeprosić”, „Skandal! Na zasiłki czekamy latami!” – oto garść brukowego „optymizmu”.

Niestety „standardy” wytyczone przez bulwarówki coraz częściej podchwytywane są przez inne media. Jak grzyby po deszczu powstają internetowe serwisy plotkarskie, gdzie hamulców nie ma już w zasadzie żadnych. Tam nie szanuje się nie tylko prywatności, ale także i godności opisywanych ludzi. Bylejakość i pogoń za sensacją są także domeną wielu mediów opisujących życie Polaków na emigracji.

Największy portal internetowy w Polsce – Onet.pl na swojej wersji Onet.eu zachęcał w ostatnim czasie takimi oto tytułami: „Zdrada emigracyjna”, „Koniec z prywatnością”. „Mniej pracy dla cudzoziemców”, „Desperacja z dala od domu”. Wszystko według sprawdzonej recepty: dobra wiadomość, to zła wiadomość…

Wzorcowym wręcz przykładem ukazującym tabloidyzację mediów jest… Kazimierz Marcinkiewicz. Ten przegrany polityk robił (i robi nadal) wszystko, by nie stać się także politykiem zapomnianym. Jego życie nie schodzi z łam polskich brukowców, z prostego powodu: sam zainteresowany umiejętnie reżyseruje ów żenujący spektakl.

Niedawne wydanie „Cooltury” (bezpłatny tygodnik wydawany w mieście Londyn) pokazuje, że bylejakość na dobre zagościła już także w polonijnych mediach. Nową partnerkę Kazimierza Marcinkiewicza uhonorowano okładką oraz dwustronicowym wywiadem (jak dodano: „ekskluzywnym”) anonsowanym jako „temat numeru”. Cóż, kiedyś honorowano umiejętności czy wiedzę dzisiaj wystarczy po prostu być (w tym wypadku partnerką). Może zresztą nie ma co psioczyć skoro w przywołanym wywiadzie dziennikarz w iście tabloidowym stylu pyta: „Wierzy pani w miłość?”.

O wiarę w zdrowy rozsądek niestety już nie zapytał…

piątek, 6 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



Nie mam coś szczęścia, żeby zobaczyć pana Antoniego H. na żywo; w zeszłym roku bilety na londyński koncert rozeszły się nim TataOliwki był się w ogóle zorientował. Teraz zaś zagra ponownie pod koniec marca, ale co z tego skoro na ten czas miasto Londyn opuszczam?! Cholera jasna!

Pod koniec stycznia ukazał się trzeci studyjny album Antosia – „The Crying Light”. Płyta, tak jak zresztą pozostałe, rozkłada mnie na łopatki. Siedzę i psyk z zachwytu rozdziewam. Antony and the Johnsons i utwór „Epilepsy Is Dancing”. Rok 2009. Smacznego!

Przyjemność



Rozmowa podczas wczorajszego powrotu ze szkoły:
- Tato?
- Tak?
- Jak wrócimy do domu będę mogła założyć kapelusz?
- Kapelusz? A dlaczego kapelusz?
- No tak, dla przyjemności.


Przyjemnego weekendu Szanownemu Państwu życzę!

czwartek, 5 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



Kolejne danie z panią Yukimi Nagano. Trzy lata temu, szwedzki duet Koop nagrał swój trzeci studyjny album – „Koop Islands”. Panowie Magnus Zingmark i Oscar Simonsson zauroczeni m.in. swingiem nagrali leciutką i jakże przyjemną płytę pełną melodyjnych pieśni. Do współpracy zaprosili także przywołaną tu panią Yukimi, która użyczyła swojego głosu w trzech utworach. Oto jeden z nich. „I See A Different You”. Rok 2006. Smacznego!

Ku pamięci...








Zasady są bardzo proste. 48 kart z obrazkami należy odwrócić, pomieszać i odnaleźć pasujące do siebie pary. Gra ćwiczy pamięć wzrokową i zdolność koncentracji. Problem w tym, że nie moją. Już nie moją…

Krótko mówiąc Oliwa rozkłada mnie na łopatki. Dziwnym trafem przegrywam zazwyczaj 14 do 10. I żeby nie było, że się nie staram, że się dziecku kochanemu podkładam, że gra ustawiona przez małżonkę osobistą. Nic z tych rzeczy! Zaciskam zęby, prężę się, nadymam, wytężam to, co w głowie siedzi (taaa…) i dupa blada,; prawie zawsze przegrywam (gwoli ścisłości owo „prawie zawsze” oznacza, że wygrałem do tej pory… dwa razy).

Na pociechę pozostaje mi świadomość, że panna O. będąc w Polsce ograła wszystkich po kolei: dziadków i babcie, obie ciotki i gromadkę znajomych też. Niestety gra się jeszcze jej nie znudziła. Co więcej, z błyskiem w oczkach, co rusz pyta mnie: tatko zagramy partyjkę? O żesz Ty bezczelna dziewucho! Z ojca się tak naśmiewać?!

środa, 4 marca 2009

Dźwięki na dobrą noc



W dniu, w którym czerwone nosy opanują nie tylko miasto Londyn, TataOliwki wespół z małżonką osobistą wybiorą się na kameralny koncert. Tym razem idziemy delektować się i – mam nadzieję – oklaskiwać kwartet z miasta Goteborg. Zespół nazywa się „Little Dragon” i ma na swoim koncie dopiero jeden, całkiem sympatyczny album („Little Dragon” 2007). Przyjemna dla ucha mieszanka elektroniki, jazzu, soulu. No i jeszcze urocza pani wokalistka – Yukimi Nagano (urodzona w Szwecji; mama Amerykanka, tata Japończyk).

W naszej kuchni muzycznych dań dzisiaj utwór „Test”. Little Dragon. Rok 2007. Smacznego!

Oczko mu się odlepiło. Temu misiu...



No i znowu lewe. Znowu? – zapyta dociekliwe Państwo. Ano niestety znowu

TataOliwki zajrzał więc ponownie w gościnne progi Moorfields Eye Hospital. A zajrzał dlatego, że oczko lewe znowu nie chciało współpracować z oczkiem prawym.

Piątkowa wizyta dłuższa była od poprzedniej znacznie. Okazało się bowiem, że zapisane mikstury nie naprawiły tego, co naprawić miały (a przez ostatnie tygodnie wydawało mi się, że właśnie naprawiły). A skoro nie naprawiły, to przesympatyczny doktor (a do tego jaki urodziwy! – mówię Wam dziewczyny; dwudziestokilkuletni Włoch na widok którego pacjentkom oczy otwierały się same…) postanowił owemu naprawianiu nieco pomóc. Wyciągnął więc patyka (spokojnie, spokojnie, medyczny był to instrument…), by pogmerać w oczku lewym. Doktor pan był szery więc powiedział: a/ będzie bolało, b/ będzie bolało bardzo, c/ przez najbliższe 24 godziny nie zaśniesz, bo tak bardzo bolało będzie. Jak powiedział, tak też się stało (znaczy się tutejsza służba zdrowia nie kłamie).

Oczko lewe zalepiono, krem i krople wydano, do domu wysłano. W domu, zgodnie z zaleceniami, środki przeciwbólowe w ilościach znacznych konsumowałem dość łapczywie.. I tak minął mi piątek, piątkowa noc i sobotnie przedpołudnie.

Od soboty zaś krem i krople. No i oczko lewe wygląda już znacznie lepiej. A i TataOliwki wygląda lepiej, bo do pracy nie chodził więc wypoczął zasadniczo wybornie.

W następny piątek jeszcze jedna wizyta w ocznej lecznicy. Jeśli doktor pan znowu wyskoczy z instrumentem – jako się rzekło – medycznym, pierzchnę daleko. Nawet i do Grudziądza biegł będę…

***
Było o niesprawnym oku, no to teraz (umówmy się, że dla tak zwanej równowagi) coś o nosie. Już niebawem, już za momencik Red Nose Day, czyli ogólnonarodowe zbieranie pieniędzy dla najbardziej potrzebujących (coś jak nasza Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, tyle tylko, że tu „grają” co dwa lata i pomagają nie tylko chorym dzieciom; w 2007 roku zebrano ponad 67 milionów funtów).

***
No to jeszcze obrazki dwa: Czerwony Nos Panny Oliwy w roku 2007. Jak będzie w roku 2009? Cierpliwości, zobaczymy niebawem…