Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 11 marca 2009

Książka

W Wielkiej Brytanii dramatycznie rośnie liczba wielokrotnych aborcji wśród nastolatek. W stosunku do 1991 roku ich ilość wzrosła o blisko 70 proc.

Angielska prasa podała niedawno, że tylko w 2007 roku 5 tys. 897 dziewcząt poniżej 20 roku życia poddało się aborcji po raz drugi, trzeci, a nawet po raz czwarty w życiu. 16 lat wcześniej było ich 2 tys. 934.

Trzeba wiedzieć, że liczba usuniętych ciąż dramatycznie wzrasta w tym kraju od roku 1967 roku, kiedy przyjęty został tzw. „Abortion Act” – jedno z najbardziej liberalnych praw aborcyjnych w Europie (aborcja jest dozwolona do 24 tygodnia życia dziecka). W sumie w roku 2007 wszystkich aborcji wykonanych w Zjednoczonym Królestwie zarejestrowano 198,499 tys.

Czytając te dane pomyślałem o pewnej książce Karin Struck, którą przeczytałem czas jakiś temu. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku była ona jedną z najpopularniejszych pisarek niemieckich. Nagradzana, zapraszana na wykłady i na łamy najpoczytniejszych pism. Do czasu.

Jesienią 1991 roku Struck opublikowała powieść „Cień Sinobrodego”, która – według autorki – „była kluczowym utworem opisującym niemieckie społeczeństwo proaborcyjne”. Kilkanaście miesięcy później na półkach pojawiła się kolejna książka pisarki. „Widzę moje dziecko we śnie” do dziś uważana jest za jedną z najważniejszych na świecie pozycji w obronie życia nienarodzonych dzieci.

Niemcy przeżyli szok. Oto hołubiona przez nich autorka, aktywna działaczka ruchów lewicowych, filar Pokolenia’68 wydaje książkę, w której stanowczo i bezpardonowo sprzeciwiła się aborcji. Konsternacja szybko przerodziła się w środowiskowy ostracyzm. Wydawcy przestali drukować jej książki, gazety rezygnowały ze współpracy. Struck złamała swoiste tabu, zmowę milczenia i przelała na papier własne przeżycia. Bardzo bolesne.

14 lipca 1975 roku pisarka dokonała aborcji. Ten tragiczny dzień diametralnie, choć nie od razu, zmienił jej życie. Przez wiele kolejnych lat Struck nie potrafiła odzyskać równowagi emocjonalnej. Kiedy uświadomiła sobie wagę swojego czynu powiedziała wprost: „Zabiłam swoje dziecko”. Od tego momentu – ku zaskoczeniu, a niekiedy i jawnemu oburzeniu swoich czytelników i wielu znajomych – stała się zagorzałą obrończynią życia i przeciwniczką aborcji. Najmocniej dała temu wyraz w „Widzę moje dziecko we śnie”.

O tej książce mówiono, że pisarka „dokonała wiwisekcji swojej duszy”. Wiwisekcji, która sprawia ból nie tylko Struck. Trudno bowiem opanować emocje, kiedy autorka przywołuje swój tytułowy sen, w którym widzi Miriam – nienarodzoną córkę.

Nie wiem, czy książka Struck ukazała się w języku angielskim (polskie wydanie pojawiło się dopiero w roku 2006; mimo ciężkiej, nowotworowej choroby Karin Struck żywo interesowała się pracami nad tłumaczeniem i redakcją polskiego tekstu; niestety pisarka nie doczekała premiery książki w naszym kraju, zmarła kilka tygodni wcześniej). Wiem jednak, że to książka bardzo ważna, zwłaszcza w kontekście przywołanych na początku danych.

***
Nigdy nie potrafiłem zrozumieć wegetarian, którzy w imię szacunku do żywych istot owych istot nie jedzą, opiekują się nimi i chronią; z drugiej zaś strony w imię tak zwanej wolności popierają prawo do aborcji… Nie rozumiem.

No to jeszcze opowieść Struck, która relacjonuje swoje spotkanie z lewicowym intelektualistą i poetą, Erichem Friedem. Idąc wiejską drogą z nieukrywaną dumą i radością ominął on leżącą na drodze biedronkę tak, by nie zadeptać bezbronnego owada. „Nie mogę pojąć, że z jednej strony ludzie otaczają taką opieką biedronki, a z drugiej bez najmniejszych skrupułów propagują (w imię emancypacji) zabijanie dziecka w łonie matki” – pisze Struck.

I trudno odmówić jej racji.

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Rzeczywiście, trudno...
A książkę, dzięki Panu, na pewno przeczytam.

Anonimowy pisze...

Rodzice mi zawsze powtarzali, ze swiat nie jest czarno-bialy i ze to, co sie mysli teoretycznie, nie zawsze sprawdza sie w praktyce. Dopiero stojac w obliczu jakiejs sytuacji mozna podjac decyzje.

Tacie Oliwki nie grozi podejmowanie decyzji o aborcji, ale gdyby ktos zagrozil Oliwce, czy Tata by go nie zabil?

Absolutnie nie bronie tu aborcji jako "metody antykoncepcji" czy lekarstwa na glupote lekko sie prowadzacych panienek. Natomiast obawiam sie, ze bywaja inne, dramatyczne okolicznosci.

Pawel Waryszak pisze...

Dancing with Strangers napisane przez Inge Clendinnen stara sie zrozumiec dawne zapomniane zwyczaje Aborygenow. Wsrod nich bylo zabijanie nowonarodzonego dziecka jesli matka umarla w czasie jego porodu. Ciezkie warunki zycia byly wystarczajacym powodem dla takiego morderstwa. Aborcja to nie jest latwy temat, ale warto o nim rozmawiac.

Anonimowy pisze...

Cześć TatoOliwki! Tu tata Idy (ciekawe czy skojarzysz).
Napisałeś, że nie rozumiesz, jak można być wegetarianinem i popierać prawo do aborcji. Jako że jestem właśnie taką osobą, a nie uważam, żeby moje poglądy były niespójne, postaram się Ci to wyjaśnić.
Rzeczywiście, jeśli wegetarianin swoją odmowę zabijania zwierząt opiera na „szacunku dla każdego życia”, a jednocześnie popiera prawo do aborcji, śmiało można mu zarzucić niespójność. W końcu embrion czy płód to niewątpliwie istoty żywe. Co więcej, będąc konsekwentnym, można takiej osobie zarzucić zabijanie roślin, także przecież istot żywych.
Dlatego swojego wegetarianizmu nie opieram na poszanowaniu życia innych istot, lecz na niechęci do zadawania im niepotrzebnych cierpień. Czyli, w skrócie, jestem wegetarianinem, bo nie muszę jeść zwierząt, by żyć zdrowo, a hodowla zwierząt i ich ubój wiąże się z ich wielkim cierpieniem. Nie chcę zadawać cierpienia tylko dla własnej przyjemności.
Tę samą ogólną zasadę o niezadawaniu niepotrzebnego cierpienia stosuję wobec zwierząt z rzędu naczelnych, gatunku Homo sapiens.
Nie widzę nic złego w odebraniu życia istocie, która nie jest w stanie cierpieć i której śmierć nie spowoduje niepotrzebnego cierpienia innych istot (dlatego np. bez wyrzutu sumienia jem rośliny).
Płód ludzki do 23 tygodnia nie jest w stanie odczuwać cierpienia (por: http://jama.ama-assn.org/cgi/content/short/294/8/947), w odróżnieniu od kobiety w niechcianej ciąży. Na jednej szali mamy więc interes płodu niezdolnego do cierpienia, na drugiej zaś interes w pełni doświadczającej cierpienia kobiety. Uważam, że przynajmniej do 23 tygodnia ciąży, kobieta ma prawo do decyzji o aborcji.
Jak widać nie jestem przeciwny zabijaniu jako takiemu – jestem przeciwny zadawaniu niepotrzebnego cierpienia.
Strasznie się rozpisałem, a przecież tylko liznąłem temat. Oczywiście powinienem wytłumaczyć jeszcze, co rozumiem przez cierpienie i co to znaczy, że jest ono niepotrzebne/potrzebne, a także, że w przypadku istot świadomych siebie w czasie, czyli osób (czyli nie embrionów ani płodów), nie tylko zdolność do cierpienia jest dla mnie cechą istotną etycznie itd. itp.
To, co próbuję tu przekazać, dużo lepiej wyjaśnia i rozważa Peter Singer w Etyce Praktycznej i w Wyzwoleniu Zwierząt. Polecam też Milczenie Owieczek Kazimiery Szczuki – książkę, która między innymi opisuje pozytywne doświadczenia kobiet, które dokonały aborcji – jako przeciwwagę wobec szerzonego przez ruchy pro-life (wolę je nazywać anty-choice – przecież nie szanują życia jako takiego, a jedynie życie ludzkie, a i to nie każde) poglądu, jakoby aborcja wiązała się wyłącznie i nierozerwalnie z opłakanymi skutkami dla kobiecej psychiki.
Oczywiście nie liczę na to, że przekonam Cię do swoich poglądów. Mam nadzieję tylko, że udało mi się pokazać, że nie są one niespójne czy absurdalne, lecz po prostu wynikają z innego systemu etycznego niż etyka „świętości życia”.
Pozdrawiam serdecznie!
Tata Idy

TataOliwki pisze...

Masz rację Tato Idy (Darku?), nie przekonałeś mnie do swoich racji...

Piszesz, że "Płód ludzki do 23 tygodnia nie jest w stanie odczuwać cierpienia". No to może ja też z naukowej beczki:)

"Jest dość naukowych dowodów na to, że życie rozpoczyna się w chwili zapłodnienia. Genetyka pokazuje, że wraz z zapłodnieniem powstaje osobnicza tożsamość genetyczna, a biologia komórkowa dowodzi, że istoty wielokomórkowe powstają z jednej początkowej komórki zygoty, w której jądrze znajduje się już informacja genetyczna przechowywana potem we wszystkich komórkach" - napisali wczoraj autorzy manifestu (tzw. Deklaracja Madrycka), wśród których są wybitni genetycy, biolodzy i mikrobiolodzy z wielu hiszpańskich uniwersytetów.

Życie ludzkie jest dla mnie wartością nadrzędną. Kropka.

Serdeczności zasyłam!

Anonimowy pisze...

Szkoda, że życie ludzkie oznacza dla Taty Oliwki życie płodu, a nie życie kobiety, która jest w niechcianej ciąży. Na przykład dlatego, że w wieku lat 12tu zgwałcił ją ojciec. Podobnie myśli Marek Jurek, który mówiąc o aborcji potrafi ani razu nie użyć słowa "kobieta". Jakże łatwo jest stawiać kropki po zdaniach, które nas nie dotyczą...

Anonimowy pisze...

Ja też z naukowej beczki:)
http://www.fetal-pain.com/breaking_news.htm

Tu jasno jest mowa o 12 tyg. życia płodowego dziecka, nie o 23.

Anonimowy pisze...

http://adonai.pl/life/?id=7

Dokładny opis rozwoju połączeń nerwowych od poczęcia.