Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 28 stycznia 2010

Dźwięki na dobrą noc



W roku 1966 Michael Caine wystąpił w tytułowej roli w filmie „Alfie”. Film, jak już wspominałem, zobaczyłem w ostatnią sylwestrową noc. Dźwiękami z tej produkcji cieszę uszy zaś od kilku dobrych lat. A jest czym się radować, bo muzykę skomponował wielki Sonny Rollins. Ostatnie wątki nostalgiczno-wspomnieniowe, nie będzie więc chyba wielką niespodzianką, jeśli dodam, że niejedna wódeczka i niejedna butelka wina przy tej płycie z Wujem Tygrysem skosztowane zostały… Sonny Rollins i temat przewodni z filmu „Alfie”. Na żywo, znaczy live. Rok 1982. Smacznego!

No i poleciał…



Miasto Londyn nie kwapiło się zbytnio by wypuścić Wuja Tygrysa. Kilkugodzinne oczekiwanie na spóźniony samolot, Przyjaciel umilał w najlepiej sobie znany sposób. WizzAir dał talon na posiłek regenerujący, a Wuj, jak to Wuj, kufelkiem pienistego się był regenerował.

Szczotka i Marcin przynieśli wybornego bananowca (na załączonym obrazku). Były uściski, no i, rzecz oczywista, łzy się też polały…

Dostałem wczoraj wiadomość, że mój ulubiony szef (szkoda, że już były) przywiózł do mojego biura (szkoda, że już byłego) skrzyneczkę wybornego wina. 12 butelek włoskiego wina, którego na próżno szukać na sklepowych półkach (ulubiony szef
należy do winiarskiego klubu, którego właściciel ma własne winnice we Włoszech) czeka już tylko na odbiór. Wuju, wracaj! Sam nie dam przeca rady!

środa, 27 stycznia 2010

Kino na dobry dzień



Na poprawę nastroju zasadniczo – panie raczą wybaczyć – chujowego (to o mnie, znaczy się nastrój, nie to drugie), proponuję dzisiaj szwedzkie muzykowanie. Film z roku 2001 pod wszystko mówiącym tytułem „Music for One Apartment and Six Drummers”. Reżyseria Ola Simonsson i Johannes Stjärne Nilsson. Smacznego!

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Wcale mnie to nie cieszy

Przespałem 5. rocznicę swojego pobytu w mieście Londyn. Piękna, okrągła przypadła dnia dwudziestego stycznia. Ale – jak mawiał Józef Andryszek I w „Historii kina w Popielawach” – wcale mnie to nie cieszy…

Zresztą, co tu ma cieszyć? W środę wyjeżdża Wuj Tygrys. Po blisko sześciu latach wraca do Polski. Na tę okoliczność jakoś nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.

Wcale nas to nie cieszy…

środa, 20 stycznia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Pani Jola na plakacie, Pani Jola (ale już raczej nie ta Pani Jola) w naszej kuchni muzycznych uniesień. Jarosław Janiszewski i jego Bielizna, czyli chłopcy z Trójmiasta w utworze „Pani Jola” z płyty pod tym samym tytułem. Rok 1996. Smacznego!

No to może jeszcze jedna Pani Jola? Otóż przez pewien czas (dziś wiem, że zbyt długi czas) w mieście Londyn pracowałem z pewną panią Jolą. Pani księgowa, która raczyła tytułować siebie… Dyrektorem Finansowym (konicznie przez wielkie, ba, największe „D”). I to w zasadzie wszystko, co o tej Joli napisać mogę…

Uśmiech Pani Joli


Pani Jolanta Lewkowicz (tak stoi napisane na plakietce przypiętej do marynareczki) uśmiecha się do mnie niemal każdego dnia. A to w metrze, a to w autobusie, ba, nawet i ze ścian wielkich budynków.

Pani Jola uśmiecha się na tyle przyjemnie (zalotnie?), że chyba trzeba pomyśleć o zmianie banku. Co tu dużo mówić: w HSBC nie uśmiechają się tak przyjemnie (zalotnie?). Pewnie w moim banku zależy im tylko na pieniądzach…

piątek, 15 stycznia 2010

Oliwka sie ma dobrze!







Oszust, oszołom, złodziej, sekciarz, pozer, łobuz, szkodnik, cwaniak. To tylko niewielka część komplementów jakimi część polskich internautów darzy Jerzego O. Tak to z naszym nadwiślańskim narodem już bywa – najgłośniej krzyczą ci, którzy siedzą wygodnie na dupsku i sami nic nie robią.

Co tu dużo pisać: mroźna pogoda nie odstraszyła Polaków. Także tych mieszkających w Wielkiej Brytanii. XVIII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rozgrzał tysiące ludzkich serc. „Nie sztuką jest robić karnawał brazylijski w lato. Sztuką jest zrobić karnawał brazylijski w zimie” – mówił na poniedziałkowej konferencji prasowej zachrypnięty Jerzy Owsiak. Radości nie krył również prof. Bohdan Maruszewski z Fundacji WOŚP. „W Polsce tak dużo mówi się o nieudacznictwie, że nic się nie udaje. Właśnie się udało!” – mówił. Udało się również w Londynie.

Gdyby wierzyć sfrustrowanym internautom, którzy jeszcze na długo przed londyńskim Finałem uprawiali swoje tradycyjne czarnowidztwo, Orkiestra w Londynie w ogóle nie powinna zagrać. Mimo tego, że „Polacy mają talent do dyskredytowania samych siebie” (tak mówił na konferencji prasowej wzburzony Owsiak pokazując wydanie brukowego „Faktu”, w którym niewielki artykuł podsumowujący tegoroczny Finał znalazł się obok tekstu o „zabójstwie kochanka”), w brytyjskiej stolicy odbyło się kilka bardzo udanych imprez. I choć zebrana kwota jest niższa niż podczas londyńskich Finałów w roku 2003 i 2004 najważniejsze jest to, że po kilkuletniej przerwie nad Tamizą ponownie było głośno i radośnie (trzeba mi jednak przypomnieć, że w mieście, w którym – wedle ostrożnych szacunków – żyje dziś ponad 500 tys. Polaków, orkiestra czerwonych serduszek grywała, niestety, także i na fałszywą nutę. A wszystko za sprawą nieodpowiedzialnych „organizatorów”. Mało kto dziś pamięta, że w czasach, kiedy Polska nie była jeszcze członkiem UE, a co za tym idzie w Londynie mieszkało znacznie mniej Polaków, Finały odbywały się ze sporymi sukcesami. W roku 2002 kameralna impreza w jednej z polskich parafii przyniosła 740 funty. Rok później było już blisko… 35 tys. funtów! 11 stycznia 2004 nad Tamizą zebrano zaś ponad 37 tys. funtów. Wszyscy byli przekonani, że ta tendencja się utrzyma i podczas kolejnego Finału uda się zebrać tu jeszcze więcej. Niestety tak się nie stało. Nastąpiła aż trzyletnia cisza, której towarzyszyły mętne tłumaczenia niedoszłych „organizatorów”. Szumne zapowiedzi, imponująca lista gwiazd z Polski, ba, nawet i rzekome zainteresowanie imprezą przez BBC, które miało pokryć część kosztów. Wszystko okazywało się jednak czczą gadaniną. Do tego doszły wzajemne oskarżenia zwaśnionych „organizatorów”, kłótnie i swary. Ot, polska rzeczywistość).

Wróćmy jednak do tego, co działo się w minioną niedzielę. A działo się tak pysznie, że panna Oliwa za nic nie chciała wyjść z Jazz Cafe w POSKu, gdzie odbywała się jedna z kilku orkiestrowych imprez. Przyznam uczciwie, że O. do XVIII Finału przygotowała się znakomicie. Po tym jak pokazaliśmy jej kilka filmików pokazujących poprzednie Finały, sama przyniosła skarbonkę, by zabrać pieniądze. No i jak tu nie skakać z radości?

A w Jazz Cafe tańce, hulanki, swawole. Zespoły folklorystyczne i pokazy judo. Wspólne rysowanie i wspólne śpiewanie. Oliwa w siódmym niebie, małżonka osobista jakby również. Tak bardzo również, że zabrała nas potem na obiad do legendarnej Łowiczanki (restauracja w POSKu, w której czas był się zatrzymał). Najważniejsze jest jednak to, że jedzenie jest wprost proporcjonalnie odwrotne do tamtejszego wystroju – pyszne jest, znaczy się. Grillowany oscypek z żurawiną i naleśniki ze szpinakiem w śmietankowym sosie. Dla mnie bomba! O szklaneczce schłodzonego Żywca nie ma już więc co wspominać.

Oczywiście, jak to w „polskim Londynie”, nie obyło się bez cepeliady. Pewna Pani Artystka (koniecznie przez olbrzymie „A”) czytała maluchom wiersze Tuwima i Brzechwy. Ni stąd, ni zowąd Pani Artysta dorzuciła do tego… myśli Matki Teresy z Kalkuty. Siedzące wygodnie na poduszkach maluchy miały miny dość zdziwione. Oliwa wierciła się znacząco. TataOliwki minę miał zaś wyjątkowo zdziwioną, kiedy Pani Artysta zarządziła nagle ciszę. „A teraz wszyscy milczymy” – powiedziała artystycznym tonem Pani Artystka. „Teraz zaśpiewa dla nas nasz osobisty, polski papież” – dodała jeszcze bardziej artystycznym tonem. No i zaśpiewał. Brawo ta Pani!

Wróciliśmy do domu porą wieczorową. Oliwa przykleiła sobie wewnątrz papucia czerwone serce. TataOliwki czerwone serce przykleił zaś na zamrażalniku. Każden klei tam, gdzie lubi najbardziej. Amen.

środa, 13 stycznia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Kolega reżyser z miasta Kraków (znaczy się Tomek z rodzinnego Grudziądza co to po sławę, laury i majonezy na południe był wyjechał; ps. wyjechał z powodzeniem) przysłał mi właśnie utwór, od którego oderwać się nie mogę. Przed Państwem Jack Conte, co to gra na wszystkim co dźwięki wydaje. Smacznego!

Odwieczne prawo natury


No i znowu śnieg. Napadało go wystarczająco dużo, by zamknięto dzisiaj szkołę panny Oliwy. No to siedzimy w domu.

Nasz dom, jak zresztą zdecydowana większość domów w tym kraju, jest domem zimnym. Ściany cienkie, okna nieszczelne, znaczy się standard. Drogą zakupu nabyłem właśnie halogenowy grzejnik – takie to byle jakie, ale nic innego nie było. Pan sprzedawca z uśmiechem oznajmił, że wszystkie inne grzejniki wyszły. Ludzie grzeją na potęgę!

Najgorzej ma panna Oliwa, w której pokoju nawet latem jest chłodno. No, a teraz to jest zwyczajnie zimno. Zatem halogenki, do tego dodatkowy koc, no i dwa ogrzewacze (czyt. termofory), które przyniosła małżonka osobista.

Nie ma co jednak narzekać. Zwłaszcza, kiedy pamięta się zimę w kraju ojców. No i kiedy z radością niekłamaną powraca się do klasyki X Muzy: „Pani kierowniczko, ja to wszystko rozumie! Ja rozumie, że wam jest zimno! Ale jak jest zima to musi być zimno, tak? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury!”.

Na załączonym obrazku odwieczne prawo natury, czyli widok z pokoju panny Oliwy. Środa, 13 stycznia godz. 9.20

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Czasami jest tak, że człowiek musi sobie potańczyć (na ten przykład wówczas, jak się nieco zdenerwuje). Panna Oliwa na ten przykład bardzo lubi kręcić kuprem, przy tej oto pieśni. Nie ukrywam, że i ja polubiłem ów teledysk, zwłaszcza, że w 28 sekundzie pojawia się Jędrek w całej okazałości! (ok, niby inny kolor skóry, ale to przeca Jędrzej jak, pardon, malowany!). Przed Państwem młodzieniaszek, zaledwie osiemnastoletni, Sean Kingston. Smacznego!

Deptanie godności

Prawdę powiedziawszy w ogóle nie zamierzałem zabierać głosu w sprawie senatora Krzysztofa Piesiewicza. Okazało się jednak, że obłuda i tanie moralizatorstwo zagościło również na łamach polonijnej prasy. Poziom demagogii i prostactwa tak wielki, że nie sposób już dłużej milczeć

Na łamach „Gońca” Dominik Waszek pochylił się nad rokiem 2009. Pochylił się tak nisko, że nie dostrzegł nawet własnej nikczemności. Nie ma się zresztą czemu dziwić: z poziomu bagna widoczność bywa dość ograniczona.

„Zdecydowanie jednak 2009 był rokiem powszechnej ściemy. Takiego znaku w żadnym z horoskopów nie ma, ale... w minionym roku jej właśnie mieliśmy najwięcej. Święte oburzenie stało się też udziałem polskich gwiazd publicznej estrady za sprawą filmu, który w grudniu opublikował „Super Express”. Główną rolę zagrał tam polityk PO i znany scenarzysta wzniosłych filmów Krzysztofa Kieślowskiego, a zarazem jeden z ostatnich moralnych autorytetów znad Wisły, senator Krzysztof Piesiewicz. Widząc go jak ubrany w sukienkę wciąga biały proszek, trudno było oprzeć się wrażeniu, że również moralne autorytety poddały się duchowi wszechobecnej ściemy, a prawda o nich bywa zaskakująco odmienna od tego, co za nią uważamy” – napisał redaktor Waszek.

Jeden akapit, a nagromadzoną w nim ironią, szyderstwem i pogardą można by z powodzeniem obdarzyć całe szpalty „Super Expressu” tudzież innego „Nie” – gazet, które redaktor Waszek musi cenić w sposób szczególny skoro pisze to, co pisze.

Jest czymś więcej niż obrzydliwym, by ludzki dramat opisywać językiem żuli spod budki z piwem. Przyszło nam żyć w czasach, w których samozwańczy moralizatorzy tak ochoczo depczą godność drugiego człowieka. Wyroki i orzeczenia niezawisłych sądów coraz częściej zastępuje bełkot rządnych taniej sensacji dziennikarzy. Za nic mają prawo do prywatności i dobrego imienia.

To, co zrobił „Super Expres” jest, według mnie, zwyczajnym kurestwem. Opublikowane przez ten brukowiec zdjęcia (oraz na stronie internetowej film) dotyczący senatora Krzysztofa Piesiewicza, Rada Etyki Mediów uznała za „karygodne”. Helsińska Fundacja Praw Człowieka podkreśla zaś, że przywołana publikacja „narusza prawo do prywatności polityka i nie mieści się w granicach wolności słowa”. Dla dziennikarskich hien nie ma to jednak żadnego znaczenia. Standardy nikczemności wyznaczone przez „SE” podchwytywane są przez innych. Do chóru „sprawiedliwych sędziów” dołączyła, jak widać, także i polonijna prasa.

O winie bądź niewinności Krzysztofa Piesiewicza rozstrzygnie niezawisły sąd. Wyroki dziennikarskich hien, poza tym że są podłe i obrzydliwe, nie są w tej sprawie wiążące.

piątek, 8 stycznia 2010

Obiecanki cacanki

Nowy Rok i nowe postanowienia. Rzucamy palenie i zbędne kilogramy. No i jeszcze obowiązkowe przyrzeczenie, że będziemy bardziej oszczędni. I co? Zupełnie nic. Podobnie zresztą jak przed rokiem.

Psycholodzy nie są byt łaskawi dla naszych noworocznych postanowień. Ich zdaniem, gdy naprawdę czegoś chcemy, nie czekamy do Nowego Roku. Data w kalendarzu to zdecydowanie za słaba motywacja; tak naprawdę poprawia jedynie nasze samopoczucie. Mimo to kochamy noworoczne deklaracje. Według Ośrodka Badań Opinii Społecznej przyznaje się do nich aż 42 procent Polaków. Skupiamy się przede wszystkim na zdrowiu (27 proc.) oraz na sprawach domowych i pracy. 12 proc. respondentów zakłada „udoskonalenie” rodziny i poświęcenie większej uwagi na wypoczynek. Problem w tym, że dla wielu kończy się jedynie na deklaracjach.

Skoro więc osobiste postanowienia nie działają, może warto przechytrzyć nieco los? Niech spełnią się zatem „postanowienia w zastępstwie”. Oto zestaw moich noworocznych propozycji

Organizatorzy polskich imprez w Londynie: Postanawiamy urozmaicić nasz repertuar. Rynek muzyczny to nie tylko Kult, Hey czy T.Love. Nad Wisłą z powodzeniem funkcjonują dziesiątki innych zespołów, które z radością zagrałyby koncert nad Tamizą. Podobnie rzecz ma się z kabaretami: od lat te same grupy, te same skecze. Wystarczy posłuchać „Powtórki z rozrywki” w radiowej Trójce, by przekonać się, że na Kabarecie Moralnego Niepokoju czy grupie Ani Mru Mru nie kończy się dziś polski żart sceniczny. Postanawiamy również, że ceny biletów będą w tym roku – delikatnie rzecz ujmując – bardziej przystępne.

Przedstawiciele polonijnych organizacji: Postanawiamy rozpocząć przygotowania do organizacji plenerowego festiwalu promującego Polskę i Polaków. Festiwalu z prawdziwego zdarzenia, po którym nikt już nie będzie pamiętał żałosnego wręcz festynu z września 2006 roku. Festiwalu, który wzorem podobnych imprez organizowanych przez Rosjach, Czechów czy Słowaków, będzie imprezą niebiletowaną, otwartą nie tylko dla przedstawicieli własnego narodu. Festiwalu, który zaoferuje coś więcej niż tylko bigos i skocznego oberka.

Właściciele polonijnych portali internetowych: Postanawiamy przestać publikować rasistowski bełkot sfrustrowanych internautów. Będziemy przestrzegać prawa i usuwać wszystkie komentarze naruszające dobre imię przedstawicieli innych narodów, ras i wyznań. Dołożymy wszelkich starań, aby nasze strony nie przypominały ścian miejskich szaletów, na których umysłowi troglodyci dają upust swojej ograniczonej wyobraźni.

Krótko przystrzyżeni panowie w szeleszczących dresach: Postanawiamy nie tylko zakupić Słownik Języka Polskiego, ale także skorzystać z tego, co w owym słowniku się znajduje. Z niemałym zdziwieniem przekonamy się, że istnieje znacznie więcej słów niż te, którymi posługujemy się w londyńskich autobusach czy parkach. Tak chętnie używane przez nas słowa na „k”, „ch” i „p” (które dzięki nam zna już chyba każdy angielski nastolatek) zastąpimy słowami dłuższymi przez co trudniejszymi, ale za to bardziej kulturalnymi (o, pierwsze nowe słowo).

Pasażerowie tanich linii lotniczych, które wcale nie są tanie: Postanawiamy przestać się dziwić, że traktuje się nas przedmiotowo, a nie podmiotowo. Przestaniemy robić duże oczy, gdy po dodaniu wszystkich ukrytych kosztów okaże się, że lepiej było skorzystać z usług drogich linii lotniczych, które, jak się okazuje, nie zawsze są drogie. Pogodzimy się z faktem, że jakość usług w tanich liniach lotniczych, które wcale nie są tanie, są wprost proporcjonalne do ceny biletów (przed dodaniem do nich ukrytych kosztów).

Instytut Kultury Polskiej w Londynie: Postanawiamy nie schodzić poniżej poziomu, który zaprezentowaliśmy w roku 2009. Ponownie będziemy gościć w najważniejszych galeriach, muzeach i salach wystawienniczych brytyjskiej stolicy. Nadal zapraszać będziemy czołówkę polskich artystów, którzy i tym razem przyciągną uwagę międzynarodowej publiczności.

Władysław M., właściciel gazety, w której TataOliwki stara się publikować swoją radosną twórczość: Postanawiam płacić takie honoraria, jak w roku poprzednim. Wróć. Postanawiam zwiększyć honoraria.

Niech się Państwa postanowienia spełnią w 100 procentach! Szczerze Wam (a przy okazji także i sobie; trochę jednak ciszej, by nie zapeszyć) tego wszystkiego życzę w 2010 roku!

środa, 6 stycznia 2010

Dźwięki na dobrą noc



„East Of Eden” to drugi album w dorobku formacji Taken By Trees. To autorski projekt pani Victorii Bergsman, Szwedki o jakże przyjemnym głosie. Skrzyknęła więc pani w roku poprzednim wesołą kompanię muzykantów z dalekiego Pakistanu i wespół z nimi nagrała między innymi taką oto pieśń. „My Boys”. Rok 2009. Smacznego!

Drogocenne majtki

Jaka jest polonijna prasa na Wyspach? Przede wszystkim zabawna. Oto mrożąca krew w żyłach relacja z tygodnika „Goniec”.

Były burmistrz przez pół roku włamywał się do obcych domów, by wykradać z nich kobiecą bieliznę. Teraz grozi mu kara pozbawienia wolności.

Na początku ubiegłego roku strach padł na mieszkanki okolic miejscowości Preston w hrabstwie Lancanshire. Niezidentyfikowany osobnik zakradał się do domów, w których mieszkały kobiety i wykradał im z szuflad biustonosze, figi oraz bieliznę. Jedna z niewiast obawiając się, że przestępca powróci na miejsce zbrodni, kazała nawet w swoim domu zainstalować alarm.

Serię włamań zakończyło dopiero aresztowanie rabusia, którym okazał się być… dwukrotny burmistrz Preston Ian Stafford (59 l.). Wątpliwości nie mogło być żadnych, ponieważ w domu Stafforda policja znalazła wszystkie zrabowane przez niego precjoza.


No to może tyle ja. Pędzę wyprać moje precjoza…

wtorek, 5 stycznia 2010

Dźwięki na dobrą noc



Raźnym wędrówkom towarzyszą raźne melodie. W naszej kuchni muzycznych smakołyków pora na dżentelmenów z miasta Londyn (choć patrząc na instrumentarium oraz odzienie wierzchnie panów muzykantów pewne wątpliwości co to owego Londynu mieć, jak sądzę, można). Niech Was moi mili nie zmyli wszelako ów anturaż. W tym kąciku liczą się przecież dźwięki. Ów folkowy band to Mumford and Sons. W roku poprzednim (ach jak ten czas pędzi!) wydali swój debiutancki album „Sigh No More”. No i z tego właśnie krążka pieśń „Little Lion Man”. Smacznego!

Raźnym krokiem












Od dłuższego już czasu nie przywiązuję większej wagi do sylwestrowej nocy. Szczerze powiedziawszy: nie przywiązuję wagi żadnej. Tak było i tym razem, kiedy w towarzystwie wiernej żołądkowej gorzkiej oddałem się temu, co lubię bardzo – oglądaniu filmów oddałem się namiętnie. Najpierw „Aleja gówniarzy” (2007 reż. Piotr Szczepański; bez rewelacji, ale kilka scen podobało mi się wyjątkowo), potem „Marcowe Migdały” (1989 reż. Radosław Piwowarski; no co tu dużo pisać – bomba!), a na koniec „Alfie” (1966 reż Lewis Gilbert; Michael Caine aktorem wielkim jest i basta).

Pierwszego dnia nowego roku małżonka osobista musiała niestety pognać do pracy. Wspólnie z Oliwą pognałem i ja, z tą małą różnicą, że nie do racy, a na noworoczny spacer z wyraźnymi elementami sentymentalnymi. Wyraźne elementy sentymentalne uwiecznione zostały na dwóch ostatnich obrazkach. Wyjaśniam: na obrazku 9 stoi blok, którego pięć lat temu wcale tu nie było. 5 lat temu stał w tym miejscu obskurny blok-squot. Przez kilka miesięcy TataOliwki był bowiem najprawdziwszym skłotersem, co to w domu bez ogrzewania żył i łóżko dzielił z… Wujem Tygrysem. Tak, był taki epizod. Niestety (jak twierdzi Wuj Tygrys) przyjechały dziewczyny (małżonka osobista i Oliwa) i wszystko – tu cytat, uwaga: tylko dla czytelników o mocnych nerwach – „spierdoliły”.

Obrazek 10, ostatni, przedstawia zaś to, co pozostało z Principles Jazz Bar. Położony kilkadziesiąt metrów od naszego squatu bar ów był miejscem dość osobliwym. Kiedy zachęceni szyldem udaliśmy się tam z Wujem Tygrysem przywitały nas zdziwione oczy rastafariańskich oldbojów. Byliśmy nie tylko jedynymi Wschodnioeuropejczykami (jak to ładnie mówi się dziś o takich jak my), ale także jedynymi o takim, a nie innym kolorze skóry. Kłęby dymu (niekoniecznie papierosowego), panowie w dredach do dupska, no i leniwie sączący się jazz. No i co? No i, rzecz oczywista!, zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Tak było (tu słychać chrzęst kości, o ile pamięć mnie nie myli, gdzieś w okolicach krzyża).

No i na noworocznym spacerze pokazałem te miejsca pannie Oliwie. Pokazałem i opowiedziałem. Nie wszystko, bo dziecko przecież wrażliwe i delikatne…