Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 5 stycznia 2010

Raźnym krokiem












Od dłuższego już czasu nie przywiązuję większej wagi do sylwestrowej nocy. Szczerze powiedziawszy: nie przywiązuję wagi żadnej. Tak było i tym razem, kiedy w towarzystwie wiernej żołądkowej gorzkiej oddałem się temu, co lubię bardzo – oglądaniu filmów oddałem się namiętnie. Najpierw „Aleja gówniarzy” (2007 reż. Piotr Szczepański; bez rewelacji, ale kilka scen podobało mi się wyjątkowo), potem „Marcowe Migdały” (1989 reż. Radosław Piwowarski; no co tu dużo pisać – bomba!), a na koniec „Alfie” (1966 reż Lewis Gilbert; Michael Caine aktorem wielkim jest i basta).

Pierwszego dnia nowego roku małżonka osobista musiała niestety pognać do pracy. Wspólnie z Oliwą pognałem i ja, z tą małą różnicą, że nie do racy, a na noworoczny spacer z wyraźnymi elementami sentymentalnymi. Wyraźne elementy sentymentalne uwiecznione zostały na dwóch ostatnich obrazkach. Wyjaśniam: na obrazku 9 stoi blok, którego pięć lat temu wcale tu nie było. 5 lat temu stał w tym miejscu obskurny blok-squot. Przez kilka miesięcy TataOliwki był bowiem najprawdziwszym skłotersem, co to w domu bez ogrzewania żył i łóżko dzielił z… Wujem Tygrysem. Tak, był taki epizod. Niestety (jak twierdzi Wuj Tygrys) przyjechały dziewczyny (małżonka osobista i Oliwa) i wszystko – tu cytat, uwaga: tylko dla czytelników o mocnych nerwach – „spierdoliły”.

Obrazek 10, ostatni, przedstawia zaś to, co pozostało z Principles Jazz Bar. Położony kilkadziesiąt metrów od naszego squatu bar ów był miejscem dość osobliwym. Kiedy zachęceni szyldem udaliśmy się tam z Wujem Tygrysem przywitały nas zdziwione oczy rastafariańskich oldbojów. Byliśmy nie tylko jedynymi Wschodnioeuropejczykami (jak to ładnie mówi się dziś o takich jak my), ale także jedynymi o takim, a nie innym kolorze skóry. Kłęby dymu (niekoniecznie papierosowego), panowie w dredach do dupska, no i leniwie sączący się jazz. No i co? No i, rzecz oczywista!, zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Tak było (tu słychać chrzęst kości, o ile pamięć mnie nie myli, gdzieś w okolicach krzyża).

No i na noworocznym spacerze pokazałem te miejsca pannie Oliwie. Pokazałem i opowiedziałem. Nie wszystko, bo dziecko przecież wrażliwe i delikatne…

2 komentarze:

zuzamoll pisze...

...faceci ta sobie lubia tak pogadac, ze im baby "spierdolil" zycie:)...juz lubie tego Wuja Tygrysa..haha :)

robert pisze...

No i po fotce z piwem rzec by można

" nasi tu byli "