Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 15 stycznia 2010

Oliwka sie ma dobrze!







Oszust, oszołom, złodziej, sekciarz, pozer, łobuz, szkodnik, cwaniak. To tylko niewielka część komplementów jakimi część polskich internautów darzy Jerzego O. Tak to z naszym nadwiślańskim narodem już bywa – najgłośniej krzyczą ci, którzy siedzą wygodnie na dupsku i sami nic nie robią.

Co tu dużo pisać: mroźna pogoda nie odstraszyła Polaków. Także tych mieszkających w Wielkiej Brytanii. XVIII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rozgrzał tysiące ludzkich serc. „Nie sztuką jest robić karnawał brazylijski w lato. Sztuką jest zrobić karnawał brazylijski w zimie” – mówił na poniedziałkowej konferencji prasowej zachrypnięty Jerzy Owsiak. Radości nie krył również prof. Bohdan Maruszewski z Fundacji WOŚP. „W Polsce tak dużo mówi się o nieudacznictwie, że nic się nie udaje. Właśnie się udało!” – mówił. Udało się również w Londynie.

Gdyby wierzyć sfrustrowanym internautom, którzy jeszcze na długo przed londyńskim Finałem uprawiali swoje tradycyjne czarnowidztwo, Orkiestra w Londynie w ogóle nie powinna zagrać. Mimo tego, że „Polacy mają talent do dyskredytowania samych siebie” (tak mówił na konferencji prasowej wzburzony Owsiak pokazując wydanie brukowego „Faktu”, w którym niewielki artykuł podsumowujący tegoroczny Finał znalazł się obok tekstu o „zabójstwie kochanka”), w brytyjskiej stolicy odbyło się kilka bardzo udanych imprez. I choć zebrana kwota jest niższa niż podczas londyńskich Finałów w roku 2003 i 2004 najważniejsze jest to, że po kilkuletniej przerwie nad Tamizą ponownie było głośno i radośnie (trzeba mi jednak przypomnieć, że w mieście, w którym – wedle ostrożnych szacunków – żyje dziś ponad 500 tys. Polaków, orkiestra czerwonych serduszek grywała, niestety, także i na fałszywą nutę. A wszystko za sprawą nieodpowiedzialnych „organizatorów”. Mało kto dziś pamięta, że w czasach, kiedy Polska nie była jeszcze członkiem UE, a co za tym idzie w Londynie mieszkało znacznie mniej Polaków, Finały odbywały się ze sporymi sukcesami. W roku 2002 kameralna impreza w jednej z polskich parafii przyniosła 740 funty. Rok później było już blisko… 35 tys. funtów! 11 stycznia 2004 nad Tamizą zebrano zaś ponad 37 tys. funtów. Wszyscy byli przekonani, że ta tendencja się utrzyma i podczas kolejnego Finału uda się zebrać tu jeszcze więcej. Niestety tak się nie stało. Nastąpiła aż trzyletnia cisza, której towarzyszyły mętne tłumaczenia niedoszłych „organizatorów”. Szumne zapowiedzi, imponująca lista gwiazd z Polski, ba, nawet i rzekome zainteresowanie imprezą przez BBC, które miało pokryć część kosztów. Wszystko okazywało się jednak czczą gadaniną. Do tego doszły wzajemne oskarżenia zwaśnionych „organizatorów”, kłótnie i swary. Ot, polska rzeczywistość).

Wróćmy jednak do tego, co działo się w minioną niedzielę. A działo się tak pysznie, że panna Oliwa za nic nie chciała wyjść z Jazz Cafe w POSKu, gdzie odbywała się jedna z kilku orkiestrowych imprez. Przyznam uczciwie, że O. do XVIII Finału przygotowała się znakomicie. Po tym jak pokazaliśmy jej kilka filmików pokazujących poprzednie Finały, sama przyniosła skarbonkę, by zabrać pieniądze. No i jak tu nie skakać z radości?

A w Jazz Cafe tańce, hulanki, swawole. Zespoły folklorystyczne i pokazy judo. Wspólne rysowanie i wspólne śpiewanie. Oliwa w siódmym niebie, małżonka osobista jakby również. Tak bardzo również, że zabrała nas potem na obiad do legendarnej Łowiczanki (restauracja w POSKu, w której czas był się zatrzymał). Najważniejsze jest jednak to, że jedzenie jest wprost proporcjonalnie odwrotne do tamtejszego wystroju – pyszne jest, znaczy się. Grillowany oscypek z żurawiną i naleśniki ze szpinakiem w śmietankowym sosie. Dla mnie bomba! O szklaneczce schłodzonego Żywca nie ma już więc co wspominać.

Oczywiście, jak to w „polskim Londynie”, nie obyło się bez cepeliady. Pewna Pani Artystka (koniecznie przez olbrzymie „A”) czytała maluchom wiersze Tuwima i Brzechwy. Ni stąd, ni zowąd Pani Artysta dorzuciła do tego… myśli Matki Teresy z Kalkuty. Siedzące wygodnie na poduszkach maluchy miały miny dość zdziwione. Oliwa wierciła się znacząco. TataOliwki minę miał zaś wyjątkowo zdziwioną, kiedy Pani Artysta zarządziła nagle ciszę. „A teraz wszyscy milczymy” – powiedziała artystycznym tonem Pani Artystka. „Teraz zaśpiewa dla nas nasz osobisty, polski papież” – dodała jeszcze bardziej artystycznym tonem. No i zaśpiewał. Brawo ta Pani!

Wróciliśmy do domu porą wieczorową. Oliwa przykleiła sobie wewnątrz papucia czerwone serce. TataOliwki czerwone serce przykleił zaś na zamrażalniku. Każden klei tam, gdzie lubi najbardziej. Amen.

1 komentarz:

zuzamoll pisze...

...a ja UWIELBIAM i PODZIWIAM Jurka Owsiaka....mimo tego, ze siedze wygodnie na dupsku i sama nic nie robie:)