Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 17 lutego 2009

Przyjęcie walentynkowe (?)










W minioną sobotę obchodzony był – tu i ówdzie – Międzynarodowy Dzień Zakochania tudzież Zakochanych. Z Polski przyleciały do nas na tę okoliczność dwie dorodne walentynki: Jędrzej vel Duża Broda (czyli brat Wuja Dancia) oraz Michał vel Jednoręki Bandyta (brat nas wszystkich).

Jak było? Grubo było! (Historyjka: sześcioletnia Maja gra w domino ze swoim tatą, Jędrzejem właśnie. Duża Broda wykłada kostkę, a Maja na to: „Ooo, grubo”…). Na wieczorne witanie gości przybyło towarzystwo wesołe, i jak się szybko okazało – także i nieco spragnione. Spragnione zarówno najnowszych wieści z Kraju, jak i odrobiny gorzkiej żołądkowej, whisky, ginu, wina i piwa (wedle smaku, wedle upodobania, wedle organizmu wytrzymałości).

Nasze dorodne walentynki zostają do soboty. W sobotę wylecą, przyleci zaś małżonka osobista z Oliwą. Ach, cóż za przypadek...

***
Podczas walentynkowego biesiadowania obrazki – w myśl hasła: Zakochani Do Aparatów! – wykonywali Szczotka, Ciotka Ola oraz TataOliwki (Pozostali też chyba zakochani, ale co z tego – aparat był jeden więc się nie dopchali...).

6 komentarzy:

zoska na wygnaniu pisze...

Tańczę na stole, kieckę zadzieram...O tempora, o mores! MałaŻonko wracaj!

TataOliwki pisze...

Spokojnie, spokojnie... wszystko mam pod tak zwaną kontrolą:)

Anonimowy pisze...

A mnie mamunia zawsze mówiła "dziecko pamiętaj, nigdy nie mieszaj" (mówiła mi też, że wolno dopiero hehe po ślubie ale to pozwole sobie zatrzymać w tajemnicy , gdyż byłoby wielce niestosowne dzielić się tym tutaj:P)
Whisky, ginu, gin, wino...piwo Szanowny Panie Tato Oliwki czyżby żołądek Panu nie był miły?
pozdrawiam serdecznie z zaśnieżonego południa polski :)
i nie zareklamuje świeżutkiego "osobistego" bloga bo chyba jest tu niemile widziane ;)

mazi pisze...

Filip widze się rozkręcił... jak go ostatnio widziałam to grzeczny był, a teraz się do butelki tuli...

TataOliwki pisze...

Moja mamunia mówiła była to samo:)
A reklamować się - proszę bardzo! Opłat - póki co - nie pobieramy...

To prawda Mazi, z Filipa wychodzi ostatnio Złooo... Nie poznaję chłopaka.

Serdeczności!

Scimi pisze...

Bardzo przyjemny wieczór pośród przemiłych ludzi muszę przyznać... Niestety (albo stety) stał się początkiem dłuższego cyklu...

Na szczęście już w Polsce...odpoczywamy

M.