Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 9 grudnia 2010

Niezwykła teoria Sylwii F.

No i znowu problem z okiem lewym. Dla przypomnienia: W listopadzie 2008 r. (tak, tak – 2 lata temu!) wracałem z małżonką osobistą z koncertu zespołu HEY. W ów pamiętny wieczór nie wypiłem nawet jednego piwa, no i stało się. Odwodniony i wyczerpany spotkałem się z gałązką bliżej mi nieznanej rośliny. Roślina oko spenetrowała tak dokładnie, że do dziś mam z tym problem.

Od tego czasu trzykrotnie odwiedziłem tutejszy szpital okulistyczny; w ubiegłym roku byłem też u medyków w Polsce. Maści, kropelki i kilka miesięcy spokoju. Niestety oczko lewe lubi o sobie przypominać.

Przypominanie polega mniej więcej na tym, że budzi się człowiek ciemną nocą z okropnym bólem i jeszcze większym łzawieniem. Szlochałem noc jedną, drugą i trzecią. Piszczałem i podskakiwałem. W końcu – za namową polskiego doktora – wybrałem się do prywatnej kliniki.

Sympatyczny doktor przebadał mnie chyba wszystkim, co miał na stanie. Okazało się, że rogówka (najdelikatniejsza część ludzkiego ciała; posiada mnóstwo zakończeń bólowych – to dla tych, którzy myślą, że TataOliwki twardzielem nie jest! W zasadzie no nie jest…) nadal jest lekko uszkodzona. Przez 6 kolejnych tygodni muszę używać specjalnych mikstur. Jeśli to nie pomoże, czeka mnie półroczna współpraca ze specjalną soczewką. Jeśli i to nie naprawi, tego co naprawić powinno – laser. Mam jednak nadzieję, że na maści poprzestaniemy.

Czas zatem na tytułową teorię małżonki osobistej. Oko boli i łzawi, bo… piję za dużo alkoholu. Napoje procentowe powodują skoki ciśnienia tętniczego krwi, a że rogówka delikatna wielce, no to owe skoki dokuczają mi znacząco. Nieźle sobie wykombinowała, co nie? Pytam zatem pana medyka. Pan robi duże oczy (wiadomo, okulista), potem jeszcze większe i… wybucha śmiechem. „Masz Pan bardzo troskliwą żonę” – mówi. „Niestety, dla Pana na szczęście, alkohol nie ma tu nic do rzeczy”. Odetchnąłem z ulgą.

Małżonka osobista z diagnozą angielskiego lekarza nie może pogodzić się do dziś. Już zapowiada, że znajdzie mi takiego doktora, który nie tylko oko wyleczy, ale i potwierdzi prawdziwość jej teorii… No i weź tu człowieku nie kochaj takiej kobiety!

3 komentarze:

zuzamoll pisze...

Swietna opowiesc !!!..sie usmialam :)....a moja jedna kolezanka z Dublina tak sie ucieszyla, ze przyszlo do niej pismo z tutejszego urzedu skarbowego - niechybanie z czekiem czyli zwrotem podatku:), ze tak "lapczywie" otwierala koperte i wyciagala zawartosc...ze "dziabnela" sobie rogiem kartki w srodek oka i o malo oka nie stracila:(...wyladowala na pogotowiu, czeku nie bylo :)

TataOliwki pisze...

O cholera! Ze skarbówką nie ma żartów, nawet na emigracji...
Serdeczności!

zuzamoll pisze...

...tzn ZDROWIA zycze, bo wasciwie smiac sie nie powinnam :)