Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Para buch!





Nic nie uspokaja mnie bardziej niż gotowanie i muzyka. A jeśli połączę jedno z drugim, łagodnieję jak baranek (tudzież baran). No tak już mam.

Dziś naszła mnie ochota na nieco inne spaghetti. Początek ten sam: oliwa i czosnek. Dużo czosnku. Potem nastąpiło już jednak szaleństwo: por, dynia piżmowa (po ichniemu butternut squash), potraktowana obieraczką do warzyw marchew (znaczy się bardzo cieniutkie plasterki), pomidory, odrobina sera mascarpone, pieprz i zioła.

Dusiłem, dusiłem, och jak mocno w tej złości dusiłem. Dusiłem tak długo, aż wszystko stało się miękkie acz nadal soczyste. No i jeszcze makaron wedle recepty klasyka: gotować tak, aby stawiał lekki opór zębom. Na koniec jeszcze tylko świeżo starty parmezan.

Oliwa wciągnęła całkiem słuszną porcję pomlaskując i zachwalając – nie bójmy się tego słowa – talent rodzica. Warto zatem czasami porządnie się wkurwić. Czasami po prostu trzeba. Jak dziś.

Brak komentarzy: