Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 27 października 2008

Kartka




Panna Oliwa rozpoczęła właśnie tygodniowe lenistwo. Znaczy się angielskie szkoły na cztery spusty zamknięte, bo wakacje, choć krótkie, rzecz święta.

Kilkudniowym urlopem raduje się również moja małżonka osobista. Jednak, żeby owa radość zbytnio do głowy ukochanej nie uderzyła, również TataOliwki zdecydował się na kilkudniowe kanikuły. A co! Niech cieszy się mną na okrągło, bez przerwy, nieustająco…

Leniuchujemy więc błogo trójcą całą. Wczoraj na ten przykład lenistwo połączone było z radosnym obżarstwem. Wieczór naleśnikowy zgromadził przy stole wesołą kompaniję oraz trunki zasadniczo wytworne.

Podczas wspólnego biesiadowania panna O. skreśliła swoją pierwszą kartkę pocztową. Babcia i Dziadek omdleją z pewnością z zachwytu. Dzisiaj trzeba będzie napisać coś i do drugiej babcino-dziadkowej pary, bo, sprawiedliwość, jak wiadomo, rzecz święta.

No i jeszcze popsuła się nam w domu pralka. W oczekiwaniu na nową grzałkę wybraliśmy się dzisiaj do pralni publicznej. 2 razy małe pranie (3.60 jedno), raz duże (4.80; płyn do płukania i proszek – własne), do tego suszenie (20 pensów za kilka obrotów, no może kilkanaście maszyny wielkiej; trzeba było więc karmić maszynę wytrwale co by suszyć nie przestała). Grzałko przybywaj! (Nie mylić z gorzałką. Choć dlaczego by nie?...).

Brak komentarzy: