Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 22 października 2008

Okaleczone



Nigdy dotąd nie widziałem na scenie Krystyny Jandy. W minioną sobotę zobaczyłem i oniemiałem. Z zachwytu.

„Nazywam się Tonka, z domu Babić. Nie mogę spać” – tymi słowami rozpoczął się pełen wulgaryzmów, przeszywającego bólu i bezradności monodram „Ucho, gardło, nóż”. I nie mogę nawet napisać, że Krystyna Janda wbiła mnie w fotel. Nie mogę, bo dwugodzinny spektakl oglądałem na stojąco. Wbiła mnie zatem w podłogę.

Janda przyjechała do Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego z adaptacją kontrowersyjnej książki Verdany Rudan, chorwackiej pisarki i dziennikarki, która w mocny, bezkompromisowy sposób pisze o wojennej traumie. „Napisałam tę książkę, kiedy na Bałkanach wybuchła wojna. Żeby nie oszaleć i nie strzelić sobie w łeb” – przyznała w jednym z wywiadów Rudan.

Tonka Babic, pięćdziesięcioletnia kobieta, spędza kolejną bezsenną noc. Środki uspokajające zagryza kolejnymi tabliczkami czekolady. Mówi dużo, chaotycznie, nerwowo. Jej język jest pełen wulgaryzmów („Wulgarnym językiem posługują się ci którzy są gnębieni. To jest naturalny odruch obronny” – mówi autorka książki „Ucho, gardło, nóż”). Zresztą, według mnie, wyrazy na literę „k”, które występują w tej sztuce zamiast przecinków, są tu jak najbardziej usprawiedliwione. Brutalność tego języka, wulgarny żart w jakiś sposób uwiarygodniają tragiczną postać Tonki. Psychicznie okaleczona kobieta nie potrafi mówić inaczej. Tego co przeżyła, tego co zobaczyła, ładnymi zdaniami opisać się nie da.

A zobaczyła wiele, zbyt wiele. Tonka Babic mieszka w Chorwacji, ale po ojcu nosi serbskie nazwisko. W czasie wojennego piekła w byłej Jugosławii to wystarczający powód, by dawni znajomi z sąsiedztwa zmienili się w oprawców i sadystów. Tonka w obawie o własne życie nie wychodzi więc z domu. Towarzyszem jej bezsennych nocy jest włączony telewizor. Ogląda jednak jedynie obraz, bo z lęku wyłączyła fonię. Z lęku przed powtarzanymi kłamstwami polityków, idiotycznymi komentarzami młodych dziennikarek, gotowymi receptami na życie.

Tonka rozmawia także z publicznością – „gdybyście byli normalną publicznością, to już byście wyszli, ale przecież nie jesteście normalni” – mówi. Opowiada nam o swojej przeszłości. Tragiczne, pełne cierpienia wydarzenia przeplata opowieściami wręcz komicznymi. Śmiejemy się, ale w głębi czujemy, że ten śmiech jest tylko parawanem, że jest tylko na chwilę, że zręcznie odwraca naszą uwagę od prawdziwego dramatu

Oglądając „Ucho, gardło, nóż” co rusz przypominałem sobie film „Grbavica” (reż.: Jasmila Žbanić, 2006). I tam, i tu nie padały strzały, nie wybuchały bomby, nie lała się krew. Dramat kobiet, które w szaleństwie bałkańskiej wojny straciły swoich mężów trwa także po wystrzeleniu ostatnich kul. Okaleczone i poniżone muszą radzić sobie same z własnym bólem i cierpieniem. Każdego dnia i każdej bezsennej nocy.

***
No to jeszcze krótki wywiad z panią Krystyną Jandą (opublikowany tuż przed jej przyjazdem do Londynu).

Po niespełna dwóch latach działalności, prowadzony przez Panią Teatr „Polonia” wygrał w rankingu na najlepszą scenę Warszawy. Czołówka polskich krytyków mówi krótko: Krystyna Janda jest bezkonkurencyjna. Jakie to uczcie wyprzedzić tak renomowane stołeczne teatry jak „Narodowy”, „Współczesny” czy „Powszechny”?
Uczucie dziwne. Chociaż nawet nie mam czasu specjalnie się nad tym zastanawiać, ponieważ pracujemy nieustannie, wybiegamy myślą na dwa sezony do przodu, otwieramy kolejne produkcje, pozyskujemy aktorów, reżyserów, zostają oni potem przyjaciółmi naszego teatru – a z tym wszystkim jest potem sporo pracy, nawet z przyjaźniami (śmiech).

Wydaje się, że życiu zawodowym osiągnęła Pani wszystko, co było do osiągnięcia. Niemal każda scena i reżyser w Polsce chciałby mieć Krystynę Jandę w swoim repertuarze, a tu postanawia Pani stworzyć własny Teatr. Dlaczego?
Po odejściu z Teatru Powszechnego przez rok nie dostałam żadnej propozycji, nie mówiąc już o propozycji angażu do innego teatru. A zaprzyjaźnieni dyrektorzy mówili, że wszyscy traktują mnie jak odbezpieczoną bombę zegarową, która musi wybuchnąć w pewnym momencie – a tego bali się i dyrektorzy, i aktorzy. Do dzisiaj nie rozumiem tego i było to jakieś przesadzone.

Warszawiacy pokochali „Polonię” zanim jeszcze był gotowy. W Pani Teatrze podobno nigdy nie ma pustych krzeseł na widowni. Co, według Pani, wpływa na ten niebywały sukces?
Rzeczywiście nie mamy problemów z frekwencją. Ale ja nie miewałam jej i wcześniej. Myślę, ze wszystko polega na tym, żeby nie pozwolić widzowi wyjść z teatru „bez niczego”. Trzeba mu coś ofiarować, i musi mieć absolutną pewność, że ten wieczór był wyjątkowy, bo on tam był. Nie ma szarych dni w teatrze, ani szarych wieczorów. Co wieczór musi „zdarzać się cud”. A przede wszystkim trzeba lubić publiczność i ją szanować.

Złożenie i prowadzenie Teatru „Polonia” jest głównym celem „Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury”. Proszę powiedzieć, czym poza tym zajmuje się Pani fundacja?
To nie jest prywatny teatr, to jest fundacja. To fundacja prowadzi teatr. Głównym celem statutowym fundacji jest upowszechnianie kultury i prowadzenie teatru, ale także pomaganie młodzieży aktorskiej w debiutach, udostępnianie naszych przedstawień tym, którzy nie mają na to pieniędzy lub możliwości przyjścia do nas (od wielu lat współpracujemy z dziecięcym szpitalem na Niekłańskiej, ze szpitalami leczącymi nerwicę, uzależnienia i choroby psychiczne, z domami dziecka i domami starców). Ja jestem tylko prezesem fundacji i właścicielką Sali, którą przeznaczyłam na działalność teatru. To nie jest mój prywatny interes, jak myśli wielu.

Jest Pani mistrzynią monodramów. „Shirley Valentine”, „Marię Callas”, „Małą Steinberg, „Kobietę zawiedzioną” zna chyba każdy wielbiciel Pani talentu. Skąd to zamiłowanie do tego jakże przecież trudnego i wymagającego gatunku?
Mój pierwszy monodram zrobiłam 20 lat temu. Od tamtej pory zawsze w repertuarze mam jeden lub dwa spektakle, w których jestem sama na scenie. Zawsze traktowałam to, jak swoistego rodzaju salę treningową i sprawdzian moich możliwości i tego, czy moje środki wyrazu są wciąż aktualne, czy mam porozumienie z publicznością i czy potrafię przekazać to, co chcę. Poza tym to najprostsza i najpiękniejsza forma teatru. Aktor, słowo, widz. No i nie ukrywam, że zawsze wszystkim dyrektorom teatrów, w których grałam, wygodnie było, dzięki moim monodramom, układać repertuar. Jak nikt nie mógł – to ja mogłam. I zapełniałam sale. Tak jest i w teatrze Polonia. Uwielbiam grać monodramy. Być sam na sam z publicznością. To moje godziny.

Niebawem przyjedzie Pani do Londynu ze spektaklem „Ucho, gardło, nóż”. Dlaczego zdecydowała się Pani na zaadaptowanie książki Verdany Rudan?
Po pierwsze dlatego, ze temat jest niezwykle ważny, wciąż aktualny, zapisany w niebanalny sposób, nowocześnie i bezpruderyjnie. Poza tym jest to wspaniały materiał na rolę, na bolesny portret współczesnej kobiety. I jeszcze jedno – tak rzadko się zdarza, że bohaterka którą gram, nie jest głupsza, czy bardziej naiwna ode mnie. Tonka nie jest ani głupsza, ani bardziej naiwna. Imponuje mi za każdym razem, kiedy mówię ten tekst.

Czytając recenzje tej sztuki zauważyłem, że niemal w każdej występuje to samo słowo: „porażająca”. Krytycy podkreślają, że to przedstawienie nie dla każdego, że wielu widzów będzie zbulwersowanych mocnym słownictwem, że wielu opuści wręcz widownię. Czy tak jest faktycznie?
Czasem zdarza się, że ktoś wychodzi, ale w pierwszych 15 minutach – kiedy puszczają nerwy. Ci którzy przetrzymają początek – zostają do końca. Poza tym widzowie wybaczają mi wszystko, bo od początku czują, że opowiadam historię, która opowiedziana inaczej, byłaby trudna do wysłuchania. Rozumieją, że i brutalności i wulgarny żart służą innej sprawie.

Często ze swoimi przedstawieniem występuje Pani także w innych miastach, nierzadko i poza granicami Polski. Widz w Warszawie ma ogromny wybór; w mniejszych miastach sytuacja jest zgoła odmienna. Złośliwi twierdzą, że na wyjazdach niektórzy aktorzy grają „na pół gwizdka”, bo publiczność jest mniej wyrobiona, mniej wymagająca. Jak Pani reaguje na takie stwierdzenia?
Przekonałam się wielokrotnie, że prawdziwą elitę często spotyka się na tzw. prowincji. Nigdy nie zapomnę np. spotkania z publicznością w Cieszynie, gdzie okazało się, że oglądała mnie podczas spektaklu elita intelektualna kraju, ludzie o niezwykle wyrafinowanym guście, szerokiej wiedzy, absolwenci światowych uczelni. I tak jest wszędzie. Do teatru naprawdę przychodzi elita, a ludzi wspaniałych jest w Polsce bardzo wielu i są oni rozproszeni.

Choć sformułowanie „Janda bez sceny” brzmi niemalże jak oksymoron, to czy jednak zastanawia się Pani czasem jak wyglądałoby Pani życie bez teatru, bez kina?

Nie mam szans (śmiech). Ale myślałam o tym, żeby kupić dom we Włoszech i tam spędzać większą część roku – te przykre miesiące jesienne i zimowe. Szczególnie, że dość dużo piszę. Ale nie udało mi się. A teraz – odkąd jest teatr – jest to absolutnie niemożliwe. Co więcej – przydałyby nam się jeszcze ze dwie sceny. Mamy tak bogaty repertuar, a na dwóch małych w rezultacie scenach brakuje i godzin i dni, żeby go grać.

3 komentarze:

Roza pisze...

Zazdroszcze Ci podziwiania na zywo Pani Krystyny Jandy. Podziwiam Jä i uwielbiam. A ksiäzke takze czytalam. Fakt, robi wrazenie. Pozdrawiam serdecznie!

zoska na wygnaniu pisze...

No to ja dzisiaj z łyżką dziegciu .
Jandzie trudno odmówić dorobku, uporu, pracowitości jednakże mnie bardzo przeszkadza maniera z jaką ona gra.
W filmach jest to ciut mniej odczuwalne ale w spektaklach teatralnych jest nie do zniesienia.
Widziałam ją w "Kotce na rozpalonym blaszanym dachu", w "Dwoje na huśtawce", w "Shirley Valentine", i w "Kto się boi Virginii Voolf". Jej gra przeszkadza mi w odbiorze treści. To trzepanie głowa , ruchy pełne nerwowości.
Dla mnie ona nie uosabia postaci, zawsze w jej postaciach jest widoczna Janda ,a nie bohaterka sztuki.
Nie, mnie ona jak aktorka nie przekonuje.
O ikonach filmowych typu "Człowiek z .... i "Przesłuchaniu " tutaj nie mówię ,bo ich odbiór jest głębszy ze względu na ogólny wydźwięk i znaczenie tych filmów. Dla mnie to niech śpiewa "A ja jestem proszę pana na zakręcie.... i będzie ok.
Rozśmieszyła mnie kiedyś jeszcze u Wojtka Jagielskiego w " Wywiadzie z Wampirem " jak zażądała ,żeby kamera brała ją tylko z lewego profilu.
Niemniej jednak podziwiam ja jako osobę. Matkę, żonę, dyrektora teatru.

Princzipessa pisze...

Dawni temu, jeszcze będąc w Polsce, miałam okazję podziwiać Jandę w tym monodramie. Nieopisane wrażenie. Jej dominacja i władza na scenie jest jednocześnie przerażająca i fascynująca (dla mnie).
Faktycznie, jest czasem nieco denerwująca w swojej dominacji, ale nie można jej odmówić statusu 'największej polskiej aktorki naszych czasów' (to słowa mojej znajomej, która notabene Jandy nie znosi).