Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 16 grudnia 2011

Podejrzanym być

W pubie istne szaleństwo. Mimo kolejnej podwyżki (sam w to nie wierzę, ale kieliszek najpodlejszego wina, które w sklepie spożywczym Szanowne Państwo z pewnością znajdzie gdzieś pomiędzy półką z octem i kiszonymi ogórkami, kosztuje funtów 5 i jeszcze 10 pensów!) ludzi cała masa. Zgodnie ze świecką tradycją, trzeba się przecież przedświątecznie sponiewierać w gronie koleżeństwa z biura. Ot, taki wyspiarski zwyczaj.

Ludzie piją więc jakby więcej i jakby bardziej zróżnicowanie (Dwie panie zaczynają od butelki octu, znaczy białego wina, potem zamawiają dwa piwa, nieco później dwie wódki z colą, a na deser dwie tequile. Koniec? Ależ skądże znowu! Teraz jeszcze dwa kieliszki wina czerwonego i dwie podwójne wódeczki. Jedna pani chciałaby jeszcze, ale pani druga wykonuje właśnie urocze pierdolnięcie na parkiet. Zaniemogło biedactwo. Świąteczne party jednak zobowiązuje! Łyk świeżego, dość mroźnego o tej porze powietrza, i nasza dzielna zawodniczka wraca do walki. Zuch!). Dzieje się więc, oj dzieje. Także po drugiej stronie baru.

Na tablicy ogłoszeń pani kierowniczka wywiesiła właśnie groźne ogłoszenie. W ciągu ostatnich czterech tygodni z pubowych magazynów zginęło:
- 17 butelek wódki
- 9 butelek najdroższego czerwonego wina
- 2 butelki szampana
- 10 butelek truskawkowego cidra
- 61 litrów soku jabłkowego (tak, 61 litrów!)
- 60 paczek chipsów

Pani kierowniczka była łaskawa wielkimi literkami dodać, że wszyscy są podejrzani. Że zabawa się skończyła, że policja już powiadomiona, że kat topór ostrzy. W drodze są najlepsi specjaliści. Lada chwila nasz pub odwiedzą Inspektor Gadżet oraz Inspektor Clouseau. Porucznik Borewicz i detektyw Rutkowski także są w pełnej gotowości.

Z kolegą Filipem, portugalskim kucharzem który w pubie pracuje już lat dziewięć, zaśmiewamy się z obwieszczenia pani kierownik niemal do łez. Śmiejemy się, ale trochę nam smutno, że ten, co zorganizował to wielkie przyjęcie nie zechciał nas jednak zaprosić. Może następnym razem?

1 komentarz:

zośka pisze...

Znając angielskie możliwości w kwestiach matematycznych nic mię nie dziwi, a szczególnie wynik. Wszystko zależy nie od rzeczywistej ilości towaru ale od tego, kto liczy.