Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 9 grudnia 2011

Życie zaczyna się po północy…



…przynajmniej ostatnio, przynajmniej w przypadku TatyOliwki. Na zegarze 01:09. Niedawno wróciłem z pracy, którą lubię niby coraz bardziej, ale kiedy dostaję tak zwaną wypłatę obrażam się na nią śmiertelnie.

Po długiej przerwie muszę zatem wyjaśnić: nie samymi zdjęciami człowiek żyje więc od czasu pewnego pracuję również w pubie. Lubię ludzi, lubię alkohole (tak, ostatnio jakby bardziej intensywnie) więc odnalazłem się zasadniczo dość szybko. Nie o pracy dziś jednak (obiecuję do wątku pubowego powrócę, bo jest i do czego powracać).

Choć mam nieco ponad 34 lata (daję słowo – wcale na tyle nie wyglądam! A nie wyglądam na tyle, że – i tu żadnego żartu nie ma – cały czas zdarza się, że kupując alkohol proszony jestem o wylegitymowanie się celem stwierdzenia czy ów alkohol spożywać już mogę. I jak tu nie kochać Brytwanii?) nadal wiele mnie zaskakuje. Dawno nie byłem tak zaskoczony, jak dziś między godziną 16.15, a 16.35. Dwadzieścia minut uroczego zaskoczenia. Zaskoczenia radosnego, ba!, zaskoczenia szczęśliwego. Nie napiszę, że między godziną 16.15, a 16.35 byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi (Ziemi?), bo znając życie znajdzie się pewnie jeszcze ze trzech, no może siedmiu wariatów, którzy w tym samym czasie byli równie szczęśliwi, a nawet bardziej (nie, to niemożliwe przecież!). Zatem tego nie napiszę. Napiszę za to, że wcale nie jestem zachłanny. Napiszę, że te dwadzieścia minut wystarczą mi zupełnie.

Kiedy człowiek nie śpi, to myśli. Albo pije. Albo ogląda filmy. Albo słucha muzyki. Albo czyta. Albo robi to wszystko naraz. No to może ja o muzyce. Odkryłem właśnie płytę nagraną czterdzieści lat temu. Odkryłem i zachwycam się coraz bardziej. A skoro nie śpię, to podzielę się także i z Szanownym Państwem. „Histoire de Melody Nelson” w roku 1971 nagrał Serge Gainsbourg. A tak to się wszystko zaczyna. Dobranoc tudzież dzień dobry! Dzień dobry?

Brak komentarzy: