Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 6 grudnia 2011

Tofu. Uuu...



Kiedy w pewien poniedziałkowy wieczór roku 1993 oznajmiłem rodzicom, że przestaję jeść mięso, w kuchni zapanowała ogólna wesołość. Żarcik wydawał się być pyszny. No, ale nie o wegetariańskim kombatanctwie chciałem tu dziś mówić.

Otóż w czasach, o których powyżej, w nadwiślańskim kraju wegetariańskich produktów było niewiele. Firma Polgrunt dopiero co zaczęła produkować pasztety sojowe i to chyba wówczas tylko tyle można było znaleźć na sklepowych półkach. Zupełnie inaczej miała się sytuacja u naszych południowych sąsiadów. Czechy od zawsze uchodziły w moich oczach i kubkach smakowych za wegetariański raj (gwoli ścisłości, nie tylko jeśli chodzi o wegetariańskie jedzenie od dawien mam słabość do tego kraju i jego mieszkańców). Tam było po prostu wszystko!

Tofu z firmy Sunfood to był dopiero raj! Nie napiszę, że jego smak pamiętam do dziś, bo nie pamiętam. Pamiętam za to, że przy każdej wizycie w Czechach objadałem się nim z rozkoszą niekłamaną.

Wczorajszy wieczór i noc były więcej niż udane. Spotkanie z Gosią, Klarą i Argirem było, co tu dużo mówić, więcej niż potrzebne. Była pyszna dyniowa zupa, były nocne Polaków-Czechów rozmowy, był też w końcu mroźny spacer do wybornej gospody. A żeby tego było mało, Argir obdarował mnie tym, co Szanowne Państwo widzi na załączonym obrazku. Życie jest piękne! A przynajmniej czasami takim bywa.

1 komentarz:

Iwona pisze...

Wreszcie coś znowu skrobnąłeś. Ja dopiero zdałam sobie sprawę, że ja też przestałam jeść mięso w tym samym roku co ty. Trzymaj się !