Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 13 maja 2009

Cenowy kabarecik


Choć lubię i cenię kabaret Ani Mru-Mru, nie wybrałem się na ich niedawne występy w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie. Powód? Ceny biletów były absurdalnie wysokie. Na scenie komedia, w kasie zaś dramat...

Co tu dużo mówić – ceny biletów na imprezy organizowane w Sali Teatralnej londyńskiego POSKu są absurdalnie wysokie!. 23 funty za najlepsze miejsca na występ kabaretu Ani Mru-Mru zakrawa wręcz na kpinę!

Sala Teatralna POSK-u nie jest, delikatnie rzecz ujmując, miejscem doskonałym. Słaba akustyka w połączeniu z rzędami mało komfortowych krzeseł (nie mylić ze znanymi z innych sal teatralnych fotelami) to dodatkowy argument przeciwko tak wyśrubowanym cenom biletów. Osobną sprawą pozostają miejsca usytuowane tuż pod balkonem. Każdy, kto miał nieszczęście (a i ja do tych nieszczęśników się zaliczam) kupić bilet na te miejsca, zachodził pewnie w głowę, za co tak naprawdę zapłacił (ostatni monodram Krystyny Jandy oglądałem na stojąco; jak się bowiem okazało w cenę biletu nie była wliczona widoczność sceny... ot, drobnostka).

Marne warunki techniczne nie zniechęcają jednak organizatorów imprez w POSK-u. Wprost przeciwnie. Nadal windują ceny biletów. Pozostaje mieć nadzieję, że zachłanność (nie ma, według mnie, innego wytłumaczenia dla tak wysokich cen; za chwilę to zresztą udowodnię) polskich impresariów już niebawem obróci się przeciwko nim samym. Coraz więcej polskich imprez organizowanych jest bowiem poza POSK-iem. Występy znakomitych artystów w profesjonalnie przygotowanych salach (gdzie na dodatek bilety kosztują znacznie mniej) są idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy nie chcą przepłacać.

By nie być gołosłownym, spieszę z kilkoma przykładami, które pokazują, że ceny biletów w POSK-u są absurdalnie wysokie.

Kilka dni po występie w Londynie, kabaret Ani Mru Mru wystąpił w szkockim Perth. Tamtejsza publiczność nie dość, że zapłaciłą mniej (16 funtów), to na dodatek zobaczyła na scenie jeszcze trzy inne kabarety! (Smile, Dno i Łowcy. B).

W najbliższy piątek, 15 maja w słynnej Jazz Cafe na Camden wystąpi Kapela ze Wsi Warszawa. Bilety na koncert tego wielokrotnie nagradzanego (m.in. przez BBC Radio 3) zespołu folkowego kosztują 15 funtów.

Dzisiaj zaś Anglicy startują z kolejną edycją „Fertilizer Festival”, tym razem poświęconemu muzyce z Polski. Dziś, jutro i w niedzielę w londyńskim klubie Cargo wystąpi siedem zespołów (m.in. Sing Sing Penelope, Jacaszek, Contemporary Noise Sextet, Fisz). Bilety na jeden dzień kosztują... 8-10 funtów.

Podobne przykłady można mnożyć bez liku. Polscy artyści występują nie tylko w Londynie, i nie tylko – dzięki Bogu! – w POSK-u. My, widzowie mamy więc w czym wybierać. A tych imprez będzie jeszcze więcej! Wszystko za sprawą rozpoczynającego się właśnie „POLSKA! YEAR”. Instytut Adama Mickiewicza w Warszawie wespół z Instytutem Kultury Polskiej w Londynie przygotował ponad 200 projektów przybliżających brytyjskiej publiczności najciekawsze dokonania polskiej kultury i twórczość najwybitniejszych polskich artystów. I choć Rok Polski przygotowany został z myślą o Brytyjczykach, grzechem byłoby nie skorzystać z tylu fantastycznych propozycji.

Jako widz zagłosowałem więc nogami i nie poszedłem na ostatni występ Ani Mru Mru. Mam nadzieję, że nie byłem w tym odosobniony. Puste krzesła w Sali Teatralnej być może ostudzą cenowy zapał polskich impresariów. Oby!

***
A na załączonym obrazku: przedostatni występ Pana Fisza w mieście Londyn. Na ten kolejny, w najbliższą niedzielę, już podskakuję z radości (bilety za funtów 10, a do tego jeszcze występ Mitch & Mitch).

Brak komentarzy: