Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 26 czerwca 2009

Dzieci






















No i znowu wybrałem się z panną Oliwą na Wesoły Dzień Dziecka do Laxton Hall. No i znowu oko nadwyrężyłem i znowu szpital odwiedzić musiałem. Stąd i moja chwilowa tu nieobecność. Ale po kolei.

Nieco ponad osiemdziesiąt mil na północ od Londynu, wśród pięknych lasów i pół hrabstwa Northampton znajduje się miejsce szczególnie bliskie sercom wielu Polaków – Laxton Hall. Od ponad trzydziestu pięciu lat funkcjonuje tu polski Dom Spokojnej Starości, a rozległe tereny tej zabytkowej posiadłości są gospodarzem wielu niezwykłych imprez. W sobotę, 20 czerwca to jakże spokojne miejsce zmieniło się w najbardziej radosne i rozbawione miejsce w tej części Anglii. Ponad 2300(!) polskich dzieci uczestniczyło w szóstej już edycji Wesołego Dnia Dziecka (o tym, że Polaków na Wyspach siła, oj siła, najlepiej pokazują liczby: 6 lat temu na imprezę do Laxton Hall przyjechało 450 dzieci, w tym roku – już pięciokrotnie więcej!).

W tegorocznej zabawie uczestniczyliśmy również i my. Oliwa, podobnie jak w roku ubiegłym, piszczała, skakała, wierzchowca dosiadała. Jej papa zaś, jak na Wesoły Dzień Dziecka przystało, cieszył się zakupionym dzień wcześniej nowym obiektywem i pstrykał, pstrykał, pstrykał. Pstrykał tak intensywnie, że w poniedziałek kolejny raz odwiedzić musiał Moorfield Eye Hospital. Oko lewe, zgodnie z nową świecką tradycją, zmieniło się w opuchłą czerwoną bulwę. Przesympatyczna pani doktor zbadała, maści na 3 miesiące przepisała. Czy tym razem będzie to ostatnia tam wizyta? Chciałbym w to wierzyć, ale Jaro z miasta stołecznego Warszawa powiedział mi właśnie, że będąc niemowlęciem włożył w oko swojej ukochanej mamy … smoczek. Było to ładnych lat 30 temu, a mamie do dziś tamta smocza kontuzja się odnawia…

Wróćmy jednak do Wesołego Dnia Dziecka. W tym roku sporo emocji towarzyszyło spotkaniu drużyn piłkarskich księży i dyplomatów. W regulaminowym czasie gry padł remis 4:4. W rzutach karnych lepszym opanowaniem i skutecznością wykazali się już duchowni, którzy przy żywiołowym wsparciu kibiców wygrali 4:1. Amen.

4 komentarze:

zoska na wygnaniu pisze...

Matko, jak ten czas leci dopiero co czytałam zeszłoroczny wpis Taty z tego miejsca, że zacytuje tylko fragment - My wygralim.
Umarł król popu, przybyło siwych włosów, a dzieci jakieś urośnięte się zdawajom, żeby trzymać się konwencji. Ech.

hydraulik pisze...

Cikawe

Oligofrenopedagogika pisze...

Zdjęcia robią wrażenie

meble pisze...

Nie sądze