Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Pyszna Brytania













Brytyjskie jedzenie jest niezdrowe i do tego niesmaczne – oto jeden z najpopularniejszych stereotypów powtarzanych nie tylko przez turystów. Próbą obalenia tego żywieniowego mitu był trzydniowy Real Food Festival, który odbył się w londyńskiej hali wystawienniczej na Earls Court.

Robert Makłowicz, krytyk kulinarny i podróżnik przyznaje, że kuchnia angielska jest przedmiotem nieustających drwin ze strony Francuzów. Zupełnie niesłusznie. „Nie zapominajmy, że to właśnie Anglicy nauczyli jeść Francuzów ostrygi i owoce morza. To Anglicy zarazili świat miłością do burgunda, cherry czy porto. To w końcu Anglicy produkują jeden z najlepszych serów pleśniowych na świecie – Blue Stilton. Anglicy mają niepodważalne zasługi w historii światowych kulinariów i żadne francuskie dowcipy tego nie zmienią” – mówił goszczący czas jakiś temu w Londynie, sympatyczny Makłowicz pan.

Anglicy naprawdę mają wiele powodów do kulinarnej dumy. Wystarczy tylko wiedzieć gdzie i czego szukać.

Zorganizowany już po raz drugi Real Food Festival jest największą tego typu imprezą w Wielkiej Brytanii. Pod jednym dachem zebrało się ponad 400 producentów żywności, dla których jakość, a nie ilość, jest sprawą kluczową. Przedstawiciele małych, często rodzinnych wytwórni, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie są w stanie konkurować z sieciami supermarketów. Ich zdaniem przemysłowa produkcja obniża nie tylko cenę, ale przede wszystkim właśnie jakość. Trudno się potem dziwić, że większość angielskiego pieczywa dostępnego w samoobsługowych molochach jest marnym substytutem prawdziwego chleba.

Obecni na Real Food Festival piekarze przekonywali, że bylejakość nie musi być synonimem angielskiego chleba. W małych, lokalnych piekarniach rezygnują więc z całej palety chemicznych dodatków i konserwantów, stawiając na mąkę z pełnego przemiału i naturalne ziarna. Efekt? Chrupiący chleb o wspaniałym zapachu i smaku.

Na targach pachniał zresztą nie tylko chleb. Jako amator serów delektowałem się chociażby ręcznie wyrabianymi kozimi i owczymi serami. Na stoisku Garlic Farm z Isle of Wight drogą zakupu nabyłem zaś wyborny czosnek wędzony.

Owoce morza (to akurat nie dla mnie), oliwy z pierwszego tłoczenia, świeżo palone kawy, soki z wyciskanych owoców, ręcznie wyrabiane makarony, zioła, przyprawy, warzywa z ekologicznych upraw, wina z lokalnych winnic, miody, konfitury i setki innych rarytasów. Wszystko wytwarzane w zgodzie z naturalnym środowiskiem i bez dodawania konserwantów.

Organizatorzy imprezy podkreślali, że dziś, kiedy nasze życie podporządkowane jest cywilizacji przemysłowej, ów zawrotny pęd wdarł się również do wielu kuchni. Jemy szybko i byle jak. A prędkość właśnie odwraca naszą uwagę od szczegółów, które stanowią o prawdziwym smaku.

Przez trzy dni trwania targów zorganizowano pokazy gotowania, odbyły się także liczne dyskusje o tym, co i jak należy jeść.

Druga edycja Real Food Festival udowodniła, że angielskie jedzenie nie musi kojarzyć się wyłącznie z fasolą w pomidorach, bekonem czy rybą z frytkami. Wiele z zaprezentowanych produktów dostępnych jest w detalicznej sprzedaży, choć niekoniecznie w supermarketach. W Londynie nie brakuje na szczęście niewielkich sklepików, w których, tak jak na festiwalu, jakość ważniejsza jest niż ilość. Warto takie miejsca odwiedzać. Smacznego!

15 komentarzy:

akustyk pisze...

nie no... owoce morza to polecam z calego serca. zasmazane osmiorniczki, zasmazane kolka z macek w ciescie (hol. inktvisringen), krewetki duze i male, malze (polecam gotowane z warzywami pod belgijskie piwo...)

zyc nie umierac... czlowiek w Polsce dorasta w przekonaniu, ze z wody to moze byc sledz albo (fuj!) karp. a tam pyszne rzeczy rosna badz plywaja

Gosia pisze...

Oj, szkoda ze nie wiedzialam o festiwalu:(

TataOliwki pisze...

Gdybym nie dostał darmowej wejściówki, nie wiem czy bym się w ogóle wybrał... Bilety kosztowały 20 funtów... Smacznego?

Gosia pisze...

£2o!!!??
Ojojoj, to faktycznie lepiej bylo upichcic cos w domu i polezec w parku na trawie:D

pasik pisze...

Witam TateOliwki. Gratuluje nagrody za '08 i pozdrawiam z Lodzi - takie miasto nad rzeka Lodka. Wielu o niej slyszalo, niewielu mialo szanse zobaczyc...
O kulinariach i innych rzeczach za chwile, jak tylko blog mi udowodni, ze nie pisze do "robota"

pasik pisze...

Nie mam doswiadczenia w braniu udzialu w blogach. Chcialem sprawdzic czy jest to rodzaj konwersacji z innymi "bloggerami" i TataOliwki moze, czy rozmawiamy z systemem komputerowym akceptujacym (lub nie) nasze posty. CLSS (cutting long story short) czy jest to live czy piszemy artkuliki?

pasik pisze...

Cicho jakos... OK. Piszemy artkuliki. Dobra. Nie jest z kuchnia w Anglii tak zle jak mysla rodacy i inni zacni europejczycy. Jakies 10 lat temu w przecietnym angielskim domu jadalo sie owszem przecietnie. To znaczy tradycyjnie. Z reguly byly to domowe wariacje na temat pubowego Sunday Roast. Roast Beef czy pieczony indyk w zawsze "cudownym" brazowym sosie... z papierka. Na czym polegala sztuka rozpuszczania tego sosu w wodzie nie wiem, sztuke komplementowania tego specyfiku opanowalem natomiast do perfekcji. Tak jak nie nalezy opowiadac Anglikom o zyciowej mizerocie po klasycznym "How are you", tak nalezalo chlubic zalety brazowego sosu. Brilliant, excellent etc... Drinki po obiedzie ulatwialy pozbyc sie uczucia goryczy. Wyjscia do restauracji (nie tylko wsrod ploretariatu) konczyly sie z reguly w knajpie hinduskiej czy chinskiej. Rosyjska czy karaibska byla wtedy mocno "orientalna". Wloska byla OK, ale ta samo malo modna jak wyjazdy tam na wakacje. No i prosze. Po 10 latach znajdujemy sie w innej zgola kulinarnej rzeczywistosci.Anglicy (nawet proletariusze) mysla o kuchni i uprawiaja kuchnie z prawdziwa wyobraznia. I nie mowimy to o prostym fakcie otwarcia na rozne smaki. Anglicy w typowy dla siebie sposob wpuscili do UK wiekszosc menu swiata. Typowy, znaczy OTWARTY, gotowy do akceptacji, badajacy na czym innosc polega, akceptujacy te innosc, filtrujacy na wlasne potrzeby... i w rezultacie produkujacy wlasna, oryginalna wersje obcego...

pasik pisze...

A ciekawym dla nas moze byc fakt, ze Anglikom zalatwily to media. Tak, tak. Tym razem imperialna przeszlosc nie miala w tym zadnego udzialu. TV i celebrity chefs nauczyly anglikow gotowac inaczej. Jezeli w historii telewizji jest cokolwiek pozytywnego to aksamitna rewolucja kulinarna w Anglii na pewno, tak!

pasik pisze...

Artykul TatyOliwki smakowicie mowi nam co w Anglii mozna kupic. Tak, to prawda. Wszystko tam to jest. Ale smaku dodaje tym artkulom wiedza, co mozna z tego wyczarowac. Nasza wrazliwosc na smaki jeszcze niewykreowane. Inaczej beda to tylko "zamorskie" specjaly... bez szansy na materializacje... Beda za ostre, dziwne jakies, tego nie zjem... itd. I przegraja niestety ze schaboszczakiem z kapusta...

Anonimowy pisze...

Bardzo podobaja mi sie Twoje zdjecia. Potrafisz uchwycic sedno chwili:)Pozdrawiam Agusia

TataOliwki pisze...

Pasik:
Spokojnie, spokojnie - nie piszesz pan do robota :)

No i co tu dużo gadać - pod wszystkim coś pan napisał podpisuję się ręką prawą, ręką lewą.

Inna sprawa, że z oczywistych powodów, w kuchni interesuje mnie tylko to, co z mięsem wspólnego nie ma nic. Na szczęście, tak jak napisałeś, Anglicy otworzyli się na kuchnie całego świata, więc na monotonię narzekać nie sposób :)

Agusia:
Dziekuję za miłe słowo :)

Serdeczności dla Państwa!

Anonimowy pisze...

Jesli ktos narzeka na kuchnie w Anglii, to znaczy jedno - nie wychylil nosa poza "take away".
4 lata zycia na Wyspie, 4 lata intensywnego poszukiwania lokalnych smakow, producentow zywnosci, 4 lata milego zaskoczenia dla podniebienia. To byly pyszne 4 lata. Pozdrawiam z kontynentalnego juz stolu. W przyszlym roku mozesz odwiedzic ten festiwal, wejscie za darmo;-)
http://www.viewlondon.co.uk/restaurants/taste-east-food-festival-feature-1861.html
Bo domyslam sie, ze piatkowo - sobotni targ Borough znasz.

TataOliwki pisze...

Anonimowy:
Dzięki za informację o festiwalu :)
A Borough Market, jakżeby imnaczej!, znam, zachodzę i smakuję :)
Serdeczności!

marwie@31.pl pisze...

Czytam Was i wszystkie kubki smakowe pracują.Kulinaria to sama rozkosz, przyjemność i wrota do raju.Zazdroszczę jak potraficie sobie umilić pobyt poza krajem. Moja córka będąc w Londynie już ponad dwa lata nie potrafi brać z tego miasta co dobre.Śledzę jak wiele tu się dzieje. Gratuluję Wam !
emeryt

TataOliwki pisze...

Szanowny emerycie,
Cierpliwości. I na córkę przyjdzie pora :)

Serdeczności!