Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 7 sierpnia 2008

Mamy dwie


Krótko bo krótko, ale były. Kolejny zresztą raz. Pani Lidia – mama Daniela (no i oczywiście Jędrka i Olka, którzy żyją w naszym uroczym Grudziądzu) i pani Terenia – mama Oli (no i oczywiście Asi, która mieszka w naszym uroczym Londynie i Grześka, który mieszka w Zielonej Górze… uff, prawdziwy ze mnie genealog). Był jeszcze i Radek, czyli syn Grzegorza, bratanek Oli, wnuk pani Tereni. Znaczy się było wesoło.

Dzielne dziewczęta, mimo wspomnianych już tu upałów, biegały dziarsko oddając się błogiemu podziwianiu tego i owego. Skąd te siły? Pewnie grudziądzki klimat i lokalne produkta spożywcze robią swoje.

***
Obejrzeliśmy sobie „Ciemnoniebieski świat” Jana Sveraka. Jeden z moich czeskich ulubieńców (m.in. „Szkoła podstawowa”, „Kola”, a ostatnio „Butelki zwrotne”) zrealizował tym razem opowieść o czechosłowackich pilotach walczących w czasie II wojny światowej.

Wszystko co w czeskim kinie lubię najbardziej – lekkość, humor, brak zadęcia, autoironia, bezpretensjonalność. A do tego efekty specjalne, które przy polskich kartonowych dekoracjach tak zwanych superprodukcji robią wrażenie zasadniczo wielkie. Oglądałem „Tmavomodrý svět” z przyjemnością niekłamaną i tylko smutek jakiś był mnie naszedł kiedy pomyślałem o legendarnym dywizjonie 303; o polskich asach przestworzy, którzy walczyli tu, w Anglii i jakoś nadal nie mogą doczekać się dobrego filmu. A jak się już doczekają, to, coś mi intuicja podpowiada, będą brzęczące medale, martyrologia, tekturowe aeroplany, papierowe postacie i oleiste dialogi. Może więc lepiej żeby zamiast Polaków zrobił to kto inny? Do Sveraka numeru, niestety, nie posiadam.

***
Dzisiaj tato mój osobisty świętuje swoje urodziny. Kolejne. Niestety żołądkowa gorzka musi poczekać do 28 sierpnia, kiedy to panna Oliwa przyjedzie w towarzystwie dziadka właśnie. Dziecko do łóżeczka, tatusiowie zaś do zamrażalnika (póki co jeszcze tego domowego)...

Brak komentarzy: