Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 26 sierpnia 2008

Riwiera, ach riwiera










Tata Oliwki znowu się zestarzał (żeby nie było, że mocno – zestarzał się odrobinę, o jeden rok zaledwie). 31. wiosnę swojego życia rozpocząłem na uroczym Półwyspie Kornwalijskim.

To był pomysł więcej niż idealny (idealny więc nie mój, znaczy się małżonki osobistej była to inicjatywa). 300 km od miasta Londyn, cztery godziny jazdy pociągiem i już miasteczko Torquay, i już zupełnie inna Anglia. Obserwacja pierwsza: w odróżnieniu od Londynu prawie sami bladolicy synowie i córy Albionu. Hindusów garstka, czarnoskórych mieszkańców, tudzież turystów, na palcach ręki policzyć by można. Obserwacja druga: czysto, czysto i jeszcze raz czysto. Kolejny raz przekonałem się, że rację szef ma mój sympatyczny – Londyn to nie Anglia, Londyn to Londyn.

Torquay, jak dumnie podkreślają sami mieszkańcy, to „Królowa Riwiery”. Angielska Riwiera zaś, jak dumnie podkreślają przewodniki turystyczne, to prawie… Lazurowe Wybrzeże. No tak, ale, jak wiemy, prawie robi dużą różnicę…

Ku naszej niekłamanej radości tłumów turystów nie było. Lato tego roku bardziej deszczowe, niż słoneczne więc dziewcząt w bikini i chłopców w dywaniastych torsach nie uświadczyliśmy zbytnio. Trafiliśmy za to na pogodę zachęcającą do spacerów (delikatne słonko bez opadów) więc spacerowaliśmy, ale nie tylko. Razu pewnego wybraliśmy się w podróż koleją parową, ale o tym może jutro.

Dziś jeszcze słówko o angielskich plażach, które przy plażach polskich wypadają, delikatnie rzecz ujmując, blado bladziuteńko. U nas piach – a tu kamloty. U nas las - a tu ulica. U nas plaże szerokie – tu, jakby odwrotnie. Wspólne są za to zwyczaje kupieckie – tandeta i wszechogarniający kicz za cenę iście zbójecką.

Ku rozpaczy kupców pierścionków, wisiorków, torebek i szkatułek nie nabyliśmy nic a nic. Ochoczo natomiast do sakiewek sięgaliśmy w… wesołym miasteczku. Codzienna obowiązkowa jazda samochodami na patykach co to się gonią i stukają (Państwo wie i rozumie, o jakie auta chodzi, prawda?). Co tu dużo mówić – ulubione pojazdy Taty Oliwki zważywszy na fakt nieposiadania przez rzeczonego prawa jazdy. A tu bez żadnych dokumentów przez parę chwil Kubicą Robertem być mogłem. I byłem!

No i jeszcze wystrzeliliśmy się w chmury. Ach, jak się pięknie wystrzeliliśmy! Dwuosobowa kapsuła, umocowana do dwóch elastycznych lin. Liny naciągamy, pan guzik naciska i fruuu do góry. Dokładnie do góry na wysokość 200 stóp, czyli ponad 60 metrów. Żeby było radośniej w kapsułce kręciliśmy się jeszcze wokół własnej osi. Do góry i na dół, do góry i na dół. Pysznie! Choć małżonka osobista była i jest nadal nieco odmiennego zdania zabawa była doprawdy przednia. No i jeszcze zakupiliśmy krótkometrażowy film z nami w roli głównej, w którym to filmie widać nasze reakcje w rzeczonej kapsułce. Komedia, dramat, horror i sensacja w jednym. Szpilberg pan nie dałby rady, oj nie dał.

Dzisiaj pierwsza garść zdjęć. Ciąg dalszy nastąpi.

5 komentarzy:

zoska na wygnaniu pisze...

No, to Panie ten teges... nie wiem co można życzy takiemu młodemu chłopcowi trzymając się raz obranej polszczyzny, możne żeby to co mu w duszy gra, grało i w świecie realnym? Nie tylko rzecz jasna muzycznie.
Obserwacje jak zawsze trafione. Na mojej wsi daleko od Londynu też zdecydowanie mniej kolorowo, o czym mogłam się przekonać zaliczając przymusowe lądowanie w stolycy.
Kornwalia cudna , wiem bo mam do niej bliżej. A zezdjecia Taty Oliwki? Co tam z okazji osiągnięcia tak "słusznego" wieku fotografa mogę jeszcze raz tylko pochwalić.
Ja za parę dni też rocznicowo-urodzinowo ale aż wstyd się przyznać!

TataOliwki pisze...

Dziękuję, ach dziękuję :) Niech gra, niech gra...

No to kiedy za Zofii zdrowie kieliszek w górę podnieść należy?

anka stadnicka pisze...

Od tych opisow wyczynow w wesolym miasteczku az mi sie niedobrze zrobilo. Juz czulam jak mnie w tej kapsule, na tej linie... ech...

Ale pomysl malzonki pierwszorzedny. Znana jestem wszak z ogolnych pochwal zalet Twojej malzonki. Majac wiec taka maloznke jako towarzyszke zycia coz wiecej Ci zyczyc drogi Slawku? Zebys umial to codziennie doceniac.

Dziekuje za wypowiedz.

TataOliwki pisze...

Ja to bym się i z Tobą, pani Szczypiorek, chmury pięknie wystrzelił. A co!

Piękne życzenia. Obym umiał codziennie doceniać.

Ściskam

Magda pisze...

Jesli TataOliwki pragnie piaszczystych plaz to polecam West Wittering w West Sussex. Pociagiem do Chichester z Clapham Junction lub Victorii, dalej autobusem. Albo autem jakies 90 minut drogi od Londynu. Jest piasek i wydmy nawet!