Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 9 grudnia 2009

Miś wiecznie żywy

Rzeczywistość udowadnia, że absurdalnych sytuacji do uwiecznienia na filmowej taśmie mamy dziś pod dostatkiem. Problem w tym, że Bareja był tylko jeden.

W 80. rocznicę urodzin Stanisława Barei – najwspanialszego reżysera polskich komedii – ukazała się książka Macieja Replewicza „Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła”. Z tej niesztampowej biografii dowiadujemy się, że Bareję życie nie rozpieszczało. Za sprawą czujnych cenzorów, dyspozycyjnych dziennikarzy i „życzliwych” kolegów po fachu, napotykał on na ciągłe przeszkody. Cenzorskie nożyce okrajały kolejne sceny jego kolejnych filmów. Szczęścia nie miały także i telewizyjne seriale, które miast bawić widzów przez lata zalegały na półkach. Reżyserowi zarzucano nie tylko niechlujstwo warsztatowe, ale – w co trudno dziś uwierzyć – także mało wybredny dowcip.

„Chyba w ogóle dlatego zostałem reżyserem, by móc robić komedie” – mówił w jednym z wywiadów Bareja. Dziś, 22 lata po Jego śmierci, polska kinematografia cierpi na chroniczny brak komedii. Współczesne wyroby komediopodobne z prawdziwymi komediami mają tyle wspólnego, ile peerelowskie wyroby czekoladopodobne miały z prawdziwą czekoladą. Rodzime produkcje rażą więc swoją bylejakością, wulgarnym językiem, a nade wszystko brakiem dowcipu. Komedie, które nie śmieszą i nie bawią – czyż może być coś bardziej ponurego?

Stanisław Bareja, co zgodnie podkreślają jego przyjaciele, był znakomitym obserwatorem. Hanna Kotkowska-Bareja, żona reżysera: „Zawsze najbardziej inspirowała go rzeczywistość (...), w jego filmach znalazły się więc fragmenty naszego życia – miejsca, sytuacje, wydarzenia, często też przedmioty”. Twórców współczesnych polskich „komedii” otaczająca rzeczywistość – nie wiedzieć dlaczego – w ogóle nie inspiruje. Absurdów i nonsensów godnych uwiecznienie na filmowej taśmie tak jak nie brakowało w PRL-u, tak nie brakuje i dzisiaj. Także tu, w „polskim Londynie”.

Rocznica urodzin Stanisława Barei wydaje mi się dobrą okazją do przypomnienia mojej ulubionej barejowskiej historyjki z miasta Londyn.

Pewnego razu wybrałem się z małżonką osobistą na filiżankę kawy do kawiarenki „Maja” w POSK-u. Po chwili, do naszego stolika, dołączyła grupa znajomych, którzy mieli ochotę napić się polskiego piwa. Niestety, okazało się, że ów trunek podaje się tu wyłącznie do… ciepłych posiłków. Zaskoczeni tą informacją postanowili – mimo iż głodu specjalnie nie odczuwali – zamówić trzy porcje zupy. Na nic to jednak się nie zdało! Zupa bowiem nie zalicza się w tym lokalu do „piwnej” kategorii. W tym miejscu nie sposób nie zacytować słynnego dialogu z – jak się kolejny raz okazuje – nieśmiertelnego „Misia”:
Kelnerka: Dwie kawy i dwie wuzetki. I co jeszcze?
Ola (do kelnerki): Dlaczego dwie kawy i dwie wuzetki?
Kelnerka: Kawa i wuzetka są obowiązkowe dla każdego. Bijemy się o „Złotą patelnię”.
Miś:
Dobrze, pani pozwoli dwa razy zestaw obowiązkowy.

Smacznego!

2 komentarze:

takaczapka pisze...

a zmartwilem sie wczoraj nieco, bo okazalo sie ze nie mozna dostac Misia, Rejsu czy Seksmisji w wersji z angielskimi napisami. Wyglada na to ze nasze kulturowe dziedzictwo pozostanie nadal tylko i wylacznie z nami. Szkoda, bo mogl byc ciekawy prezent dla anglosasow...

TataOliwki pisze...

Obawiam się, że filmy, które przywołałeś są nieprzetłumaczalne. Oczywiście można dać angielskie literki, ale, według mnie, to i tak nic nie da...