Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Nawarzyć piwa









„Napój alkoholowy o niskiej zawartości alkoholu uzyskiwany w wyniku alkoholowej brzeczki piwnej, otrzymywanej ze zbóż – głównie jęczmienia, bez destylacji” – tyle definicja. Encyklopedyczna regułka nie jest jednak wstanie oddać tego, co czeka na nas w browarze Fuller’s.

Brytyjczycy przywiązani są nie tylko do lewostronnego ruchu ulicznego, ale także do swojego piwa – mętnego, bez bąbelków, bez piany oraz podawanego w dość wysokiej temperaturze (około 12-14 stopni Celsjusza). Ten oryginalny napój to oczywiście tradycyjne „ale”. Na Chiswick warzy się je już od roku 1845, kiedy to trzech dżentelmenów: John Bird Fuller, Henry Smith oraz John Turner powołali do życia browar, który swoimi trunkami zachwyca do dziś.

Trzeba jednak pamiętać, że jeszcze niespełna czterdzieści lat temu, tradycyjne angielskie „ale” (czyli piwo górnej fermentacji uzyskiwane z mieszanki słodu zwykłego i skarmelizowanego) znajdowało się w całkowitym odwrocie. Na wyspach królowały wówczas piwa beczkowe, filtrowane. W 1971 roku zawiązała się pozarządowa organizacja CAMRA (Camping for Real Ale), której – zgodnie z nazwą – nadrzędnym celem było i jest nadal propagowanie owego niepowtarzalnego, niefiltrowanego piwa.

Amatorzy „ale” preferują przechowywanie piwa w beczkach, najlepiej drewnianych. W takiej beczce piwo zaszczepia się po raz drugi drożdżami i ostatni etap fermentacji często przebiega już w pubie. Oczywiście sposób ten wymaga wielkiego doświadczenia i wyczucia. Ważne też, by rozpoczętą beczkę opróżnić w ciągu jednego dnia – ponieważ po 24 godzinach, na wskutek dostępu tlenu, piwo zmienia smak. „Ale” źle znoszą rozlew pod ciśnieniem, więc do napełniania szklanek używa się wyłącznie ręcznych pomp.

W tym miejscu warto dodać, że z opublikowanego niespełna miesiąc temu raportu („Cask Report 2009/10”) wynika, że beczkowe „ale” cieszą się na wyspach coraz większą popularnością. W ostatnich miesiącach przybyło nie tylko nowych smakoszy tego gatunku (dane mówią o kolejnych 400 tys.), ale także pubów, gdzie serwuje się niefiltrowane piwa. Okazuje się bowiem, że w czasach kryzysu dużo lepiej radzą sobie te lokale, które miast lagerów (czyli piw dolnej fermentacji) oferują spory wybór piw „ale”. Wróćmy jednak na Chiswick.

Od wielu już lat browar Fuller, Smith and Turner plc organizuje wycieczki, podczas których piwosze (nie tylko z Wielkiej Brytanii) poznają sekrety warzenia wyśmienitych piw. Całkiem niedawno TataOliwki miał przyjemność (och jak wielką!) po browarze pospacerować. A wszystko dzięki koledze Grzegorzowi. Dzięki stokrotne!

„Piwo nie tylko trzeba umieć warzyć, ale także trzeba umieć je pić” – mówiła Jane, nasza znakomita przewodniczka, autorka książek, a przede wszystkim wielka pasjonatka piw górnej fermentacji Według niej charakterystyczne brzuszyska będące znakiem rozpoznawczym piwoszy, biorą się nie tyle od litrów wypitego trunku, ile od braku ruchu. „Pij piwo, ciesz się jego smakiem, ale także ruszaj się, dbaj o kondycję” – przekonywała zerkając w moją (dlaczego, ach dlaczego?) stronę.

Zwiedzanie browaru na Chiswick kończy się, i tu chyba nie będzie żadnej niespodzianki, degustacją piw. A jest co degustować! Dziś browar na Chiswick warzy 12 różnych piw (ESB –Extra Special Bitter, HSB – Horndean Special Bitter, London Pride, Golden Pride, Organic Honey Dew, London Porter, Chiswick Bitter, 1845, Vintage Ale, Discovery, Seafarers Ale, Brewer's Reserve). Do tego dochodzi kilkanaście piw sezonowych: np. teraz, w grudniu oczekuje nas Jack Frost.

Po godzinnym oglądaniu ogromnych beczek i zbiorników wypicie świeżego piwa trudno porównać z czymkolwiek innym. W podziemiach browaru, w których zgromadzono także historyczne pamiątki, każdej napełnionej szklaneczce towarzyszyła również fascynująca opowieść Jane: o chmielu, jęczmieniu, wodzie i drożdżach. Tak proste składniki, a tak niezwykły produkt końcowy. Mniam!

Po powrocie z wycieczki małżonka osobista mego entuzjazmu podzielić jednakowoż nie chciała. Skandal!

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

ale jak jest zawarować cukru w cukrze?
zośka

Anonimowy pisze...

No, to teraz na trzeźwo- ale jaka jest zawartość cukru w cukrze? Czy kolega już wie?

TataOliwki pisze...

Ale o co chodzi? Ja przeca piwa nie słodzę... :)