Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 10 listopada 2008

My, warzywa






W sobotnie przedpołudnie wybrałem się z Oliwą na przemiłe spotkanie z panią Agnieszką (alias Kalarepka) i panią Kasią (znaną również jako Brukselka). TataOliwki występował w charakterze ekscentrycznego Pora.

Warzywne towarzystwo spotkało się w celach zasadniczo służbowych. Gorąca czekolada i burza tak zwanych mózgów (taaa…). No a potem wybraliśmy się na Borough Market na wegetariańskie co nieco.

Och, jak ja lubię Borough Market! Ten usytuowany nieopodal London Bridge targ, oferuje smakołyki wszelakie. Naturalne przetwory, soki, pieczywo, organiczne warzywa, śmierdziuchowe sery, oliwki, ciasta, wina, piwa itd. itp. Rokosze podniebienia, ot co oferuje.

A dlaczego ekscentryczny Por? – zapyta Państwo być może. Ano czas jakiś temu poproszono mnie o popełnienie warzywnej opowiastki. Oto i ona:

***
Niewielka salka w gminnym ośrodku kultury z ledwością pomieściła wszystkich zainteresowanych. Informacja o naborze do wyjazdu za granicę błyskawicznie obiegła wszystkie pola i grządki. Okoliczne warzywa stawiły się w komplecie.

Sprawa jest prosta – rozpoczął spotkanie sołtys, pan Kalafior. – W naszej wsi nie jest najlepiej. Jak wiecie, miastowe coraz mniej lubią warzywa, znaczy nas. Teraz wolą konsumować zagraniczno-egzotyczne rarytasy. – No ale przecież my mamy witaminy! – krzyknęła z pierwszego rzędu wystrojona jak zawsze pani Cukinia. – No i te, makroelementy – stanowczo dodał pan Pomidor. – Jak nas nie chcom, to może zablokujem jakomś drogę?! – krzyknął pan Burak. – A temu znowu blokować się zachciało! A idźże, buraku jeden! – syknęły siostry Rzodkiewki. Kłótnia wisiała w powietrzu.

Na szczęście głos zabrał powszechnie szanowany pan Kapusta. – Pragnę przypomnieć, że mój pradziad, tak pięknie opisany przez pana Brzechwę, już wiele lat temu odradzał kłótnie. „Po co wasze swary głupie, Wnet i tak zginiemy w zupie” – pamiętacie? – A co mamy nie pamiętać – odburknął pan Kalarepa. Zatem – kontynuował pan Kapusta – mamy dwa wyjścia. Albo zostajemy tu i usychamy, albo wyjeżdżamy na podbój Anglii. – No, ale przecież nie znamy języka – nieśmiało zauważyła pani Koperek. – Język smaku, język kuchni, język potraw nie zna przecie granic – odrzekł miejscowy poeta, ekscentryczny pan Por. – Pakujmy więc walizki i ruszajmy nad Tamizę – ochoczo zaproponował pan Ziemniak. – Akurat pan tam furory nie zrobisz – złośliwie odparła pani Brukselka. – W najlepszym wypadku zrobią z pana frytkę i octem poleją. – A fuj, octem? – z grymasem na twarzy zapytała pani Pietruszka. – Ano octem – rzekła Brukselka. – To ja zostaję. Octu nie lubię od dziecka – powiedział lekko zmieszany pan Ziemniak.

Na sali zapanowała cisza, którą po chwili przerwało pytanie nierozłącznej pary: pani Groszek i pana Marchewki. – A bułeczką tartą nas tam posypią? – Posypią, posypią – ze znawstwem stwierdziła pani Brukselka. – No to my jedziemy! – radośnie krzyknęli oboje.

– Choć nie jestem już taki młody, ja też chętnie wyruszę w tę podróż – po chwili zastanowienie powiedział pan Kapusta. – Jak nie gołąbki, to bigos. Jak nie bigos, to kapuśniak. Normalnie mnie się przejadło, ot co.

Warzywa spojrzały po sobie. – Jesteśmy piękne, zdrowe i apetyczne – pewnie krzyknęła pani Cebula. – No i ziemia nasza taka czysta, bez nawozów i chemii – wtórował pan Seler. – Niech angielskie podniebienia rozkoszują się naszym smakiem – piszczały z zachwytu młode Fasolki.

– Odjeżdżamy zatem jutro, w samo południe – rzekł sołtys, pan Kalafior. Warzywa rozeszły się do domów.

Tuż przed snem pan Kapusta starał się przypomnieć sobie jakieś znane angielskie danie. Oczyma wyobraźni widział już delektujących się nim Anglików.

Po chwili pan Kapusta wyłączył nocną lampkę. Dokładnie w tym samym momencie (tyle tylko że dwa tysiące kilometrów dalej) bardzo podobną lampkę wyłączył pan Mieczysław. – Ach, jaką mam ochotę na bigos – rzekł zaspany do swojej małżonki, pani Zofii. – Słyszałam, że w polskim sklepie na Ealingu będzie w sobotę dostawa świeżych warzyw z Polski. Pojadę, kupię kapustę i ugotuję Ci kochanie pysznego, polskiego bigosu. Dobranoc.

4 komentarze:

zoska na wygnaniu pisze...

A w mojej okolicy w ogóle nie ma targu :( i jak oglądam programy ,które prowadzi Jamie Olivier to zawsze się zastanawiam skąd on ma takie wiąchy koperku? Nigdy tutaj takiego prawdziwego pachnącego nie spotkałam ,a w Borough Market jest?

TataOliwki pisze...

Koperek? Normalnie na pęczki!!! :)

max2 pisze...

Piekny tekst o tych warzywnych dylematach
Gratuluje talentu

Pozdrowienia

Mama Bartka z Grudziadza

Anonimowy pisze...

Witam!
Blog tęczowo-kolorowy! I Pan Wiesław jest i Pan Kwinto...to może troszkę poezji na dobrą noc?Zapraszam na swoją stronę
www.kwinto.com/wuka.htm
Pozdrawiam.Żabiową zupę spróbuję zrobić swojej wnusi (jak podrośnie)
WUKA