Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 21 listopada 2008

Radość, czyli dźwięki na dobry dzień



Ach, cóż to był za wieczór! TataOliwki nadal ochłonąć nie może. Cóż się zatem stało było? Ano spełniło się jedno z moich największych muzycznych marzeń. Koncert Sigur Ros, oto i cała odpowiedź!

W niezwykłym Alexandra Palace panowie Jón Bor Birgisson, Georg Hólm, Orri Páll Dýrason i Kjartan Sveinsson zagrali tak, że małżonce osobistej, ciotce Oli i TacieOliwki kapcie spadły z zachwytu. Gębę cały czas rozdziawioną mam, więc może napiszę ciut więcej jak ochłonę. Darz Bór!

Brak komentarzy: