Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 2 września 2008

Au Revoir Tygrysie!






Tata Oliwki stracił był właśnie zacnego kompana, nie tylko mieszkaniowego. Wujek Tygrys przeniósł się oto do wuja Marka.

Chodziliśmy do tej samej szkoły (wuj do starszaków), był i grudziądzki epizod wspólnego pracowania. Ba, wuj Tygrys w kościele Niepokalanego Serca Najświętszej Marii Panny przy ul. Mickiewicza 43 w Grudziądzu złożył dnia 16 kwietnia 2006 roku podpis swój własnoręczny. Znaczy się świadkiem na ślubie naszym był ów Tygrys wuj. A i początki mojego pobytu w mieście Londyn nierozerwalnie (ho, ho, ho) związane są z jego zacną osobą. Co tu dużo będę mówił – spaliśmy my na skłocie na jednym materacu, pod jedną kołderką... I jak tu łzy choćby jednej nie uronić? No jak?

Po ponad dwuletnim wspólnym pomieszkiwaniu, wuj T. postanowił opuścić nasz wielce sympatyczny dom. Szkoda, oj szkoda. Danek, w odróżnieniu na ten przykład od rzeczonego wuja, za gorzałką zbytnio nie przepada. Tygrys – wprost przeciwnie. I co ja teraz biedny pocznę? Odwodnienie organizmu mi chyba jakieś grozi.

Dlaczego wuj Tygrys jest wujem Tygrysem? – zapyta Pani, zapyta Pan. Wyjaśniam: Czas jakiś temu Szymon (co to jeszcze Tygrysem nie był) spodziewał się wizyty pewnej koleżanki. Jak na prawdziwego maczo (he, he, hi, hi i takie tam) przystało zwrócił się z propozycją do panny Oliwy, żeby ta, poświadczyła jakoś tak przypadkiem, jakoś tak od niechcenia, że on, znaczy Szymon, jest ostry jak Tygrys właśnie. Ostry na babeczki, oczywiście. Zaczął biegać po chałupie, dźwięki z siebie groźne wydawać; Oliwka piszczała, my pukaliśmy się w czoło, czyli krótko mówiąc – zwykły dzień na emigracyjnym padole.

No i jak tu za tym gościem nie tęsknić? Pojechaliśmy więc w sobotę na nowe włości wuja T. Bawiliśmy się pysznie. A jak wracaliśmy to tatko mój sympatyczny próbował w metrze nawiązać kontakt z sympatycznymi diabełkami. On po polsku, one zaś po francusku, czyli Londyn baj najt… Fotografię ze spotkania również załączam (ino na zdjęciu tatko jakiś taki nadzwyczaj spokojny, a w metrze wydawał mi się nieco bardziej rozluźniony...).

1 komentarz:

zoska na wygnaniu pisze...

Teraz jak już przyznałam się na swoim blogu to i tu chyba mogę - Tato!, Taty Oliwki jak ja Panu zazdroszczę!!! I z pewną nieśmiałością pozdrawiam.
Zosia