Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 16 września 2008

Wodne pokoje










Nad brzegiem Tamizy, nieopodal Royal Festival Hall znajduje się oryginalna fontanna. To instalacja Duńczyka, Jeppe Heina zatytułowana „Appearing Rooms”.

Cztery wodne pokoje (4 pokoje, 4 pokoje, pokażę wszystko wam dopóki jeszcze mogę stać/ 4 pokoje, 4 pokoje, pokażę wszystko wam póki jeszcze prosto stoję...) w których – przy odrobinie szczęścia – można przebywać w suchym odzieniu. Trzeba cierpliwie poczekać aż wodne drzwi opadną i pozwolą nam wejść do środka. Tam zaś czekamy na otwarcie kolejnej furtki i kolejnej. I tak, suchą stopą chodzimy otoczeni ścianami wody. Pomysłowe i jakże przyjemne.

Oczywiście nie wszyscy mają w sobie odpowiednie pokłady cierpliwości. Inną grupę stanowią pacholęta, dla których bieganie w samych majtasach jest radością samą w sobie.

W minioną sobotę było ciepło i słonecznie. Amatorów zwiedzania wodnego mieszkania nie brakowało. Oto i niektórzy z nich.

Brak komentarzy: