Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 1 września 2008

Szanuj zieleń!






Ach cóż to był za sympatyczno-intensywny weekend. Jak Szanowne Państwo wie – Panna O. powróciła na londyńskie łono. Powróciła nieco wyższa, nieco cięższa, znaczy się nieco bardziej kochana (coś jak: „Każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu”).

Przyjechał także mój tato osobisty, znaczy kulka pan w całej okazałości. Sobota okazała się być sobotą wyjątkowo gorącą. Wybraliśmy się zatem do parku w Greenwich – bez dwóch zdań: jednego z moich ulubionych miejsc angielskiej stolicy. Dziewczęta oddawały się parkowej gimnastyce, gonitwom i puszczaniem piórek na wietrze. Panowie zaś leżeli do góry pępkiem, uśmiechali się serdecznie, dziewczęta w współzawodnictwie dopingowali.

Wdrapaliśmy się jeszcze w okolice dawnego Królewskiego Obserwatorium Astronomicznego. Do południka zerowego kolejny raz się nie przebijaliśmy, bo i siły przebicia w nas specjalnego nie było. Japońscy turyści przebijali się za to ochoczo i z wdziękiem. Aparaty, cyfrowe kamery i inne urządzenia elektronicznie bardzo zaawansowane w owym przebijaniu nie przeszkadzały nim nic a nic. Zuch turyści!

Potem ciąg dalszy wylegiwania się na trawie zielonej i obserwacja papy Aleksandra: „A w Polsce, to za takie leżenie na trawie mandat byśmy pewnie dostali”. Ano byśmy dostali. Tabliczki z nieśmiertelnym „Szanuj zieleń” stoją, jak stały w zamierzchłych czasach mego dzieciństwa. No i ludziom nadal się wydaje, że jak dupska na trawie nie rozłożą, to żyją w zgodzie z matką przyrodą i ojcem ziemią. Co tam segregacja śmieci, co tam butle plastikowe. Najważniejsze to kocyka na zieleni nie rozkładać! Ot, ekologiczna edukacja made in Poland.

W parku doszło jeszcze do konsumpcji etiopskiego obiadu (ryż, soczewica z warzywami plus papka z kapusty i ziemniaków) zapijanego dobrze schłodzonym piwem (panna O. zadowoliła się dobrze schłodzoną lemoniadą, rzecz jasna).

No a porą wieczorową parapetówka u wuja Tygrysa. No właśnie – wuj Tygrys przeprowadził się do wuja Marka. Były łzy, były szlochy, była żubróweczka z sokiem jabłkowym. O eksmisji pana S. to ja jednak może jutro.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Ale, ale!! Idziemy za Anglią! W Poznaniu OFICJALNIE MOŻNA LEŻEĆ! radni nam uchwalili. Wprawdzie hm... lata końcówka, ale lepiej późno niż wcale. Więc można leżeć: przy fontannie, na Cytadeli, i w wielu, wielu innych parkach! Żadnych mandatów!
Pozdrawiam
Agnieszka