Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 9 kwietnia 2009

Chorować, ludzka rzecz

Jeden z najbardziej popularnych portali wśród polonijnych internautów opublikował niedawno jeden z najbardziej kuriozalnych artykułów o brytyjskiej służbie zdrowia. Gdybym poważnie potraktował ostrzeżenia autorki, musiałbym chyba zacząć korzystać z usług… weterynarza.

Publikacja artykułu „Przychodzi Polak do lekarza, a tu...” na portalu Londynek.net zbiegła się z ogłoszonym po raz pierwszy europejskim rankingu o przestrzeganiu praw chorych. Niezależni eksperci medyczni nie pozostawili złudzeń: w całej Unii Europejskiej gorzej niż w Polsce leczy się tylko w Rumunii, Bułgarii i Portugalii Innego zdania jest jednak autorka przywołanego artykułu.

Opierając się na uprzedzeniach i stereotypach kreśli ona wręcz makabryczno-katastroficzny obraz brytyjskiej służby zdrowia. Obraz, który nijak się ma do doświadczeń moich i moich najbliższych.

Znam kilkanaście kobiet, które urodziły dzieci w brytyjskich szpitalach. Wszystkie podkreślały nie tylko troskę i życzliwość z jaką się spotkały, ale także znakomite przygotowanie personelu medycznego. Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę, że bez problemu można znaleźć i takie mamy, które mają na ten temat odmienne zdanie (zresztą, uczciwie przyznajmy, w jakim kraju znajdziemy 100 procentowy wskaźnik zadowolonych pacjentów?). Po co jednak generalizować i straszyć przyszłe matki słowami: „Pamiętaj, że do ostatniego momentu nie zobaczysz lekarza. Opieka nad ciężarnymi to zadanie Midwife, odpowiednika polskiej położnej. Podobno wystarczy dwuletni kurs, żeby nią zostać. Aż strach się bać”. Bardziej boję się jednak głupich i niesprawiedliwych osądów. Młode zaś mamy, z którymi rozmawiałem, wyraziły jedno tylko życzenie: aby w Polsce było jak najwięcej tak przeszkolonych położnych jak te, z którymi spotkały się na Wyspach.

„Na wizytę u specjalisty można czekać w nieskończoność, czasami dłużej niż w Polsce” – straszy dalej nasza specjalista. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że to nieprawda. Kiedy miałem problem z okiem, bez żadnego skierowania od GP udałem się do Moorfields Eye Hospital. Zostałem przyjęty po 10 minutach i gruntownie przebadany; bezpłatnie otrzymałem też krople i maść, Oko ma się już dobrze, choć niedobrze, że musi ono czytać takie bzdury, jak te zawarte w „Przychodzi Polak do lekarza, a tu...”.

Nie można przecież do jednego worka wrzucać lekarzy pierwszego kontaktu ze specjalistami w swoich dziedzinach. Każdy z pacjentów ma przecież prawo korzystać z pomocy tych drugich. Kiedy boli mnie ząb idę do dentysty, mam problem z okiem – idę do okulisty, a kiedy Panna Oliwa ma wysypkę na skórze korzystam z porad dermatologa. GP nie jest w tych wypadkach nam do niczego potrzebny. W tym miejscu warto przypomnieć autorce tekstu, że są także specjaliści, którzy pomagają leczyć fobie i uprzedzenia. Może zatem warto skorzystać nim kolejny raz przyjdzie ochota na straszenie innych Polaków?

Na nadchodzące święta Wielkanocy życzę zatem Szanownemu Państwu dużo zdrowia (to w kontekście przywołanego artykułu). A gdyby go jednak zabrakło, proszę się nie bać i korzystać z pomocy lekarzy – czy to w Polsce, czy też tu, na gościnnej angielskiej ziemi. Stereotypy i uprzedzenia raczej nie wyleczą…

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Witam,
no choc nie czytalam wspomnianego artukulu, niestety wydaje mi sie on oddawac prawde. Sama mieszkajac kilka lat temu w anglii, majac powazne problemy ginekologiczne, w szpitalu ginekologicznym czekalam na spotkanie z ginekologiem kilka godzin az przyjedzie z innego szpitala na konsultacje. Totalny brak ginekologa w szpitalu ginekologicznym o godzinie 1pm!!! Na konieczna opercje zostalam wpisana na liste z półrocznym oczekiwaniem. Ja jednak juz za trzy dni byłam na polskim stole operacyjnym i juz wtedy okazalo sie za pozno. Tak wiec ja nie ufalabym brytyjskiej sluzbie zdrowia w 100%. Oprocz jednoosobowego pokoju z telewizorem i dlugim menu nic nie byli w stanie mi zaoferowac. pozdrawiam Jagoda

TataOliwki pisze...

Ja również Jagodo nie ufam brytyjskiej służbie zdrowia w 100% (podobnie jak nie ufam w 100%polskiej). Tak się jednak składa, że ani ja, ani moi znajomi złych doświadczeń z tutejszymi medykami nie mieliśmy. Jak jednak widać nie wszyscy mogą powiedzieć to samo. Niestety.

Serdeczności!

ula pisze...

przez dwa lata leczylam w Londynie nadczynnosc tarczycy i mam o tutejszej sluzbie zdrowia jak najgorsze zdanie, a mialam kontakt z wieloma lekarzami od GP do specjalistow endokrynologow, niechlujnych pielegniarek nie wspominajac, dlugo by opowiadac. jakos przezylam ta terapie i teraz jak cos sie dzieje to lece do Polski. oczywiscie nie bede uogolniac, ze wszedzie jest zle, ja mam po prostu takie doswiadczenia i od tutejszej sluzby zdrowia staram sie trzymac z daleka.