Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 28 kwietnia 2009

Londyn to nie Anglia...























Wizyta dziadka Olka była wizytą nie tylko wielce zabawową (zapytajcie panny Oliwki), nie tylko bardzo apetyczną (zapytajcie małżonki osobistej), nie tylko również bardzo płynną (zapytajcie wujka Marcina). Wizyta dziadka Olka była ze wszech miar urocza i wielce intensywna (stąd moja chwilowa nieobecność).

Z dziadkiem Olkiem byliśmy na ten przykład na pysznej wycieczce w Canterbury.

To niewielkie miasteczko było jednym z najważniejszych ośrodków pielgrzymkowych w całej średniowiecznej Anglii. Pielgrzymów zastąpili dziś turyści, którzy nadal tłumnie odwiedzają to urocze miasto.

W położonym nieco ponad 60 mil od Londynu Canterbury, znajdują się aż trzy obiekty sakralne wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO: kościół pod wezwaniem św. Marcina (najstarszy zachowany w Anglii kościół parafialny), ruiny wczesnośredniowiecznego opactwa św. Augustyna oraz wspaniała katedra, która, co tu dużo mówić, jest największym magnesem przyciągającym turystów.

Choć monumentalna katedra w Canterbury (długość całego kościoła wynosi 158 metrów!) powstała pod koniec VI wieku, to prawdziwym miejscem kultu stała się po roku 1170. Z polecenia króla Henryka II, wewnątrz świątyni zamordowany został wówczas arcybiskup Canterbury Thomas Becket. Papież Aleksander III bardzo szybko, bo już w trzy lata później, kanonizował arcybiskupa Tomasza, a król Henryk II u jego grobu odbył publiczną pokutę. Od tego czasu Canterbury stało się ważnym miejscem na pielgrzymkowej mapie średniowiecznej Europy (opisał to chociażby Geoffrey Chaucer w słynnych „Opowieściach kanterberyjskich”).

Canterbury było stolicą katolickich prymasów przez prawie 1000 lat do czasu, kiedy król Henryk VIII wprowadził anglikanizm. Odtąd katedra w Canterbury jest stolicą Kościoła Anglikańskiego.

W tym miejscu warto przypomnieć, że Jan Paweł II w czasie swojej pielgrzymki do Wielkiej Brytanii w 1982 r. wspólnie z abp. Robertem Runcie (ówczesnym zwierzchnikiem Kościoła Anglikańskiego) odprawił w katedrze wspólne nabożeństwo. O tym niewątpliwie doniosłym wydarzeniu ekumenicznym przypominają chociażby okolicznościowe medale, które można zobaczyć w katedralnej krypcie.

I choć Canterbury słynie przede wszystkim ze swoich sakralnych budowli, miasto urzeka także pozostałymi atrakcjami. Na ten przykład wybornym piwem z położonego nieopodal browaru Shepherd Nemea.

Rację, raz jeszcze, ma mój szef, który powtarza: Londyn to nie Anglia, Londyn to Londyn. Zaledwie 90 minut jazdy pociągiem dzieli nas z gwarnej stolicy do jakże kameralnego Canterbury. Zupełnie inna Anglia. Znaczy się Anglia, po prostu…

2 komentarze:

zoska na wygnaniu pisze...

A może teraz fotoblog? Byłoby nieźle.

Dvt pisze...

Jesli spodobalo sie wam w Canterbury, polecam York :-)