Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 15 kwietnia 2009

Jajkownicy









Ach, jakie to były miłe święta. Szkoda tylko, że pannę Oliwę kaszel był dopadł i spacerowe plany nieco nam pokrzyżował.

Oliwa kaszlała, dziadek Olek zaś specjały przygotowywał. Był więc obowiązkowy Bee Gees, czyli wegetariański bigos (a jak!) z kiszonej i białek kapusty, z dużą ilością suszonych grzybów z podgrudziądzkich lasów, marchwi i kostki sojowej. Popisowe danie dziadka Olka zwyczajowo już wbiło mnie w krzesełko. Pychota!

Małżonka osobista swój kunszt przejawiła zaś w rogalikach nadziewanych powidłami. Rogaliki zadebiutowały w naszym domu i od razu zadebiutowały pięknie. Brawo ta pani! (no i jeszcze te sałatki…).

W świątecznym czasu spędzaniu dzielnie wspierał nas pan Marcin, co to w mieście Londyn został sam, bo Szczotka do Polski pierzchła. Zajadaliśmy więc pyszności, filmy oglądaliśmy, małe co nieco popijaliśmy. Owe co nieco zmieniło swą objętość na większe co nieco w poniedziałkowe popołudnie, kiedy to wpadł jeszcze wuj Tygrys, wuj Marek i jeszcze jeden Marcin. Gorzka żołądkowa i miodowy krupnik w ilościach zadawalających, a na deser dyskusje o adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Ach, jakie to były miłe święta…

Żeby nie było, że emigranty to degeneraty i pijaki w jednym, spieszę donieść, że święta były jak najbardziej świąteczne. O owym świątecznym świętowaniu świadczą chociażby obrazki, które dziś z radością zamieszczam. Alleluja!

Brak komentarzy: