Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 7 kwietnia 2009

Spotkanie żółwi (a potem sportowców)


2 grudnia roku ubiegłego pisałem tak: Panna Oliwa wróciła zachwycona. I miejscem i nowo poznaną kompanią. Podobnie reakcje wykazywała małżonka osobista. Czyli niebawem trzeba będzie zobaczyć się ponownie. Koniecznie!

Rzecz dotyczyła wegańskiego festiwalu, na którym to spotkaliśmy garść przesympatycznych ludzi z forum wegedzieciak.pl. Od rzeczonego festiwalu minęło ponad 5 miesięcy, no i w końcu udało nam się ponownie spotkać z Gosią, Argirem i czternastomiesięczną Klarą.

Przyspieszanie, jak widać, mamy znaczne. Nic to – teraz będzie już tylko lepiej. Lepiej znaczy częściej (słowo!). W niedzielę było więc wspólnie biesiadowanie i dzieci zabawianie. Biegającej Klarze najbardziej do gustu przypadły kręte schody. Wdrapywała się na nie dzielnie i zawzięcie, czym swego sympatycznego ojca o palpitację serca przyprawiała. Życie.

Ku mojej nieskrywanej radości w pannie Oliwie znowu siostrzane instynkta się przejawiały. Znaczy się poważną dyskusję z małżonką osobistą przeprowadzić muszę. Kolejny zresztą raz...

***
Wczoraj wylądował dziadek Olek i tata Olek w jednej osobie. Wieczorową porą na lotnisku Stansted, w krótkim odstępie czasowym, ląduje kilka samolotów przybyłych z polskiej ziemi. Prawdziwy folklor. Czułem się, jak na wielkiej imprezie sportowej. Wszędzie szeleszczące dresy i połyskująca biżuteria męska. Do tego opalone dziewczęta, które mimo późnej pory występowały, jak mi się zdaje, w nocnych koszulkach. Nad głowami zaś latające „kurwy” i „chuje”. Szkoda tylko, że zabrakło burmistrza Londynu z chlebem i solą. Może następnym razem?

***
Na załączonym obrazku: Klara w całej okazałości. Panna Oliwa i Gosia w okazałości jakby mniejszej (na pocieszenie dodam, że Argir w okazałości niewidocznej gołym okiem).

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

a któż to na zdjęciu?

TataOliwki pisze...

Przeca stoi napisane!:) Toć to Klara...

Gosia pisze...

TatoOliwki, wytrwalosci w dyskutowaniu:)
MamoOliwki, szybkiego zlamania;)

Anonimowy pisze...

To trzymam kciuki za wieczorne rozmowy i pozytywny wynik dyskusji z malżonka osobista Tatooliwki:-) Z folkloru na lotnisku opisanego przez Ciebie,znowu sie usmialam, nie bylam juz na lotnisku trzy lata, ale z tego co piszesz to chyba lepiej dla mnie, w końcu co roku cyrk do miasteczka mojego przyjeżdża i tez sa szeleszczace stroje i zabawnie bywa, ale przynajmniej nad glowami zamiast "k..." "ch..." akrobaci lataja;-) Pozdrawiam. Sunshine