Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 1 kwietnia 2009

Muzyka we włosach


8 grudnia roku poprzedniego pisałem: Lao Che lubię, szanuję, podziwiam. Od minionej niedzieli lubię bardziej, szanuję więcej, podziwiam mocniej. A wszystko za sprawą koncertu w klubie Cargo.

Wrócili my z gościnnej holenderskiej ziemi w sobotę wieczorową porą, a dnia następnego przyjemności ciąg dalszy. A co!? Z małżonką osobistą wybrałem się na Lao Che właśnie. W końcu panowie z miasta Płock trafili do miasta Londyn i w posadzkę z gracją słuchaczy wbili.

Na płytach są świetni, na żywo zaś rewelacyjni. Żywioł, energia i prawdziwa radość ze wspólnego muzykowania. Czegóż chcieć więcej? Choć tłumów nie było (klub pomieści 500 osób, a kolega Przemek, co to koncert zorganizował powiedział, że przyszło około 250; żałuj nieobecny emigrancie, łzy rozpaczy wylewaj nieobecna emigrantko…) zabawa była przednia.

Publika szalała, muzycy jakby również. Potem bis jeden, potem bis drugi. Brawo! Z kronikarskiego obowiązku wypada mi dodać, że w naszej bezpośredniej okolicy umiejscowił się długowłosy narcyz, dla którego muzyka zdawała się być tylko miłym dodatkiem do rytualnego pieszczenia tego, co na głowie. Spinał więc włosy i rozpinał, gładził i pieścił. Wzdychał i znowu spinał. Sapał i rozpuszczoną fryzurą ruchy dziwaczne wykonywał. Może fryzjerski był to praktykant? Może. Mam jednak nadzieję, że nieprędko cudaka znowu spotkamy. A jak spotkamy, to i nożyczki muszą się znaleźć…

***
No to załączam jeszcze koncertowy obrazek. Nie mój, rzecz jasna, bom z lenistwa się jeszcze nie przebudził i maszyny fotograficznej nawet nie zabrałem. Zabrał za to kolega Grzegorz . Darz Bór!

2 komentarze:

Mily pisze...

Nic dodać nic ująć. Koncert wspaniały! Byłem z żoną i bardzo się nam podobało. Pozdrawiam.

zenek bembenek pisze...

od 5 lat regularnie bywam na występach naszych artystów w Londynie - ten koncert był NAJ jak do tej pory - pozdrowienia
PS świetny motyw aby się po urlopie wbić na nowo w rzeczywistość południka "zero"